poniedziałek, 10 lutego 2014

Epizod 55: Szpital Fabryczny

         Organizując pierwszy żyrardowski szpital w przystosowanym do tego domu fabrycznym zdawano sobie sprawę, że jest to tylko działanie doraźne i  tymczasowe. Było to jednak konieczne zwłaszcza, że w okolicy po likwidacji wiskickiego szpitala nie było żadnego wyspecjalizowanego ośrodka pomocy zdrowotnej dla coraz to bardziej rozwijającej się populacji robotników fabrycznych. Stary szpital ze swoimi czterdziestoma miejscami nie spełniał nawet w połowie norm w ilości łóżek w ośrodkach zdrowotnych w Królestwie Polskim.
 Zdecydowano wówczas o jak najszybszym zaprojektowaniu i budowie nowego szpitala. W jego powstanie zaangażował się Karol Dittrich junior przeznaczając znaczne środki na jego budowę. Na wydzielonym placu o powierzchni 2/3 ha, w kwadracie ulic Długiej, Teklinowskiej, Szkolnej i Kościelnej, zaprojektowano przyszły szpital. Przebywający często w Prusach Karol Dittrich junior podpatrywał nowoczesne rozwiązania stosowane w tamtych szpitalach, a następnie przeniósł najlepsze i najnowocześniejsze na żyrardowski grunt. Tak oto, oglądając szpitale w Dreźnie, Poczdamie, czy Freinaldorfie, głównie jednak wzorując sie na szpitalu "Carola" z Drezna, udało się stworzyć jedną z najnowocześniejszych placówek służby zdrowia. Podczas owych podróży wielokrotnie korepspondował  m.in. z dr Hay'em omawiając przyszły kształt i funkcjonalności, praktycznie szacując koszty, nie szczędząc jednak środków, jeśli dana sprawa tego wymagała.
Przeznaczając 225 tyś. rubli, K.Dittrich junior mógł dowolnie i swobodnie kształtować przyszły wygląd i użyteczność według własnego wyobrażenia. Budowę rozpoczęto w 1892 roku i trwała ona dwa lata. Nowo powstały szpital składał się z budynku głównego połączonego z dwoma bocznymi pawilonami zgodnie z ówczesnymi zwyczajami podzielonymi na męski i żeński. Zgodnie z najnowocześniejszymi technologiami szpital posiadał centralne ogrzewanie typu wentylacyjnego, kanalizację oraz elektryczne oświetlenie korzystając z fabrycznego prądu. W budynku założono oddział chirurgiczny z własną salą operacyjną, oddział wewnętrzny, ginekologiczno-położniczy, zakaźny oraz psychiatryczny, ulokowany w odrębnym budynku. Szpital posiadał łącznie 80 łóżek. Ponadto na górnej kondygnacji wydzielono cztery pomieszczenia dla urzędników.
Budowę szpitala zakończono w 1894 roku, ale aż dwa kolejne lata przyszło czekać na wyposażenie w potrzebny sprzęt. Zapewne na otwarcie placówki trzeba by było czekać dłużej, gdyby nie nagła choroba jednego z dyrektorów fabryki i pilna konieczność hospitalizacji w styczniu 1896 roku. Pierwszym dyrektorem szpitala został dr Zenon Tokarski..

W 1898 roku wybudowano ponadto barak dla chorych na cholerę. Posadowiono go poza terenem szpitala na przedłużeniu drogi na cmentarz. W roku 1900 na tyłach , w ogrodzie, wybudowano altanę, a w 1903 roku werandę do leżakowania.
budynek dawnego oddziału psychiatrycznego

 Szpital stał sie jedną z najnowocześniejszych placówek w Królestwie Polskim. Wyposażenie szpitala dostarczały najprzedniejsze firmy, jak Siemens czy Wetter&Kelling. Ogrzewające szpital piece węglowe umieszczono w piwnicach, a centralne ogrzewanie dostarczyłą firma Emil Kelling z Drezna. Główne wejście znajdowało się od strony ulicy Długiej, na tyłach zaś zlokalizowano ogród, budynek oddziału psychiatrycznego, kostnicę, budynki gospodarcze, a nawet kurniki.

nagrobek pielęgniarki na cmentarzu ewangelickim

             Dziś otoczenie szpitala uległo diametralnej zmianie. Ulicę kościelna na odcinku Dluga-Teklinowska (Limanowskiego-Waryńskiego) wchłonął teren szpitala. Dawne pola uprawne obecnie zagospodarowano budynkami administracji, czy oddziałami neurologicznym i paliatywnym. Nie ma już starej kostnicy oraz budynków gospodarczych, a część dawnego ogrodu zajmuje nowy pawilon. Zamknięty został również na głucho dawny oddział psychiatryczny. Czas i wymuszone zmiany dotknęły również głowny budynek. Pierwotne wejście przerobiono na kolejne okno zagospodarowując dawny hol na gabinety. Same pawilony zmodyfikowano, a męski nie mieści już żadnego oddziału, przerobiony na ambulatorium, izbę przyjęć, czy gabinety zabiegowe. Również żeńska część zmieniła swoje pierwotne przeznaczenie, służąc obecnie najmłodszym pacjentom oraz oddziałowi otolaryngologii.

czwartek, 6 lutego 2014

Epizod 54: Żyrardowski Bank - secesja na ulicach miasta


              Wyjeżdżając z tunelu, od strony Mszczonowa, centrum Żyrardowa wita nas pięknie odnowionym, secesyjnym budynkiem Banku. Jednak na początku XX wieku teren, na którym się on znajduje należał do Rudy i był poza Osadą, stopniowo jednak asymilując się z prężnie rozwijaną częścią fabryczną. To tutaj w latach 1911-1913, czyli tuż przed wybuchem I wojny światowej wzniesiono, dziś gruntownie odnowiony i zadbany budynek, który miał służyć jako siedziba dla Żyrardowskiego Towarzystwa Wzajemnego Kredytu, spółdzielczej formy wsparcia gospodarczego w okolicy. 
      Owo Towarzystwo powstało w Wiskitkach w roku 1872 jako Towarzystwo Zaliczkowo-Wkładowe, a założycielami byli Karol Steizig, Mikołaj Wątróbski, Aleksander Jawurek, Roman Pawłowski, Jan Kreter oraz Romen Oppenheim. 
       Główny jednak wkład w tworzenie towarzystw zaliczkowo-wkładowych miał ks. Jan Tadeusz Lubomirski. Dzięki jego zapałowi i aktywnym działaniom powstały, na wzór kasy Schultzego z Delitsch trzy pierwsze w Królestwie Polskim: wiskicka, grójecka i kutnowska. 
     Było to stowarzyszenie o charakterze typowo rolniczym. Oparte na samopomocy, będące jednym z pierwszych założonych na ziemiach polskich. Towarzystwa takie stały się doskonałym środkiem poddźwignięcia opłakanego stanu finansowego drobnych rolników oraz dawały możliwości zaciągnięcia kredytu na prowincji ułatwiając uwolnienie się tychże przedsiębiorców od wszechobecnej lichwy. Dodatkowym ułatwieniem dla zakładania takich stowarzyszeń była "ustawa normalna" kas zaliczkowo-wkładowych według której już dwadzieścia osób z jednej miejscowości mogło założyć takie stowarzysznie, aby tylko wkład pojedyńczych osób był minimum 50 rubli. 
          Towarzystwo rozrastało się i pozyskiwało coraz to nowych członków, a równocześnie rosła rola Osady i generalnie całego obecnego Żyrardowa kosztem Wiskitek właśnie.
          W roku 1901 Towarzystwo Zaliczkowo-Wkładowe przekształcono w Towarzystwo Wzajemnego Kredytu. Wkrótce okazało się, iż szybko wzrastającą liczbę członków, niewystarczające zasoby lokalowe w Wiskitkach oraz utrwalenie się czołowej roli Żyrardowa w okolicy wymusiły, w roku 1911, przeniesienie siedziby do Żyrardowa. W tym celu nabyto plac
o powierzchni 955 m kw na terenie Rudy od Benjamina Oxnera, celem posadowienia tam nowej siedziby.
         Szybko zabrano się do działania. Zatrudniony majster z Grodziska, T. Żołądkowski, w ciągu dwóch lat wykonał zadanie, oddając dwupiętrowy budynek w stylu secesyjnym z attyką oraz bogato zdobionym wnętrzem i ornamentyką, do dyspozycji finansjery.
        Oficjalne otwarcie nastąpiło 7 grudnia 1913 roku jednak wkrótce I wojna zakończyła działalność Towarzystwa. Po wygasnięciu działań zbrojnych zwołano komisję likwidacyjną. Józef Krauze, Alfred Husarek oraz dr Zenon Tokarski  rozpoczęli starania o przekształcenie Towarzystwa w bank akcyjny, także w 1921 roku rozpoczął działalność „Bank Żyrardowski S.A.”.
       Nie minęło kilka lat i nastąpiło kolejne przekształcenie, tym razem w "Wzajemny Kredyt Spółka z o.o." i w takim stanie przetrwało do II wojny światowej.
      Kiedy okupant opanował miasto z tylko im wiadomych przyczyn Niemcy zainstalowali w murach byłego banku pocztę, natomiast spółka zmuszona była przenieść się do lokalu przy ulicy Sienkiewicza 4.
     "Wyzwolenie"  przywróciło pierwotne przeznaczenie dla tego reprezentacyjnego budynku. Stał się wówczas siedzibą spółki kredytowej, a w latach pięćdziesiątych oddziałem Narodowego Banku Polskiego.
     Obecnie, zgodnie z pierwotnym założeniem, nadal pełni funkcję finansową będąc siedzibą Banku PKO S.A.


 

poniedziałek, 3 lutego 2014

Epizod 53: Największy zdrajca w szeregach AK - historia Mariana Paprzyckiego


           II wojna światowa wyzwalała często w ludziach głęboko skryte instynkty. Pożoga wojenna oraz permanentny strach o każdy nadchodzący dzień, czy aby ten nie jest tym ostatnim, ukazywały w pełnym świetle ludzką siłę i wolę przetrwania, ale także w licznych przypadkach całkowite zdziczenie i wyzbycie się wszelkich norm moralnych.
         Byli tacy, których najwymyślniejsze i najokrutniejsze tortury nie były w stanie złamać, byli jednak też tacy, którzy w sytuacji kryzysowej tracili głowę i myśleli tylko jak tu uratować własne istnienie nie patrząc na konsekwencje.
        Nie inaczej sytuacja miała się w Żyrardowie, gdzie na kartach historii zapisały się haniebne czyny Mariana Paprzyckiego ps. "Bystry".

      Trudno sobie wyobrazić jak słabego i chwiejnego charakteru był to człowiek skoro dla ratowania własnej skóry zdolny był donosić, wskazywać, a nawet zabijać jeszcze niedawnych braci broni. 
      Kiedy 13 lipca 1943 roku aresztowano "Irkę", dowództwo AK zachodziło w głowę, skąd okupant wiedział tak wiele na temat ukrytej radiostacji, skąd znał rozkład pomieszczeń i wiedział gdzie dokładnie znajdują się skrytki w sklepie przy ulicy 1-go Maja. Dopiero za jakiś czas powiązano fakt aresztowania Paprzyckiego, z doskonałą orientacją oprawców. Kiedy, w krótkim czasie, kolejni członkowie AK byli eliminowani padło wówczas podejrzenie na Mariana Paprzyckiego jeszcze niedawno żołnierza VII plutonu AK odpowiedzialnego za ochronę właśnie tejże radiostacji. Szybko powiązano fakt aresztowania Paprzyckiego przez gestapo oraz anonim, który wysłano aby zdyskredytować go w oczach Niemców, skazując go przy tym na pewną śmierć, zdając sobie sprawę jak ogromną wiedzę posiadal oraz jak niebezpiecznym byłoby jego złamanie podczas przesłuchania. Okazało się jednak, że niedoceniono Paprzyckiego. Widząc, że AK wystawiła go na pewną zgubę, przeszedł na stronę wroga i rozpoczął zdradziecką współpracę. Niemcy, aby odsunąć od niego choćby cień podejrzenia, wywieźli go wraz z innymi do lasu radziejowskiego pozorując egzekucję. Kiedy po kilku dniach pojawił się w Żyrardowie rozpoczął trwającą prawie rok współpracę w okupantem donosząc na dawnych kolegów, znajomych, a nawet wskazując jako podejrzanych, tych znanych tylko z widzenia. Paprzycki do tego stopnia wcielił się w swoją rolę, iż w końcu sam zaczął wykonywać wyroki, a wszystko dla ochrony swojego perfidnego życia. Wkrótce został mianowany tłumaczem, na miejsce zastrzelonego niedawno Funka. Stał się jednak bardzo ostrożny. Nosił przy sobie broń, a na miasto udawał się z obstawą. Również stołowanie się przeniósł do siedziby Schuppo.

      Wiedząc o jego zdradzie i jej konsekwencjach wydano na niego wyrok śmierci, a do jego wykonania wyznaczono Jana Skrowaczewskiego ps. "Kłamanio" oraz Zdzisława Wolskiego ps. "Wilk". Niestety obaj nie znając osobiście Paprzyckiego pomylili go z łudząco podobnym Niemcem Berentem i zastrzelili nie tego kogo powinni. Wkrótce na fali represji oraz prawdopodobnie w ramach odwetu odbyła się niesławna egzekucja pod fabrycznym murem. Paprzycki po nieudanym zamachu stał się jeszcze ostrożniejszy, ale również nonszalancki. Obnosił się ze swoim szczęściem głosząc wszem i wobec, iż nie ma takiego co by go zabił. Sytuacja patowa trwała do marca 1944 roku.

     Kiedy jednak sąd wojenny AK w składzie Jawa i Florian w dniu 13 marca 1944 roku wydał wyrok śmierci, dni zdrajcy były policzone. Do akcji wyznaczono czterech wyśmienitych żołnierzy z grupy "Szatana", Bronisława Sianoszkę ps. "Bronek", Józefa Bałdygę ps. "Kolt", Piotra Olęckiego ps. "Piotr" oraz Stanisława Rzewskiego ps. "Staszek".
Uzyskano również możliwość dotarcia do Paprzyckiego. Jak się okazało żona Tadeusza Gogoli ps. "Tereba" była szkolną koleżanką żony Paprzyckiego. Szybko nawiązano kontakt i odnowiono znajomość. Gogola spotykał się z Paprzyckim niemal codziennie, na których to spotkaniach pili wódkę. Zamach ciągle odkładano, ale gdy 15 marca dowiedziano się, że Paprzycki znów zabił, tym razem Żydówkę pod Międzyborowem, ustalono datę wykonania wyroku na 19 marca 1944.

      Tego dnia jak zwykle od rana Gogola, tym razem z żoną pili, u Paprzyckich na ul. Daszyńskiego. W tym czasie czterej żołnierze AK rozstawili się na miejscach, dwóch w bramie Jakubowskiego na ul. Daszyńskiego po środku rynku, dwaj pozostali na rogu Daszyńskiego i Słowackiego.
    Kiedy zabrakło wódki Gogola zaproponował, aby udać się po kolejną butelkę. Wszyscy wyszli z domu, a kiedy zbliżyli się do czekających żołnierzy, "Tereba" wraz z żoną oddalił się mówiąc, że uda się szybko po zakąskę, wskazując skrycie palcem Paprzyckiego.
    Wiedząc, który to cel, "Piotr" wyskoczył z bramy i oddał dwa strzały. Zdrajca jednak był na tyle zwinny, iż zdążył wyjąć broń i wypalić, a następnie, krwawiąc z postrzelonej dłoni, zaczął uciekać na skos, przez rynek. Będąc po środku rzucił za siebie granat, co zmusiło pościg do rzucenia się na bruk. W tym momencie pozostający z tyłu "Bronek" oddał serię w kierunku zdrajcy kładąc go trupem. Przeraźliwy krzyk małżonki Paprzyckiego wypełnił przestrzeń targu. Żołnierze, aby być pewnymi podbiegli do zabitego i wpakowali w niego kolejne kule. Razem trzydzieści osiem, a następnie ulicą Krótką przedostali się do Wilczej i dalej do Międzyborowa.

     Niemcy o dziwo nie przedsięwzięli działań odwetowych. Widocznie sami poznali się na konfidencie i zdrajcy, natomiast urządzili mu uroczysty pogrzeb, a konduktowi żałobnemu przewodniczyło dwóch księży, którzy narzucili takie tempo marszu, że trudno było za nimi nadążyć.

   Zdrajca i morderca spoczął na żyrardowskim cmentarzu, tuż obok swoich ofiar. Nie dane jednak było mu długo cieszyć się wiecznym spokojem w poświęconej ziemi. Tuż po zakończeniu działań wojennych wydobyto zwłoki Paprzyckiego i zakopano poza murami nekropoli, w rowie. 
      
  

czwartek, 30 stycznia 2014

Epizod 52: Ochronka fabryczna


       Zagospodarowując plac targowy, który obejmował teren dzisiejszego placu Jana Pawła II, w jego  południowej części, troszkę w głębi postanowiono wybudować ochronkę dla dzieci robotników żyrardowskich. Powód jej budowy był prosty.
     
      Szybki rozwój zakładów, a co za tym idzie potrzeba zwiększenia zatrudnienia, zmusiły właścicieli do szukania potencjalnych źródeł siły roboczej. Uwagę ich zwróciła duża liczba niepracujących kobiet, kobiet zajmujących się domem i opieką na swoimi dziećmi. Aktywacja zawodowa tej znacznej liczby przyszłych pracowników byłaby możliwa w przypadku znalezienia możliwości opieki nad ich potomstwem.  Postanowiono wówczas wybudować ochronkę dla dzieci robotników, do czego przystąpiono w 1875 roku. Była ona wówczas jedną z pierwszych tego typu placówek w Królestwie Polskim. 
Ochronka Fabryczna

     Budynek ochronki został wybudowany na rzucie prostokąta z trzyosiowym ryzalitem od frontu. Budynek zwieńczony jest wieżyczką nakryta hełmem. Budynek główny połączony jest korytarzem, w którym obecnie mieści się szatnia, z salą balową. Po obu stronach wybudowano boczne skrzydła mieszczące sale oraz pomieszczenia sanitarne. Na pierwsze piętro można dostać się trzema klatkami schodowymi. Budynek został wykonany, jak większość fabrycznych budynków, z nieotynkowanej cegły. Rozkład pomieszczeń był również nader funkcjonalny. W części centralnej znajduje sie administracja, a w przedłużeniu "sala Dittricha" wsparta na monumentalnych kolumnach z popiersiem fundatora w centrum, czyli najbardziej reprezentacyjne miejsce w budynku. Boczne skrzydła mieściły klasy dla dzieci oraz część pomieszczeń gospodarczych i sanitarnych. Ponadto w roku 1885 ochronkę rozbudowano.

       W celu zapewnienia opieki nad robotniczymi dziećmi, wybudowano również budynek mieszkalny dla opiekunek i nauczycielek zwany „babińcem”.  Budynek ten zamieszkiwało około 30 opiekunek. Piękny, obszerny taras pozwalał na spędzanie wolnego czasu przy herbatce, wnętrze zaś zawierało obszerny salon z fortepianem oraz czytelnię. Opiekę na dziatwą roztaczało około trzydzieści nauczycielek oraz co najmniej tyle samo personelu pomocniczego.
      Do ochronki, w początkowych latach, uczęszczały wszystkie dzieci powyżej trzech lat, jednak zwiększanie się liczby zatrudnionych, a co za tym idzie wzrost liczby dzieci wymagających opieki, wymusił ograniczenie się do jednego dziecka z rodziny. Pozostałymi z reguły zajmowało się starsze rodzeństwo, bądź z braku takiej możliwości, przebywały z rodzicami w fabryce pomagając im w pracy.
     Wokół budynku zorganizowano piękny ogród oraz plac zabaw,  a klasy zostały podzielone dla dzieci polskich i niemieckich. Corocznie w placówce opieką otoczone było około 1000 dzieci, a koszt ich utrzymania wynosił około 30 tyś rubli, czyli mniej więcej 30 rubli rocznie na dziecko.
    
     Jednym z najmilej wspominanych dni w roku było Boże Narodzenie, kiedy to sam Karol Dittrich junior odwiedzał dzieci w Ochronce, obdarowywał prezentami i słodyczami. Były to z reguły fartuszki, koszulki, czy spódniczki, a także owoce i ciastka. Taka hojność właściciela zakładów była niezwykle mile widziana i stanowiła, zwłaszcza dla najbiedniejszych dzieci oraz sierot, istotny zastrzyk jakże potrzebnej i niezbędnej pomocy.  W podzięce za te dary dzieci zebrane wokół marmurowego popiersia Karola Dittricha śpiewając skomponowaną pieśń dziękczynną, prosiły o zdrowie dla właściciela.

A brzmiało to tak:

"Radośnie gwiazdkę witamy
Szczęśliwy dzisiaj dzień mamy
Przez pana Dittricha dar
Jego ojcowska opieka
Alibo zawsze nas czeka
Więc Cię o Boże prosim w pokorze
Dnia każdego o zdrowie Jego".
     
Pracownicy ochronki organizowali również zajęcia haftu i szycia dla dziewczynek pomiędzy 7, a 14 rokiem życia przygotowując je, w ten sposób, do przyszłej pracy w zakładach.  Tym zajęciem objęte było średnio około 350 podopiecznych. 
    
    Karol Dittrich junior w geście wielkiej hojności, kiedy to sprzedał swój pakiet akcji w 1899 roku, przeznaczył 500 tyś. rubli na funkcjonowanie Ochronki w przyszłości.
   
    Jedną z ciekawostek związanych z Ochronką jest obecność w roku 1889, na zaproszenie Karola Dittricha juniora, będącego w drodze z Moskwy do Berlina szacha Persji, dzisiejszego Iranu, który gościł  w murach ochronki. Podobnież szach zajechał powozem i witany przez szpaler dzieci wmaszerował do środka ugoszczony przez samego Karola Dittricha juniora.

       Jak się stało, że tak znamienity gość zaszczycił swoją obecnością żyrardowskie środowisko robotnicze?
Otóż, szach persji Nasr - Eddin, a dokładniej Naser ad-Din Szah Kadżar jako pierwszy z władców Persji skierował swoje zainteresowania w kierunku Zachodu, co było ogromnym szokiem w krajach muzułmańskich wrogo nastawionych do krajów giaurów. Wizyta w Żyrardowie odbyła się podczas trzeciej podróży po Europie w roku 1889 , a Szach widział w tych kontaktach możliwości rozwoju edukacji, technologii i nauki, które to następnie wprowadzał we własnem kraju. Starał się podczas tych podróży przedstawić Persję jako starożytny aczkolwiek cywilizowany kraj. Wcześniejsze podróże odbył w latach 1873 i 1878 . 

      Podczas swojego panowania pozaciągał olbrzymie pożyczki zagraniczne, aby sfinansować swoje osobiste, kosztowne podróże do Europy. Persja stała wówczas na skraju nędzy, a klęski głodu zabierały tysiące ofiar, dwór zaś dla swoich zbytków i przyjemności defraudował publiczne pieniądze na wielce kosztowne podróże. Kraj, za panowania szacha, opanowała wszechobecna korupcja. Wszystko to skończyło się zgładzeniem szacha 19 kwietnia 1896 roku. 
 

I tak na koniec, ciekawostką jest, to, że praprawnuczką szacha jest Marjane Satrapi, reżyserka i scenarzystka nominowanego do Oskara  „Persepolis” oraz autorka serii komiksów o tym samym tytułe.
 

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Epizod 51: Gdyby takich więcej - Zbigniew Stanclik bohater i wzór


      Pierwsza publiczna egzekucja. Wiele osób, z ciekawością, zjawiło się tuż obok żyrardowskiego cmentarza, aby być świadkami niemieckiej propagandy terroru.

      A stało ich trzech. Za młodzi by umierać, za młodzi by zniknąć z firmamentu żyrardowskiego świata. A jednak.

To nie tak  miało być. Gdyby nie ten pechowy dzień. Gdyby nie tak akcja.

Zbigniew Stanclik, Władysław Holc, Janusz Horodyski. Wszyscy oddali życie za wolność, za kraj, za nas.

     Każdy z nich, dla uczczenia ich pamięci ma swoją ulicę. Każda blisko cmentarza, tam gdzie zginęli. Tam gdzie oddali swoje jakże cenne i niezastąpione wspomnienia i marzenia.

    Wszyscy należeli do Armii Krajowej, wszyscy trzymali się dzielnie. Za Polskę, za ojczyznę.

Jeden z  nich. Zbigniew Stanclik. Nie ma już takich. Tylko dwudziestodwuletni, młody, ale za Polskę, za kraj, aż do śmierci.

     Nowy Dwór, gdzie się urodził 16 października 1921, później Gdynia, gdzie wstąpił do harcerstwa, dalej Łomża i stanowisko zastępowego. Ciągle w drodze, ciągle gdzieś indziej, ale zawsze z rodziną.
W ciągu swojego, jakże krótkiego życia dokonał więcej niż wiele rodzin przez pokolenia. Choćby zima 1938 rok, kiedy uratował dwoje tonących dzieci, za co otrzymał medal i pamiątkowa książkę.

     „W głębinach mórz i oceanów”, jakże znamienny tytuł. A potem, kiedy wybuchła, bądź co bądź,  oczekiwana wojna, poszedł walczyć. Na ochotnika, mając tylko osiemnaście lat, zaciągnął się do Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie” Franciszka Kleeberga i walczył, z oddziałem, który najdłużej opierał się nawałnicy niemieckiej.

      Później był Żyrardów. Niestety.

      Rodzina przeprowadziła się tutaj a Zbyszek wraz z nimi, bo najbliższa familia już tu mieszkała i tak było łatwiej, pewniej.

    Rozpoczął pracę w cukrowni „Guzów”, gdzie nawiązał kontakt z konspiracją. Najpierw Tajną Armią Wojskową, później ZWZ, wreszcie AK i 13 plutonem. Tym osławionym. Tym prestiżowym.

      Później były akcje dywersyjne w Feliksowie, Aleksandrii, Grodzisku. Ale nawet aresztowanie przez Niemców i możliwość wywózki na roboty przymusowe nie powstrzymały Zbigniewa Stanclika. Uciekł, z punktu zbornego w Warszawie. Nie dał się wywieźć do Rzeszy. 
     Jednak tego czerwcowego wieczoru roku tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego nie udało mu uniknąć swojego przeznaczenia, nie dane mu było dalej walczyć z okupantem. Taki los.

A nam pozostało tylko wspomnienie.  O bohaterach. O tych, którzy byli ponad wszystkim. Wzór do naśladowania. 

   Niech spoczywa w spokoju wraz z piękną książką, którą otrzymał za swoje bohaterstwo. „W głębinach mórz i oceanów”.


czwartek, 23 stycznia 2014

Epizod 50: Pierwsi żyrardowscy lekarze - A.Jawurek i W.Hay

            Jak wielki wkład w rozwój opieki zdrowotnej w Osadzie Fabrycznej miał dr Aleksander Jawurek trudno opisać w kilku zdaniach. Urodzony 14 lipca 1831 roku w Częstochowie nauki pobierał w niedalekim Krakowie. W roku 1860, dzięki znajomości z biskupem Tadeuszem Łubieńskim, osiadł w Wiskitkach rozpoczynając pracę w miejscowym szpitalu. Niestety nie długo dane mu było rozwijać się i nabywać doświadczenia w wiskickiej lecznicy. Kiedy w 1862 roku biskup zmarł szpital wkrótce zamknięto. 
          Na szczęście dr Jawurek pracował już również w Osadzie, w ambulatorium przyfabrycznym, z początku, dwa razy w tygodniu. Widząc jednak zmniejszające się znaczenie Wiskitek kosztem Osady, w 1875 roku przeniósł się na stałe blisko fabryki, gdzie pozostał aż do śmierci. Rozwijając również swoje medyczne zainteresowania poświęcał się pisaniu rozpraw i artykułów na temat przeróżnych schorzeń, jakie doskwierały żyradowskim robotnikom. A pole do badań miał całkiem spore.
         Dr Jawurek już ponad 140 lat temu pisał m.in. na temat operacji plastycznych, chorobach epidemicznych, czy nowatorskiej jak na tamte czasy dziedzinie, czyli chorobach społecznych. Wielki wkład miał również w propagowanie, jakże wtedy niedocenianej profilaktyki. 
Dr Aleksander Jawurek, jako umysł światły i postępowy, odnosił w sposób nad wyraz krytyczny na temat "wiejskiego lecznictwa" czy znachorów. Wiele ze swoich atrykułów poświęcał również tematyce nowych leków.

Dr Aleksander Jawurek zmarł 12 września 1895 roku i został pochowany na żyrardowskim cmentarzu.

       Drugim, ale nie mniej ważnym doktorem ówczesnych czasów w Osadzie był William Hay. Ten urodzony w 1853 roku medyk pracę w Zakładach Żyrardowskich, jako lekarz rozpoczął w 1883 roku na fali osławionego strajku szpularek. W roku 1898 staje sie nawet naczelnym lekarzem Żyrardowa. Niestety przedwczesna śmierć na zapalenie płuc, która zabrała doktora w 1901 roku, pokrzyżowała jego jakże ambitne i dalekosiężne plany. Zmarły w wieku czterdziestu ośmiu lat medyk, szczerze był opłakiwany przez tłumy robotników żyrardowskich, a nad grobem uwielbianego lekarza mowe wygłosił nawet sam pastor Djehl.

        Dziś na żyradowskiej nekropolii bez trudu odnajdziemy grób dr Aleksandra Jawurka, wysoki z czarnego kamienia, dumnie wznoszący się ponad sąsiadujące pomniki. Znacznie okrutniej odniósł się czas z grobem Williama Hay'a, którego to nie ujrzymy juz niestety w ewangelickiej części cmentarza.


       Dwadzieścia dwa lata starszy dr Jawurek był dla młodszego kolegi mentorem i wzorem do naśladowania. Od 1883 roku wspólnie starali się wnieść nowoczesną medycynę do "średniowiecznych" izb żyrardowskich robotników. Przez osiem lat wspólnymi siłami próbowali poprawić warunki życia i metody leczenia. 
      Po śmierci dr Jawurka, W. Hay już sam podążał drogą postępu, a potwierdzeniem tego może być fakt, iż sam Karol Dittrich junior, tak cenił wiedzę i zdanie doktora, że czynnie angażował go w budowę nowego szpitala.

     Oczywiście kolejne pokolenia żyrardowskich lekarzy przyniosły wiele wysoko cenionych osobistości, jednak ta dwójka wraz z pielęgniarkami i asystentami, zapoczątkowała silne zmiany na lepsze w małym i hermetycznym żyrardowskim świecie, gdzie wiedza ludowa i znachorstwo, górowały nad nauką i postępem, które mozolnie,  krok po kroku, dwaj lokalni lekarze, wprowadzali do robotniczych domostw.       

   


poniedziałek, 20 stycznia 2014

Epizod 49: Egzekucja pod ceglanym murem

            Dwudziestu czterech wychudzonych, ubranych w łachmany, ze związanymi rękami i zagipsowanymi ustami, Głowy ich tonęły w czarnych, papierowych niby workach. Gdzie się nie obejrzeć, wszędzie Niemcy. Szeregowcy, oficerowie, nawet pielęgniarki z pobliskiej szkoły im. Konopnickiej przerobionej przez okupanta na szpital wojskowy pojawiły się gnane ciekawością, a teraz nic nie robiąc sobie z dziejącego się dramatu flirtowały z obstawiającymi plac im. Hitlera żołnierzami. A oni stali już tak dłuższy czas, czekając na nieuchronne. Stali pod murem tkalni. 
       Dwudziestu czterech obywateli pojmanych kilka tygodni wcześniej na fali zakrojonych na szeroką skalę łapanek przetaczających się jak walec przez Generalna Gubernię. Dowieziono ich z Pawiaka, oskarżając o działanie na niekorzyść Rzeszy. Wiadomym było, że jest to jednak typowa akcja odwetowa, odwet za wcześniejszą śmierć żołnierza niemieckiego oraz ranienie dwóch innych. Można domniemywać, iż chodzi o nieudany zamach na Paprzyckiego, a konkretnie pomylenie jego osoby z Berentem, którego zastrzelili Skrowaczewski z Wolskim ps. Wilk"                 
      Dokładnie o godzinie 11:55 najpierw jedna, a następnie kolejna salwa zagrzmiały w centrum Żyrardowa. Kiedy ucichło echo wystrzałów, oczom obecnych ukazał się potworny widok. Dwadzieścia cztery ciała w rozszerzającej się kałuży krwi, leżały pod ceglanym murem tkalni. Tych, którzy się ruszali SS-man dobijał z pistoletu. Po wykonaniu „zadania” żołnierze załadowali ciała na ciężarówkę i wywieźli w nieznanym kierunku, natomiast inni za pomocą specjalnie przygotowanego piachu maskowali krwawe ślady. 
Niemcy do egzekucji przygotowali się w każdym calu. Droga przez miasto, od strony przejazdu była obstawiona przez żołnierzy, a sam plac odgrodzony kordonem wojska. Ludność polska dostała kategoryczny zakaz obserwowania egzekucji, a każda osoba przypatrująca się przez okna mogła liczyć się z utratą życia. Lufy karabinów omiatały pobliskie budynki czekając tylko na możliwość wypuszczenia serii. Na szczęście dla zachowania tejże tragicznej historii jeden z pracowników magistratu, Jan Gmurek z narażeniem życia obserwował skrycie poczynania Niemców na zewnątrz, czyny które następnie mógł przekazać. A mógł znaleźć się wsród zamordowanych. Tylko interwencja pracownicy Behnke, która zaręczyła za niego, iż nie można pozbyć się tak wykwalifikowanego księgowego oraz referenta budżetowego, uratowało go od niechybnej śmierci.  
        Co w takim razie wpłynęło na tak bestialską zbrodnię? Otóż nasilenie terroru związane było z wejściem w życie rozporządzenia gubernatora Hansa Franka z 2 października 1943 roku „o zwalczaniu zamachów na niemieckie dzieło odbudowy w Generalnym Gubernatorstwie”. Aby złamać polski ruch oporu postanowiono stosować odpowiedzialność zbiorową, a czyn dokonany traktowano na również z planowanym. Jedyną słuszną karą był wyrok śmierci z natychmiastowym wykonaniem. Starano się w ten sposób zastraszyć społeczeństwo polskie, a miejsca straceń wybierano celowo w centrach miast i miasteczek, aby w jak największym stopniu nadać wysokiego znaczenia pospolitemu mordowi. Celowe było również wywieszanie obwieszczeń informujących o wykonanym wyroku. 
       Oczywiście pod pojęcie „zamachów” podciągnięto nawet nielegalny handel, czy ubój. Wszystkie niemieckie posterunki zostały wyposażone w daleko idące pełnomocnictwa łącznie z powoływaniem doraźnych sądów, które wymierzały kary. Jakby tego było mało, od 25 września 1943 roku, dowódcą SS i Policji w dystrykcie warszawskim został mianowany Franz Kutschera zwolennik twardej ręki i masowych egzekucji jako jedynego środka na spacyfikowanie krnąbrnych Polaków. Za rządów Kutschery właśnie, na ulicach miast dystryktu, odbywały się egzekucje miejscowych obywateli dowożonych specjalnie wprost z Pawiaka. Taka właśnie egzekucja miała miejsce w Żyrardowie owego krwawego czwartku, 18 listopada 1943 roku.

       Następnego dnia na mieście, okupant porozwieszał obwieszczenia informując, iż m.in. za nielegalne posiadanie broni oraz udział w nielegalnych organizacjach, w dniu 17 listopada na karę śmierci zostało skazanych 46 osób. Pierwszych dwudziestu z listy rozstrzelano właśnie w Żyrardowie, następnych dwudziestu w Grodzisku Mazowieckim. Obwieszczenie mówiło tylko o dwudziestu. Jak widać dla Niemców cztery kolejne ludzkie życia były nic nie warte. Każdy jednak doskonale wiedział, że owo obwieszczenie było tylko fałszywym oskarżeniem. Tak naprawdę egzekucja pod murem była pospolitym i okrutnym odwetem.
     Pozostałe sześć osób zostało "dobrodusznie" uwolnionych, z przesłanką zadenuncjonowania kolejnych osób, winnych czy niewinnych, nie miało to znaczenia.

     Egzekucji dokonałi niesławni dla miasta oficerowie SS z 11 korpusu III batalionu 12 pułku SS wraz z miejscową policją. 

     Waschow, Leber, Karl Amman, Wilhelm Wiesel, Federmann, Pralle, Schund oraz Józef Hottinger, dowódca z willi "Wanda", to nazwiska zbrodniarzy, których ręce splamione zostały krwią polskich obywateli. Niestety żaden z nich nie poniósł kary za swoje niecne czyny.

      Po wojnie, Waschow pełnił funkcję oficera policji w Getyndze, mieszkając sobie spokojnie w podmiejskiej willi, Wiesel był policjantem w Hamburgu, Amman w Ulm, Pralle oraz Schund w Hanowerze. Wszyscy wiedli spokojne życie. Na fali protestów, które przetoczyły sie przez Żyrardów w latach 60-tych rozpoczęto miejscowe zbieranie świadków i dowodów zbrodni ludobójstwa, jednak to i nawet zeznania Franza Schattenmana - kucharza z Schuppo, który obsługiwał morderców w willi "Wanda" na łamach dziennika "Die Tet" nie przekonały zachodnioniemieckiego prokuratora do wszczęcia śledztwa, formalnie "z braku dowodów winy".

      Dwudziestu czterech polskich obywateli, żołnierzy AK, GL, działaczy PPR, czy w ogóle nie związanych z konspiracją, ojców, braci oraz dziadków  zginęło tego dnia pod ceglanym murem fabrycznym w Żyrardowie.


Stefan Zieliński                   Zygmunt Engelholm                 Kazimierz Bieganowski
Henryk Ekielski                    Stanisław Majorek                 Franciszek Flaszczyński
Bronisław Sentowski        Mieczysław Kotowicz              Karol Wiśniewski
Leonard Czarnecki            Karol Doczkał                            Mieczysław Maciejewski
Leon Nowak                       Aleksander Kubaj                     Edward Gogola
Stanisław Ruciński           Ryszard Kloc                              Jan Grabalski
Maksymilian Gutowski    Marian Ruciński                       Bolesław Pawłowski
Antoni Stasikowski          Mieczysław Pliszkiewicz         Stanisław Sztark

                                               Cześć ich pamięci!!!

czwartek, 16 stycznia 2014

Epizod 48: Do czego może doprowadzić naiwność - makabryczne morderstwo w parku im. Świerczewskiego

Epizod 48: Do czego może doprowadzić naiwność - makabryczne morderstwo w parku im. Świerczewskiego


                Spacerując dziś po „zielonych płucach Żyrardowa” pozostaje nam jedynie delektować się urokami tej oazy zieleni. Zadbany drzewostan, przystrzyżone trawniki, wijący się strumyk, czy tłumy dzieciaków na placu zabaw pozwalają nam  zapomnieć na chwilę o troskach dnia codziennego. Jednak park im. Karola Dittricha nie zawsze budził zaufanie. Jeszcze jakiś czas temu zaniedbany, przyciągał tłumy osób, o co najmniej wątpliwej reputacji. Taki obraz parku miejskiego funkcjonował w wyobraźni mieszkańców miasta również pod koniec lat sześćdziesiątych. Dumnie wówczas brzmiąca nazwa, Park Miejski im. Karola Świerczewskiego, tak tego generała Armii Czerwonej i Wojska Polskiego  zwanego „Walterem”, którego pseudonim powstał ponoć za czasów jego służby podczas wojny domowej w Hiszpanii, kiedy to w pijackim amoku, w samych kalesonach z nieodłącznym pistoletem Walther rozstrzeliwał dezerterów. Karol Świerczewski znany jest jednak szerokiemu gronu obywateli bardziej z wpuszczonej do obiegu od 1 stycznia 1975 roku serii banknotów „Wielcy Polacy”,  a konkretnie z 50-cio złotówki. Dumnie patrzący w bok generał zakrywa swoją pokaźną łysinę czapką, czapką która pojawiła się na banknocie, kiedy to odrzucono projekt podobizny bez nakrycia głowy, gdyż w pierwotnym projekcie generał taki miał się pojawić. Projekt ten został jednak odrzucony przez ówczesnych decydentów NBP ze względu na obawę stworzenia niewybrednego obiektu żartów co prostszych obywateli.
              

         Wracając jednak do parku miejskiego,  26 lipca 1969 roku historia miasta „wzbogaciła” się o kolejny, niepotrzebny i  tragiczny wypadek, który zmienił życie co najmniej dwóch rodzin.
              

        Kiedy na miejscowy posterunek milicji wszedł młody chłopak nikt się nie spodziewał, że jego słowa postawią na nogi służby żyrardowskie na kolejne długie godziny. Tym młodzieńcem był 19-letni Franciszek Kruk, który, czy to szarpany wyrzutami sumienia, czy też zdając sobie sprawę, iż pojawienie się na komisariacie pozwoli w przyszłości spojrzeć na jego czyn przychylniejszym wzrokiem, poinformował, że właśnie udusił znajomą w miejscowym parku. Zaalarmowane służby udały się we wskazane miejsce odkrywając makabryczna prawdę. W krzakach, blisko baraku „Ruchu” leżało ciało młodej dziewczyny. Ułożenie ofiary, a także fakt, iż pozbawiona była bielizny od razu wskazywało zabójstwo na tle seksualnym. Kruk został aresztowany i przesłuchany, wyjawiając prawdę o tym, co dział się podczas minionych godzin. Okazał się, że Franciszek Kruk  to postać znana żyrardowskiej milicji. Dopiero co wyszedł z więzienia, gdzie odbywał karę  czterech miesięcy pozbawienia wolności za pobicie przechodnia. Kruk był na tyle beztroskim osobnikiem, że od marca, kiedy to pojawił się na wolności do dnia morderstwa, nie podjął żadnej pracy pogrążając się coraz bardziej w meandrach pijackich balang. Również tego dnia nie stronił od alkoholu. Wypijając wpierw kilka win z kolegami, postanowił powłóczyć się po mieście, gdzie w okolicy dworca natknął się na znajomą Irenę Elżbietę Bogucką, szesnastoletnią uczennicę Szkoły Włókienniczej..
        Spacerując z przyszłą ofiarą, zaproponował przejście do parku miejskiego, gdzie pobudzony spożytą ilością trunków zaproponował odbycie stosunku. Kiedy ofiara kategorycznie odmówiła i zaczęła wzywać pomocy, ten rzucił się na nią, dusząc gołymi rękami. Najbardziej makabryczną częścią tego morderstwa jest to, że Kruk widząc, iż ofiara nie daje oznak życia zbeszcześcił ciało i dopiero po zaspokojeniu rządzy udał się na komisariat., gdzie badanie wykazało 1,6 promila alkoholu. Franciszek Kruk wiedział co robi. Za zabójstwo groziła mu bez dwóch zdań kara śmierci, więc dobrze kalkulując, przyznał się do winy odbierając sędziemu jedyny oręż w walce z takimi zwyrodnialcami. Jak widać skutecznie, gdyż wyrok 15 lat pozbawienia wolności przy takim okrucieństwie wydaje się nad wyraz łagodny, wyrok który nigdy nie zadośćuczyni pogrążonej w bezgranicznym bólu rodzinie, której pozostało jedynie zapalanie światełek na grobie ukochanej córki (J1/3/6).
       Nie można jednak pozostawić obojętnym na fakt  bezgranicznej naiwności ofiary, która musiała znać sprawcę, skoro udała się z pijakiem w ustronne miejsce. Na co liczyła i czego się spodziewała po osobie tego typu, agresorze, który dopiero co opuścił więzienne mury. Niech takie tragiczne przykłady staną się przestrogą dla młodych dziewcząt oraz ich rodziców, którzy w ramach zapobiegania podobnym makabrom powinni znać środowisko, w którym porusza się i spędza wolny czas ich pociecha.         

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Epizod 47: Pałacyk Tyrolski, czy "Straszny Dwór" - historia najpiękniejszej żyrardowskiej willi


                Zwiedzając  fabryczny Żyrardów łatwo znaleźć pięknie odnowiony, utrzymany w jasnych kolorach charakterystyczny budynek zwany Pałacykiem Tyrolskim lub z racji swojej mrocznej historii „Strasznym Dworem”, a znajdujący się przy ulicy Limanowskiego.
Jednak jeszcze kilka lat temu zaniedbany i opuszczony straszył przechodniów swoim wyglądem, obdrapaną elewacją oraz zapuszczonym ogrodem na tyłach podsycając tym bardziej legendarną historię „damy z czerwoną różą we włosach” przechadzającą się o północy po niezliczonych pokojach willi i odstraszającej kolejnych właścicieli.
             

  Dziś, po generalnym remoncie, znów cieszy oczy mieszkańców miasta przypominając dawne świetlane czasy, kiedy to Osada zarabiała ogromne fundusze na korzyść właścicieli zakładów, a pałacyk był wizytówką Dittrichów.  
              Pałacyk Tyrolski wybudowany został w latach 1867-1871 jako reprezentacyjna willa właściciela Karola Augusta Dittricha. Na tyłach usytuowana była weranda, której dach stanowił taras wyższej kondygnacji. Jej okna wychodziły na piękny i malowniczy ogród z licznymi drzewami i krzewami pomiędzy którymi usadowiona została drewniana altana, którą po remoncie możemy podziwiać do dziś. Tuż obok wybudowana została piętrowa oficyna mieszcząca stajnie, pomieszczenia gospodarcze, a także pokoje gościnne. Owa oficyna również przetrwała do dnia dzisiejszego służąc obecnie jako budynek mieszkalny.

             
dawna oficyna
          Jednak to co najpiękniejsze, niedostępne było dla oczu zwykłych robotników żyrardowskich. Wnętrze willi urządzono bowiem z ogromnym przepychem i elegancją. Bogactwo szczegółów cieszyło oczy nielicznych, którzy mieli możliwość przekroczenia progu budynku. Marmurowe kominki, bogato zdobione boazerie, sufity z podwieszanymi żyrandolami, czy ściany obite drogimi tkaninami, a to wszystko przyozdobione kunsztownymi meblami, świadczyło o wielkim bogactwie właścicieli.  
Po ślubie córki starego Dittricha, Anny Luizy Fryderyki  z Ludwikeim Marcellinem młodzi zamieszkali w pałacyku. Mówi się, że w ten sposób Dittrich chciał aby nowy dom choć trochę przypominał Marcellin’owi – dyrektorowi w zakładach, jego rodzinne strony.

         Tragedia jaka wydarzyła się wkrótce w czterech ścianach pięknej willi, na zawsze już rzuciła złą sławę na pałacyk. Śmierć w pożarze miesięcznej córeczki młodych mieszkańców obrosła legendą.  Mimo, iż Dittrichowie opuścili miasto, zła sława pozostała. Zaczęto widywać w oknach na piętrze kobietę ubraną na biało, z czerwoną różą we włosach, przemieszczająca się po  pokojach. Z tego też powodu willa otrzymała mało zachęcająca, dla potencjalnych nabywców, nazwę „Straszny Dwór”.

drzeworyt z Tygodnika Ilustrowanego z 20 stycznia 1872 roku

            Po wyprowadzce właścicieli willa długo stała pusta, stając się w dwudziestoleciu międzywojennym własnością niesławnych "francuskich niszczycieli" fabryki.  W okresie II wojny światowej pałacyk szczęśliwie omijały działania zbrojne, a po zakończeniu konfliktu stał się siedzibą m.in: biura Zakładów Lniarskich, przychodni lekarskiej,  Związków Zawodowych, Zespołu Opieki Zdrowotnej, czy w latach 70-tych lokalizacją dla Biblioteki Miejskiej oraz redakcji „Życia Żyrardowa”.
 

         To tu również 27 października 1981 roku gościł Lech Wałęsa jako, że siedzibę w Pałacyku Tyrolskim miał Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”.





czwartek, 9 stycznia 2014

Epizod 46: Jan Skrowaczewski - najdzielniejszy bohater walki o wolność


             Każde miasto ma swojego bądź swoich bohaterów, często tylko lokalnych, ale ważnych i cenionych w danym środowisku. Bohaterów, którzy oddali swoje życie za wolność i ojczyznę. Tych, pośmiertnie łatwiej oceniać z perspektywy dokonań i osiągnięć. Tych, którzy przeżyli, często pomijamy i zdecydowanie deprocjonujemy.

            Nasz bohater nie zginął podczas wojny, nie wznoszono i nie wznosi się peanów na jego cześć. Mimo jego niezaprzeczalnego bohaterstwa i poświęcenia swoich młodzieńczych lat na walkę w okupantem, na walkę na pierwszej linii, tą najbardziej niewdzięczną. Nasz bohater podjął się ogromnie odpowiedzialnego zadania, niebezpiecznego i traumatycznego - wykonywaniu wyroków śmierci.
           Po ukończeniu tajnego kursu w szkole podchorążych, w roku 1942 niespełna 18-letni Jan Skrowaczewski, bo o nim rzecz jasna mowa, stał się żołnierzem 13 plutonu dywersyjnego, a za jego główne zadanie postawiono likwidowanie konfidentów, volksdeutschów, "granatowych" policjantów oraz organizowanie i uczestniczenie w akcjach dywersyjnych.
          Urodzonego we Lwowie w październiku 1924 roku, losy wojenne rzuciły do odległego Żyrardowa, z którym związał się aż do swojej przedwczesnej i tragicznej śmierci.
         W wieku szesnastu lat przystapił do konspiracji jako łącznik w kompanii Benedykta Karlickiego ps. "Piłat" - nauczyciela z Wiskitek, a następnie ukończył tajny kurs w szkole podchorążych zorganizowanej w budynku dawnej straży pożarnej na ul. Mireckiego oraz w cieplarni ogrodu fabrycznego przy ulicy Żeromskiego.

         Jan Skrowoczewski, nad wyraz bystry, odporny psychicznie i doskonale zbudowany mężczyzna, przyjął na siebie rolę likwidatora, egzekutora, wykonawcę wyroków i kar śmierci uchwalanych przez Wojskowy Sąd Specjalny. Aby mylić tropy posługiwał się również fikcyjnym nazwiskiem Kazimierz Rolski.
A konto Janka można zaliczyć około 20 osób, osób, które po wejściu okupanta na tereny Polski, stawały się bestiami w ludzkiej skórze. I właśnie te bestie „Kłamanio” miał za zadanie likwidować. I likwidował, skutecznie.

        Lista jego osiągnieć jest obfita i budząca respekt, a wszystkiego tego dokonał w niespełna rok. Wysadzenie transportu kolejowego pod Pilawą, czasowe unieruchomienie podstacji elektrowni przy ulicy Jaktorowskiej czy uszkodzenie radiostacji w Grodzisku Mazowieckim to zadania typowo dywersyjne. Nie tym jednak wsławił się najbardziej "Kłamanio". Wykonanie wyroków śmierci na konfidencie Wilczyńskim pod Brwinowem, Hegenbart'cie przy drodze do Mszczonowa, wykonanie wyroku na Funku pod nosem żołnierzy niemieckich, czy Alojzym Walh'u w Grodzisku Mazowieckim to tylko krótka lista jego osiągnięć.
       Jednak jak każdemu nawet Janowi Skrowaczewskiemu przytrafiły się wpadki, niestety ogromnie tragiczne w ostatecznym rozrachunku. Mowa tu o organizowanej próbie odbicia "Małego" i w konsekwencji śmierci kolegów z plutonu: Stanclika, Horodyskiego i Holca oraz zabicie Karola Berenta - hitlerowca, którego pomylono z Paprzyckim, za co w konsekwencji życie straciły niewinne osoby. 

    
        Kiedy znaleziono jego ciało, w sierpniu 1970 roku, na stawidłach, tuż obok „Agatki” nikt nie mógł uwierzyć w to co się stało. Śmierć dosięgnęła go w nocy z 20 na 21 sierpnia 1970 roku, jednak do dziś nie wiadomo, czy odejście Jana Skrowaczewskiego to nieszczęśliwy zbieg okoliczności czy, jak wielu sądzi, wyrównanie rachunków z przeszłości.
      
       Po zakończeniu wojny mieszkał na ulicy Żeromskiego tuż przy parku, w otynkowanym na biało, parterowym domu skąd blisko miał do swojej ulubionej Żyrardowanki, gdzie uczył młodzież boksować. Jan Skrowaczewski, odznaczony Krzyżem Virtuti Militari, Krzyżem Walecznych, czy Medalem Zwycięstwa, po wojnie zatrudnił się jako kierowca w Zakładach Żyrardowskich. Pełnił również funkcję członka zarządu ZBoWiD, był ORMO-wcem, inspektorem ruchu drogowego, a nawet nauczycielem
       Można domniemywać, że z powodu tego „przestawienia się” stracił w oczach byłych AK-owców, a i nie zyskał wiele w oczach władzy ludowej. Może o tym świadczyć fakt, iż ówczesne gazety, tak uroczyście i z patosem informujące o śmierci kolejnego aparatczyka, o kolejnych rocznicach wyzwolenia na temat śmierci bohatera milczały. Dopiero niezapomniany Maciej Twardowski pokusił się o notatkę wspomnieniową w kilkanaście dni po śmierci Jana Skrowaczewskiego.

       Dziś, na szczęście, pozostały nam spisane wspomnienia z akcji likwidacyjnych bądź dywersyjnych „Kłamania”, ulica, która od 1982 roku nosi jego nazwisko oraz pomnik na żyrardowskim cmentarzu (J/1/7), pomnik, który zbyt rzadko rozświetlają pamiątkowe lampki wdzięcznych mieszkańców Żyrardowa.