wtorek, 14 czerwca 2016

Epizod 133 - Zapomniana gwiazda polskiego baletu - Elżbieta Jaroń



     Ma Żyrardów swoje gwiazdy. Dziś z nieograniczonym dostępem do internetu, a w szczególności do mediów społecznościowych, praktycznie każdy może zamieszczać swoje domowe osiągnięcia i liczyć na docenienie, wpierw najbliższych, znajomych, czy lokalnej społeczności. Jeśli to co robi jest słuszne i idzie z w parze tym choć odrobina talentu, potrafią odezwać się mniejsi lub więksi „łowcy”, którzy wietrzą obopólny interes i potrafią przekuć te domowe przedstawienia w coś większego. Nie musi iść za tym ani talent, ani szkoły czy w końcu lata żmudnych praktyk, często okupionych hektolitrami potu, niespełnionymi nadziejami czy wiecznymi próbami przebicia się przez tłum tego typu podobnych artystów. 
     Takie mamy czasy i nie wypada nie korzystać z ich dobrodziejstw. Co mają jednak powiedzieć dziś ci, którzy swój sukces osiągnęli lata temu, w czasach gdy telewizja była czymś wręcz kosmicznym, a znajomych poznawało się na prywatkach, twarzą w twarz. O ich sukcesach często dowiadywaliśmy się po czasie z niewielkich wzmianek z gazetach lub jeśli było się gwiazdą naprawdę światowego formatu, z kronik filmowych prezentowanych, ot choćby, przed kinowymi seansami.
    Taką właśnie gwiazdą w każdym calu, była rodowita żyrardowianka, osoba dziś zupełnie zapomniana w mieście, a mianowicie pani Elżbieta Jaroń urodzona w 1941 roku, primabalerina Teatru Wielkiego w Warszawie, święcąca swoje sukcesy w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku.
   Kiedy kończyła żyrardowską szkołę muzyczną nikt nie spodziewał się, iż za kilka lat stanie się primabaleriną występującą na scenach światowych oper i teatrów, obsadzaną w znanych i popularnych przedstawieniach, grającą w nich główne role, a polscy i światowi krytycy będą tak pozytywnie odnosili się do jej kunsztu, mistrzostwa i techniki. 
   Aby jednak osiągnąć takie sukcesy trzeba było opuścić rodzinny Żyrardów. Od początku jednak widać było, iż jest to talent nieprzeciętny. Ukończona z wyróżnieniem Warszawska Szkoła Baletowa, otworzyła przed nią drzwi do Opery Warszawskiej, gdzie już w 1961 roku zadebiutowała rolą Łabędzia w „Jeziorze Łabędzim” P. Czajkowskiego, a następnie Ognika w balecie „Kamienny Kwiat” S. Prokofiewa. Jednak to co zmieniło na zawsze jej życie i stało się bramą do sukcesu był Ogólnopolski Konkurs Tańca Scenicznego gdzie w grudniu 1961 roku zdobyła I nagrodę. Ten przełomowy sukces przyniósł jej rolę Swanildy w „Copelli”. L. Delibesa. Odezwała się Telewizja Polska, Polska Kronika Filmowa, a Łódzka Wytwórnia Filmów Oświatowych zrealizowała film pt. „Taniec dziewczyny ofiarnej” ze „Święta Wiosny” I. Strawińskiego. W kolejnych latach Teatr Wielki obsadzał nową gwiazdę w ”Jeziorze Łabędzim” P. Czajkowskiego jako Odettę-Odylię, Swalindę w „Coppelli” L. Delibesa, Kitri w „Don Kichocie” L. Minkusa czy tytułową „Giselle” w dziele A. Ch. Adama. Role Eurydyki w „Orfeuszu” I. Strawińskiego czy Diablicy w „Panu Twardowskim” L. Różyckiego budowały jej sceniczny obraz i kunszt. Ogólnopolskie gazety, doceniając umiejętności i talent żyrardowianki po jej scenicznych występach, zapełniały kolumny kolejnymi artykułami opisującymi jej umiejętności i nieprzeciętny talent aktorski. Jak sama pani Elżbieta wspominała jednym z największych jej sukcesów był występ w „Święcie Wiosny” w inscenizacji, reżyserii i choreografii samego Alfreda Rodriguesa. A przecież w tamtym momencie jej kariera trwała dopiero dwa lata.
    Sukces jednak nie wziął się tylko z talentu. Wytrwałość, katorżnicza praca i codziennie wiele godzin na scenie. Chwile wyczerpania, padania ze łzami w oczach, ciągła walka z samym sobą, chwile zwątpienia i momenty załamania. Ale kto powiedział, że sukces nie rodzi się z bólach.
   A potem było jeszcze piękniej. Wyjazdy do RFN, Stanów Zjednoczonych, Kanady. Nakręcone przez Columbia Pictures „Danse Sacrale”, film biograficzny Igora Strawińskiego z jej występem. A dalej Finlandia, czy teatr „Bolszoj”. I kolejne role. Wróżka w „Kopciuszku” S. Prokofiewa, Chloe w „Dafnis i Chloe” M. Ravela. W międzyczasie, w roku 1972, została stypendystka Ministerstwa Kultury i Sztuki w  The School of Contemporary Dance w Londynie. Nawet telewizja zrealizowała film pt. Tańczy Elżbieta Jaroń” w reżyserii Jadwigi Żukowskiej, w którym zaprezentowano fragmenty baletów „Giselle”, „Don Kichot” i „Święto wiosny”, nagrodzony z resztą na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Muzycznych w Besancon we Francji.
   Kariera primabaleriny powoli dobiegła końca. Po stanowisku kierownika baletu w sztukach „Córka źle strzeżona” F.Herolda oraz „Fantazji” P. Czajkowskiego została mianowana z wyboru zespołu kierownikiem Baletu Teatru Wielkiego, które to stanowisko obejmowała w latach 1981- 82, aby w końca zostać pedagogiem tańca klasycznego, w czym tak pomocne okazały się ukończone w 1980 roku studia pedagogiczne w Akademii Muzycznej w Warszawie.

wtorek, 31 maja 2016

Epizod 132 - Pamiętny "Blaszak"

      Skrzyżowanie ulic Stanisława Wyspiańskiego i Stefana Okrzei. Dziś parking przed kolejnym w mieście supermarketem. Prosta i powtarzalna kostka brukowa wypełnia taflą teren przed sklepem. Zapewne dla naszych dzieci będzie to jedyne i nic nieznaczące wspomnienie. Ot kolejne skrzyżowanie, które mija się bezrefleksyjnie w codziennej drodze do wyznaczonego celu. Jednak nie dla autochtonów. Ludzi, którzy jeszcze dziś przechodząc przez mostek nad Pisią rzucają okiem w stronę sklepu, przypominając sobie pamiętny "Blaszak", przychodnię lekarską, która zniknęła bezpowrotnie z krajobrazu Żyrardowa przed kilkoma laty, przenosząc częściowo swoje lokum do pobliskiej, nowej przychodzi Eskulap. Nie każdy jednak pamięta, iż dawny "Blaszak" pełnił przed swoją życiową rolą, funkcję budynku zaplecza technicznego firmy "Beton-Stal" i że tylko dzięki uprzejmości Warszawskiego Przedsiębiorstwa Budownictwa Elektrowni i Przemysłu "Beton-Stal", lud robotniczy Żyrardowa doczekał się w końcu tak niezbędnej placówki zdrowia. Liczący ponad 1100 m.kw. obiekt wykonany z blachy, został ofiarowany mieszkańcom przez ową firmę, która podjęła się również jego adaptacji i przystosowania.
Większość żyrardowskich zakładów, na czele z Zakładami Przemysłu Lniarskiego, wniosła swe udziały, dodatkowo współfinansując projekt dzięki środkom pozyskanym z Narodowego Funduszu Ochrony Zdrowia. Koszt przebudowy i wykończenia wyniósł około 50 mln złotych.  
    Rozpoczęta w grudniu 1980 roku inwestycja z niemałymi trudnościami zaopatrzeniowymi, została ukończona po trzech długich latach. Międzyzakładowa Przychodnia Przemysłowa wreszcie otworzyła swoje mury, a raczej blachę dla niekończących się tłumów kolejnych pokoleń.
    I mimo, iż z zewnątrz od początku budziła skrajne emocje, o tyle wewnątrz pierwotne wyposażenie było naprawdę odpowiednie i dostosowane do potrzeb klientów. Lśniące kafelki, umywalki, nowe, schludne leżanki. Ale nie tylko odbiór estetyczny i wyposażenie były kluczowe. Najważniejszym była mnogość dostępnych poradni. Począwszy od przemysłowej, okulistycznej, laryngologicznej, neurologicznej, czy w końcu stomatologicznej z wyposażeniem nieodbiegającym od najlepszych krajowych standardów. A oprócz tego pracownie analityczne, gabinety zabiegowe, pracownie EKG, czy EEG. Czego więcej było trzeba ciężko pracującym robotnikom fabrycznego miasta.
miejsce po dawnym "Blaszaku" - widok z 2012 roku
    Uroczyste otwarcie celebrowała sama śmietanka ówczesnej władzy. I sekretarz KM PZPR Jerzy Słomiński, prezydent Tadeusz Wasek, kierownik Wydziału Administracyjnego KW PZPR Elżbieta Bakuła. Nie zabrakło również miejsca dla przedstawicieli "Beton-Stalu", służby zdrowia, czy w końcu delegacji zakładów współuczestniczących w tym kluczowym przedsięwzięciu.
     Lata mijały. Każdego dnia kolejne rzesze mieszkańców zbierały przed przychodnią od wczesnych godzin porannych, aby zapisać się do specjalisty. Wszak liczba numerków była ograniczona. Najgorsze były zimy, kiedy to jeszcze przed wschodem słońca pacjenci, przeskakując z nogi na nogę, wydeptywali w śniegu ślady, czekając na zlitowanie się portierki i umożliwienie im wejścia do środka by się ogrzać.
    Ludzie się zmieniali, przychodnia nie. Nieremontowane pomieszczenia, leżanki pamiętające zapewne pierwszych pacjentów, aparatura z wczesnych lat 80-tych, a do tego "nieśmiertelna" szatniarka, która zapętliła się gdzieś w przeszłości, nic sobie nie robiąc ze zmieniających się standardów obsługi. Nic jednak nie było w stanie przebić blaszanego prostopadłościanu w kolorze wyblakłej żółci, który każdemu mieszkańcowi miasta kojarzył się z udrękami bycia chorym.
   Dziś po pamiętnym budynku nie zachowała się nawet cegła, a ściślej mówiąc blacha. I tylko tradycja porannych kolejek przed nową przychodnią, przypomina nam stary, dobry "Blaszak".  

środa, 4 maja 2016

Epizod 131 - Znikający cmentarz ewangelicki

     Powoli acz konsekwentnie znikają z krajobrazu Polski. Zarastają drzewostanem, którego systemy korzeniowe drążą podziemne tunele niszcząc wszystko na swojej drodze. Likwidowane i  zaorane uwalniają teren pod budownictwo, a pamięć po nich pozostaje jedynie na starych, sfatygowanych mapach oraz wyblakłych fotografiach.
    Żyrardowski cmentarz ewangelicki, a gwoli ścisłości wielowyznaniowy, gdyż znajdziemy na nim jeszcze pojedyncze pomniki prawosławnych i reformowanych, powoli znika nam z oczu. Kolejne historyczne groby i pomniki rozpadają się na czynniki pierwsze uwalniając miejsce pod nowe, piętrowo układane betonowe komory, których z każdym dniem przybywa.
   Ale tylko w tym punkcie różnimy się od naszego sąsiada - Wiskitek. Biorąc pod uwagę inne aspekty i stan faktyczny, niemy krzyk bezsilności ściska za gardło z żalu i nieodwracalności. Zaniedbane, stare cmentarze ewangelickie powoli odchodzą w zapomnienie. W niektórych przypadkach, choćby właśnie na przykładzie pobliskich Wiskitek, mało kto już pamięta gdzie się znajdował i tylko oko wytrawnego poszukiwacza potrafi w gąszczu dostrzec ukryte pozostałości  zdewastowanych tablic z trudem literując zachowane jeszcze nazwiska. 
    Wracając jednak do żyrardowskiego cmentarza, pozostało nam raptem kilkadziesiąt pomników w różnym stanie. Niektóre mocno zniszczone zębem czasu inne w całkiem jeszcze niezłej kondycji. Zapewne wkrótce i te uwolnią miejsce tak potrzebne przy ogromnym deficycie jaki nastał w Żyrardowie. I zapewne już niedługo nasze dzieci, spacerując po dawnym cmentarzu ewangelickim będą z niedowierzaniem słuchały naszych starczych opowieści o dawnych rezydentach tej części nekropolii. 
    A wszystko rozpoczęło się w latach 70-tych XIX wieku, kiedy to na nabytym od hr. Feliksa Sobańskiego terenie pod cmentarz katolicki, wyznaczona została również niewielka część przeznaczona na pochówki mieszkańców wyznań ewangelickich oraz prawosławnego. Dzięki temu połączeniu każda z żyrardowskich grup etnicznych miała swój własny skrawek ziemi i nie było już konieczności odbywania pielgrzymek do pobliskich Wiskitek. Powoli acz konsekwentnie przestrzeń wypełniała się kolejnymi pomnikami. Zadbany i często odwiedzany cmentarz ewangelicki zapłacił jednak wielką cenę za zbrodnie hitlerowskie. Miasto w pośpiechu opuścili jeszcze niedawni przyjaciele i znajomi. Mniejszość niemiecka, tak jak żydowska, przestała istnieć, co nie oznaczało jednak całkowitego zaniku Ewangelików. Wszak byli jeszcze Polacy tegoż wyznania. Jednak była to tak niewielka grupa, dodatkowo szykanowana i obarczana winą za tragedię drugowojenną, bez środków choćby na remont zniszczonego kościoła, a co dopiero mówić o zajęciu się starym cmentarzem. Opuszczone przez wysiedlone rodziny groby powoli niszczały i traciły swój urok. I tylko co jakiś czas, podczas sporadycznych pogrzebów, przestrzeń wypełniała się żałobnikami. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Na miejsce zniszczonych płyt nagrobnych nikt nowych nie stawiał, a wtedy już tylko krok do uznania anonimowego grobu za gotowy do usunięcia. I tak się nadal dzieje na naszych oczach. Ramy grobów znikają z dnia na dzień. A uwolnione przestrzenie  wypełniają kolejne, piętrowe komory. Cmentarz ewangelicki znika bezpowrotnie.  
     Szczęśliwie, możemy jeszcze zatrzymać się i pośród dziur w ziemi zadumać na chwilę przed zachowanymi pomnikami. Szczęśliwie, nadal stoi grób znanego nauczyciela z Kantoratschule Adolfa Hauptmana, a w części Reformowanych groby dawnych pielęgniarek pań Govenlock i Dickson. Nadal możemy odczytać w części Prawosławnych nazwisko Priwiezencew i uzmysłowić sobie jaka jest różnica pomiędzy krzyżem katolickim, a prawosławnym. Nadal, choć z coraz bardziej ograniczonym zakresie podziwiać kunszt kamieniarski znanego łódzkiego, a następnie kaliskiego mistrza Alfreda Fiebigera, czy nie mniej znanego rzeźbiarza S.Tuszewskiego, czy w końcu Kołaczka, przystanąć przed pomnikiem znanego, niestety od tej gorszej strony Andersa, czy w końcu starać się przełożyć cyrylicę na polski.  Nadal stoją monumenty rodziny Kellerów czy Fiszerów.
  Niestety nie ujrzymy już choćby pomnika żyrardowskiego potentata Krastyna, czy wielkiego sercem doktora Hay'a.    
        

środa, 6 kwietnia 2016

Epizod 130 - krótka historia żyrardowskich rezerwistów


Dom Rezerwisty w Żyrardowie

    Kiedy ucichły echa pierwszowojennych salw, a traktat ryski ostatecznie ukształtował granice Polski, setki tysięcy żołnierzy wróciło do swoich domostw, do codziennego, powtarzalnego życia. Byli wojskowi nie zapomnieli jednak o swoich kompanach, o patriotyzmie i obowiązkach jakie nadal na nich ciążą. Długie lata wojen scaliły ich i uświadomiły, iż zakończenie konfliktu nie jest ostatecznym końcem. Świadomość niestabilności ówczesnej Europy oraz konieczność pozostawania na bieżąco w aktywności przyczyniło się do powstania i zakładania coraz to kolejnych organizacji i stowarzyszeń skupiających czy to oficerów rezerwy, piłsudczyków czy rezerwistów.  Mimo, iż w latach dwudziestych XX wieku nie umiano jeszcze docenić znaczenia tychże związków, to szybkie zmiany zachodzące w Europie po dojściu Hitlera do władzy w latach trzydziestych pozwoliły zrozumieć, iż rezerwa to potężna siła stanowiąca jakby ciągłość armii, organizacja płynnie łącząca wojsko zawodowe z byłymi żołnierzami.
Marjan Zyndram-Kościałkowski
       Nie inaczej sytuacja miała miejsce w Żyrardowie, gdzie lokalne Koło Rezerwistów zostało założone w 1929 roku ściśle współpracując z Rodziną Rezerwistów założona w roku 1933. W swoich kręgach organizacja skupiała praktycznie wszystkie warstwy społeczne organizując często odczyty i pogadanki. Ale oczywiście na teoretycznej formie przekazu się nie kończyło. Uruchomiono ochronkę dla około 50 dzieci, aktywnie niesiono pomoc dla bezrobotnych i najbiedniejszych, a jak wiemy początek lat 30-tych XX-wieku w Żyrardowie to wszechobecna bieda, bezrobocie i upadek miasta oraz fabryki zarządzanej przez krwiopijców z Francji.  Mimo sytuacji panującej w mieście Związek Rezerwistów bardzo aktywnie działał, a nawet występował proaktywnie, ot choćby zapoczątkowując wymiany dzieci kombatantów pomiędzy związkami. Dzięki temu okoliczne lasy, ogródek jordanowski oraz zamykana na ferie ochronka tętniły życiem i wszechobecną życzliwością, a szczęśliwe dziatki wracały do swoich domów z wielkim bagażem wspomnień.

 Sam cel Związku Rezerwistów obejmował ukształtowanie takiego typu obywatela, który poprzez wychowanie obywatelskie oraz ćwiczenia szkoleniowe staje się gotowym do potencjalnej obrony kraju. Jak wiemy test przyszedł szybko. Członkowie związku stawiali jednak przede wszystkim na czynną postawę i aktywność wypowiadając walkę nieróbstwu i szeroko pojętej demagogii. Czcze frazesy i wielkie słowa zastępowano czynami. Ćwiczenia, doskonalenie wiedzy, pomoc potrzebującym oraz ścisła współpraca z Magistratem.
budowa Domu Rezerwisty
Mimo ogromnych trudności lokalowych członkowie związku cyklicznie spotykali się oraz uczestniczyli w organizowanych nocnych ćwiczeniach, które pozwalały im zachować choćby częściową gotowość bojową.
Aż w końcu nadszedł rok 1935. Dzięki zadeklarowaniu pracy własnej oraz pozyskaniu placu o powierzchni 1750 m. kw., podarowanego przez inż. Ryszarda Zycha przy ulicy Idzikowskiego (dzisiejszej Bohaterów) powstał Dom Rezerwisty im. Marjana Zyndram-Kościałkowskiego, Prezesa Zarządu Głównego oraz Komendanta Głównego Związku Rezerwistów.
Wybudowany dom był budynkiem drewnianym, w którym wydzielono dużą świetlicę, kancelarię, zbrojownię, szatnię oraz mieszkanie dla dozorcy. Poświęcenia dokonał ks. dziekan Kossakowski, a przecięcia wstęgi starosta błoński Gajzler. Na terenie wybudowano również kort tenisowy oraz wydzielono teren pod boiska do siatkówki i koszykówki. W końcu żyrardowscy rezerwiści mieli siedzibę z prawdziwego zdarzenia.

poniedziałek, 22 lutego 2016

Epizod 129 - Niemieckie bestialstwo, czyli bezsensowana śmierć Michała Smolińskiego



      Żyrardowska nekropolia to doskonałe miejsce do rozpoczęcia swojej przygody z poznawaniem historii miasta. Wiele pomników poświęconych jest ludziom czynu, postaciom, których praca i działalność wpłynęły na losy i kierunki rozwoju Osady. Wielu z nich związało z nim całe swoje życie. Wielu oddało za nie ostatnie tchnienie. Litania nazwisk mogłaby nie mieć końca. Ale żyrardowski cmentarz to również miejsce spoczynku ludzi często zupełnie nieznanych szerszej grupie społeczeństwa, anonimowych postaci. I dopiero tragiczna śmierć sprawia, iż na daną osobę patrzymy przez jej pryzmat. I taka sytuacja miała właśnie miejsce w jakże tragicznym przypadku bezsensownej śmierci Michała Smolińskiego, blokowego na przystanku w Suchej Żyrardowskiej, który w 1942 zapłacił najwyższą cenę. A cała historia rozpoczyna 2 października 1942 kiedy to oddział dywersyjny pod dowództwem Bolesława Kieresińskiego ps. „Sokół” dokonał brawurowej akcji wysadzenia torów kolejowych w pobliżu tejże stacji. Desygnowani do zadania  żołnierze o pseudonimach ,,Huragan”, ,,Odrowąż”, ,,Ropa”,  „Pryzmat” , ,,Cudzy”, ,,Marek”, ,,Zając” i ,,Jaskóła” podłożyli ładunki wybuchowe, które około 3 w nocy eksplodując doprowadziły do wykolejenia około 20 wagonów przewożących amunicję, w konsekwencji czego trasa została całkowicie zablokowana.
     Czy odbyło się to we współpracy z mającym właśnie dyżur w Suchej Żyrardowskiej blokowym Michałem Smolińskim? Najpewniej nie, ale dla Niemców było to bez znaczenia. W końcu to on był odpowiedzialny za ten odcinek torów i to on miał dopilnować, aby transporty bezpiecznie mogły kontynuować swój „bieg na Wschód”. Jako że odpowiedzialni za to partyzanci dawno rozpłynęli się w mroku bezpiecznie oddalając się z miejsca zamachu, biedny Smoliński stał się nie mniej ni więcej całkowicie odpowiedzialny za zastany na miejscu stan rzeczy.
     Blokowego aresztowano i powieszono na słupie kolejowym, a następnie zwłoki zabrano w kierunku pobliskiego lasu prowadzącego do Żyrardowa. I gdyby nie niedbalstwo katów pewnie nigdy byśmy nie znaleźli ciała Smolińskiego. Szczęśliwie w drodze do pracy, przechodzący leśnym traktem, pan Wolniewicz zauważył  wystający spod świeżo poruszonej gleby materiał. Okazało się wówczas, iż jest to mundur kolejowy, a po odsłonieniu pokrywającej zwłoki ziemi utwierdził się, iż ma do czynienia z zamordowanym Michałem. Niestety nie było możliwości przetransportowania ciała na cmentarz. Dopiero zakończenie działań wojennych dało rodzinie szansę dokonania ekshumacji oraz godnego pochowania opłakiwanego syna. Tu jednak pojawił się kolejny problem. Władza komunistyczna nie była entuzjastycznie nastawiona do upamiętnienia miejsca pierwotnego pochówku, odmawiając możliwości postawienia krzyża. Jednak rodzina postawiła na swoim. Pod osłoną nocy krzyż się pojawił i szczęśliwie stoi w tym miejscu po dziś dzień, przypominając nam o jeszcze jednej bezsensownej śmierci, którą niemiecka machina zagłady terroryzowała okoliczną ludność. A na żyrardowskim cmentarzu w rodzinnej mogile (B1/2/3) spoczywa ciało Michała.