Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRL. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRL. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 lutego 2020

Epizod 171 - Zatajona katastrofa kolejowa


Żyrardowski dworzec nie zawsze wyglądał jak dziś. Wysokie perony ułatwiające wejście do pociągu, przejścia podziemne, a wcześniej kładka nad torami. Wystarczy jednak spojrzeć na stare zdjęcia i możemy zauważyć, iż nie zawsze świat ułatwiał ludziom życie. Nie inaczej prezentowała się sytuacja  w Żyrardowie. Jeszcze w  latach 50-tych, aby wsiąść do pociągu trzeba było robić to praktycznie z poziomu gruntu, łapać się uchwytów i wspinać na schodki, które wydawać by się mogło zaczynały się zbyt wysoko. Czasem jeszcze dziś, podczas awaryjnego wysiadania z wagonu prosto na tory, można się przekonać iż nie jest to zbyt wygodne zwłaszcza dla osób starszych. Wracając jednak na żyrardowski dworzec warto przypomnieć o tragicznej w skutkach katastrofie kolejowej , o której nie znajdziemy informacji w annałach. Czasy stalinowskiego terroru, kiedy to miała miejsce owa historia pełne są ukrywanych i skrzętnie pomijanych katastrof. Polska podnosząca się ze zgliszczy wojennych pod czujnym okiem „wyzwolicieli” radzieckich nie mogła sobie pozwolić na potknięcia. Kraj miał szybko wrócić na jedyne słuszne tory, a każda sytuacja pokazująca, że nie radzimy sobie z tym była ukrywana i pomijana.
Tak było również w tym wypadku. Szczęśliwie nadal żyją ludzie, którzy pamiętają tamten dzień i choć byli tylko dziećmi, obrazy tragedii widzą w swojej pamięci. Ponadto, co pewnie i tak by nie zmieniło historii, aczkolwiek lokalny tygodnia „Życie Żyrardowa”, który od dziesiątek lat, mniej lub bardziej tendencyjnie informuje o zdarzeniach, najpewniej w połowie 1951 roku nie zamieściłby żadnej informacji o katastrofie kolejowej. Nigdy się jednak o ty nie dowiemy, gdyż pierwszy numer ukazał się dopiero kilka tygodni po tejże tragicznej w skutkach katastrofie, a przesiąknięty był wszechobecną propagandą.
A był to zwyczajny, choć upalny dzień 14 lipca 1951 roku. Jak co dzień wiele osób przewijało się przez żyrardowski dworzec. Trzeba w tym miejscu przedstawić obraz lokalnego woksału, który wyglądał inaczej niż obecnie. Otóż na peron wychodziło się przez drzwi od strony torów. Nie było siatki, ani płotu odgradzającego budynek od torowiska. Z dworca przechodziło się bezpośrednio po szynach na niewielki peron zlokalizowany pomiędzy torami. Czekający na nadchodzący pociąg często stali pomiędzy nimi bacznie obserwując otoczenie. Najpewniej podobnie było tego feralnego dnia. Tyle że wtedy stała się rzecz bardzo rzadko mająca miejsce. Otóż w momencie kiedy kilkadziesiąt osób czekało na osobowy pociąg w kierunku Warszawy niefortunnie w tym samym momencie, na wysokości peronu minęły się z wielką prędkością dwa pociągi pospieszne. Czy osoby stały zbyt blisko krawędzi peronu, czy może peron był zbyt wąski dla znacznej ilości osób? Tego nie wiemy, aczkolwiek skutki okazały się tragiczne. Podmuch i pęd powietrza wciągnął pod koła wiele osób, które straciły równowagę. Kiedy pociągi przemknęły, oczom pozostałych przy życiu ukazał się widok jak z horroru. Na torach i peronie wszędzie znajdowało się ciała zabitych, niektóre rozczłonkowane porozrzucane po torowisku. Osoby ranne krzyczały przeraźliwie, część straciła swoich bliskich i w rozpaczy krążyła po peronie. W skutek tej katastrofy śmierć poniosło około 20 osób, a wiele rannych trafiło do szpitala.
I tu pojawia się pytanie komu zależało na ukryciu tego tragicznego zdarzenia w takim stopniu, iż próżno szukać informacji na ten temat? A przecież za kilka tygodni, 28  grudnia, w Dębicy zginęło 11 osób i na ten temat bardzo łatwo można znaleźć informacje w wielu źródłach. Ale szczęśliwie o tych tragicznych wydarzeniach nie zapomnieli naoczni świadkowie, którzy doskonale pamiętają tamte sceny i dzięki nim my również możemy sobie o nich przypomnieć i ujawnić tajemnice PRL-u.


wtorek, 4 lutego 2020

Epizod 168 - "Klincz" żyrardowskich bokserów



Akcja.
Reżyseria Piotr Andrejew. Scenariusz – Filip Bajon oraz Piotr Andrejew.
Aktorzy – m.in. Zdzisław Leśniewicz, Ryszard Lechniak.

Dokładnie tak. Kiedy w 1979 roku w sali gimnastycznej szkoły nr 6 w Żyrardowie, podczas treningu sekcji bokserskiej Żyrardowianki, pojawiła się ekipa filmowa ze studia filmowego KADR niemałe było zdziwienie trenujących bokserów. Wkrótce okazało się, że ta oto ekipa filmowa przemierza Polskę wzdłuż i wszerz, poszukując bokserów z prawdziwego zdarzenia, takich „naturszczyków” nieskalanych blichtrem reflektorów. Młodzi polscy filmowcy Bajon i debiutujący Andriejew niezbyt zadowoleniu z realizmu prezentowanego przez zawodowych aktorów i w celu nadania świeżości swojej produkcji postanowili obsadzić w jednych z głównych ról prawdziwych mistrzów sportu, polskich bokserów. Z tego też powodu przemierzając kraj trafili do Żyrardowa, na trening sekcji bokserskiej.
Popatrzyli, podumali i całkiem poważnie zapytali Ryszarda Lechniaka czy chciałby wystąpić w filmie. Ten zaskoczony propozycją pierwsze co pomyślał, że to jakiś żart, ale żartem to nie było. Jako drugą osobę zanotowali nazwisko Leśniewicza i zaprosili obu bokserów na casting do Warszawy. Leśniewicz, który był dopiero co bokserem drugoligowego Zagłębia Konin i wrócił niedawno do Żyrardowa przystał na spotkanie i wkrótce udali się do stolicy. Tam pośród kilkudziesięciu kandydatów, w swoim mniemaniu, wypadli słabo i jakież było ich zdziwienie, kiedy to na początku lipca otrzymali telegramy z prośbą o pilne stawienie się w Warszawie w KADRZE. Tam okazało się, że obaj otrzymują jedne z istotnych ról w filmie o podstarzałym bokserze Tadeuszu Pałczyńskim ps. „Pałka”, alkoholiku,który w latach 30-tych XX wieku poświęcił się swojej karierze sportowej. Film pod roboczym tytułem „Drugi krok”. Żyrardowscy bokserzy wcielili się w postacie pojawiające się w retrospekcjach głównego bohatera, którego zagrał Bolesław Smela, podstarzały, zapomniany trener boksu, który w młodzieńczych latach dostał się do kadry Europy na pojedynek z ekipą Ameryki w 1938 roku. Niestety ten  „pierwszy krok”, który wykonał młody Pałczyński, grany przez Zdzisława Leśniewicza to śmiertelny cios jaki zadał zadufanemu w sobie i aroganckiemu zawodnikowi z Anglii, niejakiemu Bowenowi, granemu w scenach retrospektywnych przez Ryszarda Lechniaka, cios, który mimo zwycięstwa spowodował strach, aby nigdy więcej nikogo nie zranić. Lęk przed możliwością ponownego pozbawienia życia przeciwnika zablokował Pałczyńskiego i podczas pobytu w Ameryce postanowił nie walczyć, a po powrocie do Polski, w ogóle zrezygnował ze sportu. Zapomniany przez środowisko, zaszył się w samotności gdzieś na prowincji, rozpamiętując swój czyn i zadręczając się. Pewnego dnia, aby wyzbyć się demonów otwiera klub bokserski, a jako pomocnika wybiera młodego, silnego chłopaka Jerzego Olejniczaka, który jest również malarzem-amatorem. Prosi go w między czasie o namalowanie scen z wielkich walk bokserskich. Jak się wkrótce okazuje Olejniczak zaczyna czerpać inspiracje z obcowania z boksem i sam rozpoczyna przypadkowo swoją karierę kiedy to podczas pokazowych walk działaczy sportowych zastępuję jednego z zawodników, oczywiście z niesamowitym skutkiem. Niestety szybko zostaje on zauważony przez wielki klub i rozpoczyna owocną karierę, przeplataną wzlotami i upadkami. Zdobywa laury, a staremu Pałczyńskiemu pozostaje jedynie znajomość z nowym mistrzem, oraz permanentnie prześladujące wspomnienia.
Krytycy oraz widzowie uznali walkę pomiędzy żyrardowskimi bokserami, czyli młodym „Pałką” i Bowenem, jako najdramatyczniejszą scenę filmu. Reżyser szukając prawdziwych twardzieli doskonale wiedział, że znajdzie ich tylko wśród prawdziwych bokserów, stawiając im jednak swoje wymagania. Niejednokrotnie wymagał walki na serio, co poskutkowało niestety kontuzjami, a dokładnie pękniętym kciukiem u Lechniaka i złamaną ręką u Leśniewicza. Efekt jednak był wyborowy, o czym możemy się przekonać oglądając ten historyczny już film zaliczany do kina moralnego niepokoju , który wszedł na ekrany pod tytułem „Klincz”. Same sceny do filmu, z udziałem żyrardowskich bokserów,nagrywane były na hali Gwardii Warszawa, gdzie dowoziła ich podstawiona w Żyrardowie taksówka.
Ten paradokument dodatkowo został nagrodzony przez czasopismo „Film” zdobywając Złotą Kamerę w 1980 roku w kategorii najlepszy film fabularny o tematyce współczesnej oraz Złotą Kaczkę za najlepszy film polski. Oczywiście żyrardowscy bokserzy również zostali zaproszeni na galę. 

poniedziałek, 16 września 2019

Epizod 160 - Lucieńskie okrąglaki



     Jeśli Nowe Śliwno kojarzy się w Żyrardowie z kolonistami to Lucień koło Gostynina nad jeziorem Lucieńskim, a konkretnie niewielka wieś Miałkówek, to już typowy ośrodek wczasowy wybudowany od podstaw i przeznaczony dla pełnoletnich mieszkańców ceglanego miasta.

Zbliżał się rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty XX wieku. Już od kilku dziesięcioleci żyrardowskie dzieci co roku przybywały do niewielkiej, nadmorskiej miejscowości, dziś zlokalizowanej w obrębie Rewala. To tu zakłady żyrardowskie posiadały ośrodek kolonijny dla dzieci żyrardowskich robotników. Nie miały natomiast możliwości wysłania swoich pracowników na zasłużony, wakacyjny odpoczynek do własnego ośrodka, z tego też względu korzystały w dobrodziejstw innych fabryk. W związku z tym szybko ktoś wpadł na pomysł i przez pewniej okres na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku próbowano na terenie nadmorskiego ośrodka kolonijnego ulokować w jednym z budynków również dorosłych, ale eksperyment ten nie powiódł się z wielu względów.

Z tego też powodu już na początku lat siedemdziesiątych XX wieku postanowiono nabyć teren, najlepiej w jakimś uroczym miejscu i tam pobudować od podstaw typowy ośrodek wczasowy. Niestety reglamentacja produktów i półproduktów budowlanych oraz problemy z wykonawcą spowodowały, iż dopiero w czerwcu 1980 roku oddano do użytku pierwszy tzw. „okrąglak”. 6 czerwca tegoż roku nastąpił długo oczekiwany odbiór techniczny. Pierwsi zostali przyjęci emeryci i renciści w liczbie sześćdziesięciu osób. Jako, że teren nadal wyglądał jak teren budowy, dawni pracownicy pomagali przy pracach porządkowych a w zamian za to, koszt pobytu pokryła Rada Zakładowa. Jak już nadmieniłem w początkowej fazie czynny był tylko jeden „okrąglak” z dwudziestoma siedmioma trzyosobowymi pokojami z ogrzewaniem akumulacyjnym, dość niekonwencjonalnym ale wygodnym dla wczasowiczów, którego zastosowanie miało niestety odbić się negatywnie na funkcjonowaniu ośrodka w późniejszych latach. Ale tym tematem nikt się zbytnio nie przejmował w latach osiemdziesiątych. Tuż obok znajdował się mniejszy „okrąglak” z jadalnią, świetlicą i salami telewizyjnymi. Nadal jednak istniały palące potrzeby doposażenia kuchni, jadalni oraz pokoi mieszkalnych. Pierwszą kierowniczką nowopowstałego ośrodka została mieszkanka pobliskiego Gostynina pani Bożena Kuć.

Jako, że miał to być kompleksowy ośrodek nie tylko przyjmujący letników w komfortowych warunkach, ale również mniej wymagających biwakowiczów, wydzielono tam również pole namiotowe. Początkowo użytkownicy pola biwakowego pozbawieni byli ciepłej wody, ale zostało to szybko poprawione. Niestety jak to było w PRL-u wszędzie widoczne były niedoróbki. Ot choćby na polu namiotowym nie wzeszła trawa i ponad sto stanowisk musiało być ulokowane na surowej ziemi. Również boiska sportowe nie zostały oddane do użytku. Także wodne atrakcje ośrodka, mimo zatrudnienia już ratowników nie zostały wykończone na czas, w związku z czym nie było możliwości korzystania u uroków pobliskiego jeziora. Hangar dla sprzętu nadal nie miał stropu z braku prefabrykatów, a co za tym idzie nie było również kawiarenki, którą planowano zlokalizować na dachu hangaru. Także atrakcje wodne, zwłaszcza  w początkowej fazie funkcjonowania nie były w pełni dostępne, ot choćby z powodu nie ustosunkowania się do poziomu zanieczyszczeń jeziora. Gotowe natomiast było już molo oraz kilka kajaków do użytkowania przez wczasowiczów.

Z ośrodka w Lucieniu planowano korzystać aż do października i w każdym sezonie miało to być około pół tysiąca osób, oczywiście bez turystów indywidulanych przybywających z własnymi namiotami. Nadal nie dokończone jednak były dwa pozostałe „okrąglaki”, które stały w stanie surowym otwartym i nie wiadomo było czy i kiedy dostarczone zostaną materiały na ich wykończenie.

Doskonale spuentowano ten stan na łamach „Życia Żyrardowa”. „Komfort na placu budowy”, gdyż nie dało się ukryć, iż ośrodek to nadal wielki plac budowy. Mimo, iż cześć terenu odgrodzono parkanem to i tak na tym oddanym do użytku fragmencie walały się materiały budowlane, zajmując także teren planowanego parkingu. Oddany do użytku pierwszy okrąglak był jednak bardzo komfortowy. Z własną całodobową ciepłą wodą, centralką telefoniczną i aparatami na każdym piętrze. Wszystkie budynki połączono zadaszonymi korytarzami co nadawało wiele komfortu w poruszaniu się po terenie podczas niepogody, choć zdarzało się przeciekanie sufitu w jadalni. Prestiżu dodawały takie detale jak kolor okrąglaka, który był identyczny z wystrojem w środku, lniane tkaniny na ścianach, a sama przeszklona struktura budynku dawała mnóstwo światła. Po kilku miesiącach udało się oddać do użytku pozostałe „okrąglaki”, pole namiotowe oraz wszelkie udogodnienia zwłaszcza te zlokalizowane nad jeziorem. Dla lokatorów i przebywających na wczasach rozpoczął się okres komfortu i wypoczynku, co można było poświadczyć nawet za granicą, gdyż z roku na rok coraz więcej turystów w Niemiec czy Rosji korzystało z przyjemności przebywania nad śródlądowym jeziorem w centrum Polski. Wkrótce, w ramach zajęć fakultatywnych, zaczęto organizować wycieczki do Płocka i po ziemi kutnowskiej. W sali rekreacyjnej zainstalowano czarno-biały telewizor oraz szafę grającą, która często jednak była nieczynna. Kiedy pojawił się kolorowy telewizor oraz otwarto bufet z ciastkami, czarną kawą i napojami ośrodek odbierany był jako naprawdę luksusowy. Do tego bogato wyposażona kuchnia dostarczała smakowitych posiłków wytwarzanych pod batutą szefowej kuchni pani Zofii Piekarskiej.

Część wodna, do której można było się dostać wychodząc głównym wejściem, następnie przez krótki odcinek lasu sosnowego, początkowo wyposażona była w dwadzieścia siedem kajaków i dwie łodzie. Wkrótce pojawiły się rowerki wodne. Niestety kąpielisko z powodu wycieku ropy naftowej zostało zamknięte w pierwszym roku działania ośrodka. Brały natomiast ryby, a i na grzyby wielu wczasowiczów się wybierało.

Tak jak w przypadku ośrodka kolonijnego to również fundusz zakładowy dopłacał do wyjazdów w zależności od zarobków, pokrywając nawet do 70% kosztów. Przez kierownictwo zakładów preferowanym okresem wyjazdów robotników był oczywiście okres lipca, kiedy to w fabryce remontowano maszyny i spuszczano wodę ze stawu.

Lata 1985-1990 można uznać za szczytowe. Wówczas odbywało się siedem turnusów rocznie po 270 miejsc na każdym z nich.
Kiedy nadeszły czasy gospodarki rynkowej ośrodek głównie z powodu braku centralnego ogrzewania przestał być rentowny. Jednak jeszcze w latach 90-tych oraz na początku XXI wieku organizowano turnusy wypoczynkowe, ale zaczęto organizować również bale sylwestrowe oraz pobyty noworoczne, co ogłaszano w lokalnej gazecie. Wynajmowany był również na spotkania służbowe i sporadyczne konferencje i jeszcze jako tako spełniał swój cel, natomiast po latach zaniedbań i braku remontów, ale głównie z powodu braku centralnego ogrzewania zupełnie nie nadawał się do dłuższych pobytów, zwłaszcza w miesiącach wiosennych i jesiennych.
Kilkukrotnie wystawiany na sprzedaż w końcu doczekał się zmiany właściciela i od 2017 roku zarządzany jest przez Urząd Gminy w Gostyninie. Dziś jednak to miejsce opuszczone i skrajnie zaniedbane. Jeszcze niedawno na teren można było się dostać przez jedną z wielu dziur w ogrodzeniu. Zostały one jednak załatane,a brama wjazdowa zamknięta na solidną kłódkę. Nie zmienia to jednak faktu, iż nic już chyba nie uratuje zdewastowanego ośrodka, który rozsypuje się w oczach. Ogromny i niestety negatywny wpływ miało niezdrowe zainteresowanie tymże terenem przez pseudo odkrywców opuszczonych miejsc, którzy tak rozreklamowali ośrodek na swoich profilach i stronach internetowych, iż stał się on celem wielu "wycieczek". I gdyby tylko przyjeżdżali, fotografowali i wyjeżdżali. Dodatkowo krok za „turystami” podążyli wandale. W przeciągu dwóch lat ośrodek z opuszczonego, ale jakby zatrzymanego w czasie stał się areną jak po przejściu huraganu. To czego nie udało się ukraść lub nie miało wartości zostało zniszczone. Wybito praktycznie wszystkie szyby, połamano meble, wyłamano drzwi. Rozprute poduszki i połamane wyposażenie walają się po całym terenie ośrodka. Materiały ze ścian zerwano, a przepierzenia potraktowano ciężkimi narzędziami. I jeśli jeszcze kilka lat temu można było mieć nadzieję, iż urzędnicy w końcu dogadają się i zagospodarują teren, dziś patrząc na faktyczny stan nadzieja bezpowrotnie zgasła.