Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cmentarz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cmentarz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 listopada 2016

Epizod 140 - Czerwone pomniki na żyrardowskim cmentarzu



   Żyrardowski cmentarz to wdzięczne miejsce do poznawania historii miasta. Pomniki znanych i poważanych osobistości zwracają uwagę tuż po wejściu na teren nekropolii. Warto jednak zagłębić się i pospacerować, aby w tylnej części cmentarza natknąć się na jakże charakterystyczne obeliski upamiętniające bohaterskie czyny Polaków podczas II wojny światowej. Miejsca pamięci narodowej, masowe groby, które przez wiele lat po wojnie prosiły się o jakiekolwiek upamiętnienie. Czekać jednak trzeba było ponad 30 lat, aby godnie uczcić bohaterów września 1939 roku, czy żołnierzy Armii Krajowej ze zgrupowania „Kampinos” , którzy we wrześniu 1944 roku w okolicach Żyrardowa oddali swoje życie za wolność.
     Dzięki ówczesnym sugestiom mieszkańców, miasto w końcu zajęło się tematem należytego upamiętnienia polskich żołnierzy. Na zlecenie magistratu, Przedsiębiorstwo Państwowe Pracownie Sztuk Pięknych w Warszawie przystąpiło do prac i stworzyło pamiątkowe monumenty, które w końcu mogły górować nad częścią cmentarza wypełnioną grobami poległych jak i zmarłych w okresie II wojny światowej. 
     Pierwszy z nich, prawie trzy i pół metrowy orzeł, wykonany został przez rzeźbiarzy Tadeusza Wyrzykowskiego oraz Kazimierza Danilewicza. Cztery masywne bloki jakże charakterystycznego  czerwonego piaskowca tzw. kopulaka ozdobiły w końcu  nasz cmentarz. Ten charakterystyczny kamień pochodzi z naszych Gór Świętokrzyskich, a konkretnie z jego północnej najstarszej części, datowanej na trias, a konkretnie na okres tzw pstrego piaskowca. Charakterystyczna czerwona barwa to wpływ dużej zawartość tlenku żelaza.
Środkowy blok wypełnia wykute epitafium:
 „Żołnierzom Wojska Polskiego poległym w obronie ojczyzny w 1939 r. Cześć ich pamięci. Mieszkańcy Żyrardowa.”
    Drugi z nich, w kształcie Krzyża Walecznych z zamontowanym  w późniejszym okresie Herbem Polski, stanął na grobach żołnierzy AK zgrupowania „Kampinos” z inskrypcją znajdującą się w lewej górnej części głoszącej: 
„Żołnierzom Armii Krajowej poległym w walce z okupantem hitlerowskim w okolicach Żyrardowa w 1944 roku. Cześć ich pamięci. Mieszkańcy Żyrardowa.”

    Trzeci blok czerwonego piaskowca stanął w miejscu upamiętniającym poległych żołnierzy radzieckich. Wysoki obelisk od mieszkańców miasta ozdobił kwaterę żołnierzy poległych podczas „wyzwalania miasta” głosząc:
 „Poległym chwałą. Żywym wolność. Narodom pokój. Bohaterom Armii Czerwonej poległym w 1945 r. Mieszkańcy Żyrardowa”. 
    Trzydzieści lat i zmienne warunki atmosferyczne zrobiły swoje. Kamienie pokryte zostały zaciekami oraz gdzieniegdzie mchem. Zmienił się również kolor na brudny czerwony a i swoje dodali wandale "ubarwiając" karykaturami napisów. I znając obecne podejście do powojennego "wyzwolenia" nie możemy spodziewać się zmiany takiego stanu rzeczy na pomniku żołnierzy radzieckich, to już dwa pozostałe obeliski wymagają jednak przyzwoitego zajęcia się nimi, zwłaszcza w świetle patriotycznych wzlotów społeczeństwa w ostatnich latach. Być może kolejna zbiórka środków na renowacje grobów na żyrardowskiej nekropolii miast zajmować się w jak ostatnich latach, nie przeczę urokliwymi aczkolwiek anonimowymi dla historii miasta grobami, weźmie pod lupę miejsca pochówku ludzi, z których naprawdę możemy być dumni.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Epizod 114 -Żyrardowski cmentarz katolicki

         Kilkukilometrowe procesje dawnym traktem łączącym Rawę Mazowiecką z Sochaczewem lub marsz pod lasem przez Działki. Niekończące się rzesze ludzi zmierzających czy to do kościoła, czy w kondukcie pogrzebowym. Nad wyraz uciążliwe i czasochłonne. Takie jednak były żyrardowskie realia w początkowych latach istnienia Osady. Wszak w Wiskitkach, bo o nich oczywiście mowa, znajdowała się parafia oraz zlokalizowany jeszcze dalej cmentarz.
       Jednak coraz prężniejszy rozwój Osady oraz wzrastającą liczba ludności zamieszkująca rozwijające się tereny przyfabryczne doprowadziły do paradoksalnej sytuacji, gdzie prowincjonalne i mające swoje lata świetności za sobą Wiskitki stanowiły centrum kultu religijnego mieszkańców Osady, Rudy oraz okolicznych wsi tworzących jeszcze wtedy nieformalną aglomerację dzisiejszego Żyrardowa. Właściciele Zakładów również widzieli ten problem.
      Postanowiono wówczas nabyć od właściciela dóbr guzowskich hr. Feliksa Sobańskiego, nota bene posiadacza ogromnych, niezagospodarowanych połaci ziemi, działkę usytuowaną poza Osadą, na przedłużeniu dzisiejszej ulicy Bolesława Limanowskiego, o powierzchni 10 ha i 860 m kw. Darowizna nastąpiła w roku 1874, jednak pierwsze pochówki zostały przeprowadzone dopiero w 1881 roku. Aby zadość uczynić nie tylko Katolikom, wytyczono również część dla Ewangelików oraz Prawosławnych.Tak oto powstał fabryczny cmentarz, który przez pierwsze 13 lat podlegał pod administrację zakładów. Wszak na terenie obecnego Żyrardowa ówcześnie tylko Baptyści posiadali swój zbór i dopiero utworzenie w 1894 roku katolickiej parafii przyczyniło się do przekazania terenu w zarząd kościelny.
      Pochówki na żyrardowskim cmentarzu nie odbiegały od przyjętych wówczas norm. Najlepsze miejsca tradycyjnie znajdowały się przy głównej alei, tuż za żelazną bramą oraz w pobliżu kaplicy cmentarnej. Najgorsze, pod wykonanym jak większość budynków w Osadzie z radziejowickiej cegły, murem okalającym teren, gdzie grzebano m.in. samobójców. Nawet dziś, spacerując wzdłuż niego można jeszcze znaleźć niepozorne, zaniedbane kopce ziemi, a wczytując się w niewyraźne napisy na wyblakłych od słońca tabliczkach zawierające słowa "zginął śm. tragiczną" uświadamiamy sobie jak czasami krótkie i tragiczne może być ludzkie życie.
      Wracając jednak do części cmentarza, tej reprezentacyjnej, poza wymienionymi miejscami pochówku osób zasłużonych i wybitnych, w latach 60-tych powstała jeszcze jedna aleja przeznaczona dla lokalnych partyjnych prominentów, działaczy czy żołnierzy AL i GL tzw. "aleja zasłużonych". Jest to jednak temat na inne rozważania.
      Dziś, stary cmentarz katolicki dzięki monumentalnym i wiekowym drzewom wyrastającym spomiędzy coraz to starszych nagrobków nabrał charakteru. I jakże kontrastuje on z nową nekropolią pozbawioną tej ochrony, choćby przed hulającym pomiędzy pomnikami wiatrem.
           

środa, 13 listopada 2013

Epizod 33: Egzekucja za cmentarzem



           Bestialstwo i niekczemność oprawców nie miała granic. Mimo niewyobrażalnych tortur, połamanych rąk oraz zmasakrowanych twarzy żaden z morderców nie wykazał się choćby odrobiną ludzkości. Żaden z nich nie zlitował się nad praktycznie zabitymi za życia trzema młodymi chłopakami. Ba, nawet zmuszając do pochylenia się nad własnoręcznie wykopanymi grobami zwlekali z egzekucją, a na zwracające się ostatni raz w stronę nieba twarze, padały gromy niemieckich butów i chyba tylko za wysokim wstawiennictem, prawodopobobnie hr Sobańskiego, udało się przenieść zwłoki chłopców i pochować przyzwoicie na pobliskim cmentarzu.
grób rodzinny Stanclików

 A wszystko zaczęło się raptem dwa dni wcześniej 13 czerwca 1943 roku, roku największego terroru na ulicach Żyrardowa, kiedy to czterej wracający z odprawy AK-owcy wpadli przypadkowo na patrol niemieckiej żandarmerii na ulicy P.O.W. Czterej, gdyż tym czwartym, jedynym któremu udało się uciec był Jan Skrowaczewski. Był on najbardziej zdeterminowany, gdyż jako jedyny posiadał przy sobie broń. Widząc zbliżający i zainteresowany młodzieńcami patrol, odwrócił się na pięcie i zaczął uciekać. Żandarmi otworzyli ogień do zbiega, ale skręcił on w Sienkiewicza i znanymi sobie opłotkami wymknął się. Pozastała trójka nie miała tyle szczęścia. Mierzący do nich żandarmii nie dali im żadnej szansy.

Janusz Horodyski, Zbigniew Stanclik oraz Władysław Holc wpadli  w ręce oprawców. 

      Wchodzący w skład osławionego 13 plutonu likwidacyjno-dywersyjnego Leona Waligóry chłopcy byli niezastąpionymi żołnierzami walczącymi z okupantem, a o tak późnej porze znaleźli się pechowo na ulicy P.O.W. z powodu odprawy zwołanej w celu ustalenia sposobu odbicie pojmanego przez Niemców oficera AK z Mszczonowa por. Ostrowskiego ps. "Mały", któremu w niedługim czasie udało się uciec z transportu.

     Pojmani przez żandarmów, przez dwa dni byli bestialsko torturowani, nie zdradzili jednak ani nazwiska czwartego, ani powodu tak późnego spaceru.

    Na nieszczęście moment pojmania zgrał się z narastającym terrorem w mieście. Rok 1943 był dla Niemców rokiem zbyt dużych strat, akcje dywersyjne komplikowały konieczność zwiększonej produkcji oraz ilości transportów. Zaostrzone represje miały zmiękczyć ducha Polaków i pokazać im, że każde działanie sabotażowe będzie surowo ukarane.

    W te narastające akcje niemieckich oprawców wpisała się bohaterska, ale niestety tragiczna śmierć trzech żyrardowskich żołnierzy AK. Rozstrzelani zostali oni, po wcześniejszych torturach, za żyrardowskim cmentarzem, od strony Teklinowa w pierwszej, publicznej egzekucji w mieście.  Tylko, dzięki wstawiennictwo, prawodpobodnie hr. Sobaskiego, udało się ekshumować ciała i wyprawić chłopcom przywoite pogrzeby. Rodzina Władka Holca pochowało jego ciało na cmentarzu w Wiskitkach, natomiast ciała Stanclika i Horodyskiego spoczęły na żyrardowskim cmentarzu, tuż obok siebie (E2/14/15).

    Dziś poza rodzinnymi pomnikami na cmentarzu pozostały nam po naszych bohaterach ulice zlokalizowane na terenie dawnej "brzezinki" za cmentarzem, których zostali patronami.
  


  

niedziela, 3 listopada 2013

Epizod 30: Nie całkiem zapomniany nagrobek - Leon Waligóra


         Niski, niepozorny grób (E3/2/9) ukryty pomiędzy nowszymi i bogatszymi pomnikami zupełnie nie przypomina wzniosłych mogił polskich żołnierzy, na których corocznie zapalone przez tłumy przybyszów, świecą się ogromne ilości przeróżnych lampek i zniczy, przypominając nam o tamtych okrutnych latach okupacji. Również on, Leon Waligóra, wniósł swój wielki wkład w walkę z okupantem, oddając swoje życie za wolność.
     
 
        Leon Waligóra trafił do Żyrardowa po klęsce września 39 r. i pozostał na tym terenie ukrywając się przez hitlerowcami. Dla zmylenia okupanta zmienił nazwisko na Kuran i podjął pracę w cegielni w Radziejowicach.
Tam nawiązał kontakty z żyradowskim ruchem oporu stając sie w krótkim czasie dowódcą 13 plutonu zajmującego się organizowaniem akcji dywersyjnych oraz wykonującego wyroki śmierci.
Leon Waligóra "Leon"

          To pod jego dowództwem udało się zlikwidować volksdeutscha "granatowego" Mathiasa Hegenbardta, czy uszkodzić radiostację w Grodzisku Mazowieckim. Pluton Waligóry zajmował się również wysadzaniem torów, akcjami dywersyjnymi na mleczarnie czy przeprowadzaniem pouczających rozmów z volksdeutschami, którzy zbyt gorliwie traktowani swoje obowiązki po podpisaniu list.  


       Nadszedł niestety pamiętny 5 września kiedy "Leon" został najprawdopodobniej zdradzony. Mówi się nieoficjalnie, że przez zaufanego kompana "Sępa", którego krótko wcześniej aresztowano w Warszawie na ul. Żabiej,. ale nie są to informacje do końca pewne. 
        Niemniej jednak Waligóra wraz z dwoma kompanami został osaczony przez gestopowców w gajówce u zaprzyjaźnionego z AK-owcami Józefa Wiśniewskiego na Piotrowinie, lokalu gdzie czuł się całkowicie bezpieczny. Zaskoczeni partyzanci nie byłi w stanie skutecznie się bronić, gdyż właśnie w tamtym momencie zajęci byli czyszczeniem broni. 





Trzech żołnierzy AK Leon Waligóra, Zdzisław Wolski "Wilk" oraz Józef Kowalczyk "Cietrzew" rzucili się instynktownie do ucieczki. Każdy w innym kierunku. "Leon" boczną furtką wybiegł na pole i zaczął biec w stronę pobliskiego lasu. "Wilk" przeskoczył przez płot na sąsiednią posesję i ukrył się w studni i w ten sposób udało mu się ocalić życie. "Cietrzew" natomiast, jako że wybiegł ostatni, puścił sie przebojem przez podwórko i główną furtkę. Na jego szczęście Niemcy rozbiegli sie po posesji zostawiając jedynie kierowcę przy samochodzie. Zupełnie zaskoczony Niemiec schował się za nim, co pozwoliło partyzantowi dobiec do torów kolejowych, gdzie trafiony został w nogę. Udało mu się jednak, mimo upływu krwi, dostać się do leśniczówki Piotra Kłosiewskiego w Puszczy Mariańskiej. Mniej szczęścia miał Waligóra. Mimo podjętej próby ucieczki, został trafiony i upadł w połowie drogi do lasu na polu buraków, a następnie dobity strzałem w głowę.
miejsce śmierci Leona Waligóry

      Dziś w miejscu śmierci "Leona" stoi pamiątkowy kamień, przed którym praktycznie zawsze świecą się znicze.


sobota, 19 października 2013

Epizod 24: Andrzej Chodak - najwybitniejszy z żyrardowskich mularzy


                 Pięknie wykończony i odnowiony narożny budynek, zwieńczony figurką Matki Boskiej, na skrzyżowaniu ulic Szulmana dzisiejszej (Romualda Mielczarskiego) i 16-Stycznia zachwyca swoim wyglądem. Dom ten wybudowany w 1895 roku to dzieło i mieszkanie Andrzeja Chodaka i jego rodziny, najwybitniejszego z żyrardowskich mularzy.

Dom Chodaka z 1910 r
      Kiedy, w końcu, po wielu latach starań powstał żyrardowski cech murarzy i ciesli, Andrzej Chodak, został jednogłośnie wybrany starszym. Jego pozycja wśród wykonawców zawodu była tak znacząca, że pełnił tę funkcję od 1903 do 1916 roku. To jemu, wraz z L.Ruppel'em zlecono prowadzenie rozmów z władzami w temacie założenia cechu.
Andrzej Chodak do tego stopnia był szanowany i poważany w środowisku żyrardowskich rzemieślników, że w 1928 roku przy połaczeniu żyrardowskich cechów, został wybrany przewodniczącym.
  
      
               Mówiąc o budowlach Żyrardowa, na myśl przychodzi nam automatycznie postać Karola Dittricha, głównego mecenasa budowy, darczyńcę i sponsora. Twórcą i wykonawcą był w większości przypadków Andrzej Chodak. Specjalizował się zwłaszcza w budowie obiektów sakralnych, w przeciwieństwie do Ruppel'a, który wiódł prym w budownictwie mieszkaniowym.


grobowiec rodzinny Chodaków
              Z wysokiej jakości radziejowickiej cegły, najpierw budował, w późniejszych latach nadzorował budowy wielu obiektów. Spod ręki mistrzów murarskich, a pod nazdorem Chodaka, wziesione zostaly szpital, przytułek dla starców, rozbudowany kantor, resursa, czy szkoły. Jednak najwięsze zaszczyty zebrał za szczególne poświęcenie swojego talentu budowie obiektów sakralnych, a świadectwem tego pozostał Order Luterański nadany przez samego papieża, który wręczył mu biskup Sznabecki. Kościół Matki Bożej Pocieszenia, kościół Karola Boromeusza, czy ewangelicki, wszystkie one są jego dziełami.

             Poza tymi wszystkimi budowlami pozostał nam jeszcze, na żyrardowskim cmentarzu, piękny grobowiec rodzinny z 1911 roku, w którym spoczywają ciała całej rodziny Chodaków, Andrzeja Chodaka, który zmarł w wieku 82 lat w 1943 roku, jego żony Walerii Chodak z Kaczorowskich, która odeszła z tego świata rok po mężu. A także dzieci, Celiny, Henryka Józefa, Melanii i Władysława Kaziemierza. 

wtorek, 20 sierpnia 2013

Epizod 5: Zapomniany cmentarz


Nie każdy Żyrardowianin wie, a osoby przyjezdne nie mają pojęcia, że jeszcze w latach 80-tych XX wieku w samym centrum osiedla Wschód znajdował się cmentarz baptystów, którzy swój Dom Boży mieli i nadal mają przy ulicy 1-go Maja 112, a na peryferiach Teklinowa zbór zakupił działkę na założenie własnego miejsca pochówku.


Widok na nieistniejący cmentarz Baptystów
Stało się tak, ponieważ księża rzymskokatoliccy i luterańscy zezwalali chować na swoich cmentarzach tylko tych zmarłych, którzy dawniej byli katolikami bądź luteranami. 

 Dlatego dla uświadomionych, dziwnie jest chodzić po osiedlu, wiedząc, że pod nogami ma się ciała pochowanych tutaj ludzi, a przynajmniej ich szczątki.  Oficjalnie, przy przenoszeniu cmentarza, ogłoszono, że wszelkie pozostałości zostały zabezpieczone i przetransportowane na obecne miejsce spoczynku. A jak naprawdę było, przekonano się podczas budowy pawilonów handlowych, kiedy to robotnicy wykopywali kości, a nawet czaszki pochowanych, które później walały się na hałdach ziemi służąc dzieciom jako rekwizyty do zabawy.
Obecnie, miejsce poświęcone i w pewnym sensie mistyczne dla baptystów, a także osób zainteresowanych pielęgnowaniem historycznych pozostałości wielokulturowości Żyrardowa, zostało zagospodarowane osiedlowymi pawilonami handlowymi, a jedynymi świadkami minionego czasu są nieliczne robinie spoglądające z wysokości swych koron, na jakże zmienioną, otaczającą je przestrzeń. Brak jakichkolwiek znaków, świadczących o symbolice tego miejsca, zawstydza i daje do myślenia, co może kiedyś stać się z nami.