W latach 50-tych XX wieku restauracje w mieście podlegały pod Żyrardowskie Zakłady Gastronomiczne pod dyrekcją pana Łuczyńskiego. Prowadziły one sześć jednostek typu gastronomicznego: trzy restauracje oraz jeden bar mleczny w Żyrardowie, a także restaurację i bar w Pruszkowie. Ponadto podlegały pod nie bufet przy stacji PKS oraz obwoźna sprzedaż artykułów konsumpcyjnych.
Po dziś dzień mieszkańcy miasta z sentymentem wspominają te jakże charakterystyczne miejsca spotkań, organizowanych imprez czy smak deserów serwowanych przez żyrardowskie restaurację i kawiarnie.
Zaprezentowany w lokalnej gazecie ranking żyrardowskich restauracji z 1960 roku doskonale odzwierciedla jakie zdanie o nich miała lokalna społeczność. I – Dworcowa, II – Przystanek, III – Popularna, IV – Syrenka.
Dopiero generalny remont i zmiana w 1965 roku przeznaczenia Popularnej wywindował jej następczynię, czyli Miłą na szczyt, na którym pozostała do końca swojej działalności.
Charakterystyczne były również bony konsumpcyjne. W 1960 roku udostępniano je w kwocie 10 zł. Obowiązywały po 18-tej, w dniach kiedy grała orkiestra. Podyktowane to zostało względami handlowymi i porządkowymi. Ponieważ młodzież siedziała często wiele godzin nad butelką oranżady zajmując miejsca tym, którzy chcieli zostawić więcej grosza.
Spacer po Żyrardowie sprzed ponad 60-ciu lat rozpoczniemy od jednej z najstarszych restauracji, a mianowicie „Dworcowej”.
DWORCOWA
Mieściła się ona w narożnym budynku przy skrzyżowaniu ulic H. Sienkiewicza oraz P.O.W. w miejscu gdzie dziś zlokalizowana jest kwiaciarnia pani Hanny Kuczyńskiej, sklep Edvans Bis Pani Bożeny Kowalskiej oraz siedziba PZU, dokładnie pod adresem H. Sienkeiwicza 2. Wejście znajdowało się dokładnie gdzie obecnie wejście do kwiaciarni. Po wynajęciu lokali od PGM, wspomina pani Bożena, „ściany wyłożone były i nadal są białymi płytkami od ziemi prawie po sufit, więc przypuszczalnie była tam kuchnia restauracji. W kolejnym pomieszczeniu (zapleczu) zastaliśmy wmurowane w ściany ciężkie szyny z hakami, na których najpewniej wieszano połówki świniaka bądź inne mięso. Dostawy produktów potrzebnych do gotowania według mnie odbywały się przez drzwi od podwórka i wnoszone były przez zaplecze. Od strony podwórka drzwi jeszcze istnieją. Co jeszcze było dziwnego? Półokrągłe betonowe schody sięgające prawie do połowy obecnego sklepu. Wracam teraz do głównego wejścia restauracji - sala do konsumpcji była wąska i długa, czyli kolejne lokale w których teraz są sklepy należały do Dworcowej”. Również w budynku dzisiejszej kwiaciarni, według relacji pani Kuczyńskiej, „na zapleczu do tej pory znajduję się stary, żeliwny zlew, dwie metalowe szafki, nawet ciężkie żelazne krzesło się ostało ( teraz to już zabytek). Na wspomnianym zapleczu, podobno przygotowywało się półprodukty do obiadów np. obieranie ziemniaków, czy włoszczyzny. Wspomnę jeszcze o wentylatorze wielkim jak silnik samolotowy, to z niego wydostawały się zapachy i cała okolica wiedziała jakie jest danie dnia, a wiem co mówię, bo od dziecka mieszkałam na ul. H. Sienkiewicza pod 1-ką. Do Dworcowej chodziłam na pomidorową”. W sali do konsumpcji dziś znajduje się oddział PZU, a obok ksero. W miejscu kwiaciarni był bufet i szatnia”.
Żyrardowskie restauracje od początku okresu PRL budziły zastrzeżenia co do menu, wystroju, porządku i klienteli. I tak to praktycznie przez wiele dziesięcioleci opisuje najstarszy żyrardowski tygodnik „Życie Żyrardowa” . Bardzo rzadko wypływały jakieś pozytywne informacje, a sprawy budzące zastrzeżenia co rusz pojawiały się na jego łamach. Doprowadziło to m.in. w latach 60-tych do wprowadzenia zakazu sprzedaży wódki i napojów alkoholowych, wszak była to wówczas restauracja II kategorii. Kolejną kluczową zmianą w Dworcowej było przekształcenie w latach 70-tych, w godzinach przedpołudniowych, na bar mleczny. W 1976 roku przeprowadzono generalny remont związany ze zmianą gospodarza na WSS Społem. Zamontowano kinkiety, pomalowano ściany, położono lentex i boazerię. Pomalowano również okna. Nad zmianami pieczę sprawowała ówczesny kierownik pani Stanisława Bulejak. Przejęcie od Łódzkich Zakładów Gastronomicznych wiązało się po prostu z ich likwidacją, a lokal w momencie przejęcia był w katastrofalnym stanie. Zaniedbany ze znacznymi ubytkami w podstawowym wyposażeniu. Po remoncie pozostał nadal lokalem III kategorii.
W 1992 roku w części została założona kwiaciarnia, która funkcjonuje do dnia dzisiejszego.
PRZYSTANEK
Kolejną żyrardowską restauracją czasów PRL jest osławiony „Przystanek” znajdujący się przy ulicy 1-go Maja 74 w piętrowym budynku wciśniętym pomiędzy wyższych sąsiadów. Do 1957 w drewnianej przybudówce znajdowała się sala dansingowa zburzona pod budowę sąsiedniego bloku mieszkalnego. W 1960 roku przeprowadzono remont, po którym „Przystanek” funkcjonował jako restauracjo/kawiarnia. Po prawej od wejścia był bufet i dwie sale restauracyjne, po lewej sala restauracyjna oraz kącik kawiarniany. Wszystko zostało zaprojektowane przez pana Janusza Szymczaka.
Po kolejnym remoncie w 1977 roku wygospodarowano dodatkowe 26 m kw na magazyn dla bufetu, ułożono lentex i posadzkę na podłodze. Zmieniono również wystrój. Kwiaty, firanki, zasłony, obrusy na stoliki oraz nowy gospodarz, czyli WSS Społem, które przejęło również Dworcową od ŁPG. Kierowniczką mianowano wówczas panią Wacławę Steczkowską.
Pani Bożena Skopińska wspomina „tam gdzie teraz jest szewc była szatnia i ubikacja dla pracowników Przystanku a cała kuchnia była po lewo jak się wchodziło do Przystanku/ okna z kuchni wychodziły na podwórko od Waryńskiego/ i po lewej stronie był bufet a w nim urocza uśmiechnięta Basia i Wiesia Horska”. Zdzisław Pasek wspomina tamte czasy tak: „Po wejściu po prawej była szatnia na wprost WC po lewej sala (a może dwie) po prawej sala z bufetem a dalej druga sala z okienkiem do wydawania posiłków i pomieszczeniem dla personelu”.
Pani Bożena Kowalska doskonale pamięta „Przystanek” z zewnątrz. „Okna były inne wielgachne i chyba metalowe futryny”.
W latach 70- właścicielem było Łódzkie Przedsiębiortwo Gastronomiczne Po ich rozwiązaniu i likwidacji w 1976 roku lokale zostały przejęte przez WSS. Zniszczone i zaniedbane, a przez lokalną prasę uważane za jedne z najgorszych w kraju. Braki lokalowe i techniczne, marne wyposażenie. Nowy właściciel zabrał się za kolejny lokal od podstaw. Wymiana podłóg, sprzętu kuchannego, braki w wyposażeniu i sztućcach zostały uzupełnione. Zakupiono również nowy bojler. I tak funkcjonował on do przełomu lat 90- tych. Nowa Polska skutecznie zamknęła kolejną kultową restauracje żyrardowskiego PRL-u.
Również bar mleczny otrzymał zarządzenie o wprowadzeniu szerszego menu. Kiełbasa na gorąco, bigos. W okresie letnim otwarte zostały ogródki przy stacji PKS z wodą sodową, lody kawa ciastka. Czynny 6-20. Zlikwodiwany w 1961 rok u i zamieniony na dwa sklepy. Jego funkcje przejęła Popularna. Jedna to nibyło to. Brakowało dań mlecznych, a chętni na zjedzenie makaronu z mlekiem mogli tylko do 13-stej. Zlikwidowano z podoby defecytu i strat.
W latach 70-tych sylwester był organizowany w Adrii i Miłej
POPULARNY / MIŁA
W dawnej kamienicy Krastyna, przy ulicy 1-go Maja 25 znajdowała się chyba najbardziej znana i renomowana restauracja, a później kawiarnia czyli „Miła”, która przed 1965 rokiem funkcjonowała jako „Popularna”. Zanim Popularna stałą się „Miłą” już w 1960 wprowadzono menu dietetyczne w systemie abonamentowym oraz przejęła ona częściowo funkcje zlikwidowanego baru mlecznego. W 1961 roku, po remoncie, położono nowe posadzki, odnowiono bufet, na stołach pojawiły się wazony i popielniczki. Nowym kierownikiem została pani Leśniewska.
Już wkrótce, po artykule w Życiu Żyrardowa, które trzymało rękę na pulsie, dodano do menu zsiadłe mleko, ziemniaki z jajkiem i szpinakiem oraz kompot z rabarbaru.
W 1962 roku podawano nawet potrawy dietetyczne dla chorych na dolegliwości żołądkowe, jelit, wątroby, dróg żółciowych, pęcherzyka żółciowego, nerek czy układu krążenia. Wszystko oczywiście abonamentowo.
Wejście do lokalu znajdowało się w miejscu dzisiejszego sklepu AGD/oświetlenie. Do lokalu prowadziło wąskie wejście z szatnią tuż obok. Dalej obszerna sala barowa, a ostatnia sala była z oknem wychodzącym na podwórze.
W 1965 roku Popularną zmieniono na Miłą. Powstała kawiarnia o trzech pomieszczeniach, bufet obok szatnia, dwie sale konsumpcyjne, a także nowa oprawa plastyczna wykonana przez Tadeusza Sobolewskiego, podłogi wyłożono dywanami. Funkcjonowała wówczas jako lokal II kategorii pod kierownictwem pani Jadwigi Guzik.
Podawano tam kremy, koktajle mleczno - owocowe oraz alkohole.
W 1969 roku odnowiono Miłą.Nowe stoliki, krzesła, kotary. Zlikwidowano wówczas bony konsumpcyjne o wartości 10 zł, które wprowadzono kilka wcześniej.
Mieszkańcy wspominają również szafę grającą, gdzie dzieci ciągnęły rodziców, aby uruchomić ją wrzucając przysłowiowy grosik. „Miłą” z lat 70-tych wspominają mieszkańcy miasta. „Na wagary też chodziło się do Miłej, gdzie za pięć złotych można było zamówić galaretkę i herbatę”.
Wiele ciekawych wspomnień dotyczących zwłaszcza serwowanych deserów przytacza pan Krzysztof Mierzejewski. „W Miłej dużym powodzeniem cieszył się krem sułtański - bita śmietana posypana bakaliami i czekoladą, wspaniały kruszon oraz zamawiany często gdy nie było kasy dla „nabycia prawa siedzenia przez kilka godzin w towarzystwie (często przy zestawionych 2 stolikach) napój firmowy - woda osłodzona zabarwiona na żółto z plasterkiem cytryny kosztująca niewiele ponad 1 zł. Wina lat 60- tych w „Miłej” to sprzedawane także na lampki wermouthy m.innymi Mistella, Magnolia, Lacrima i Istra, a dla smakoszy win czerwonych Egri Bicawer i Egri Burgundi.
Były premier dodaje ”pamiętajmy o węgierskim Rieslingu. Butelka kosztowała 37 zł., ale można było pić na lampki”.
W 1975 ajentem Miłej została warszawianka pani Barbara Antczak wprowadzając zmiany. Nadano lokalowi trochę intymności poprzez postawienie szykan. Do menu dodano mieszanki owocowe, z bakaliami oraz kawę o nazwie „Jedyna”, pozostając nadal lokalem II kategorii czynnym od 11 do 24.
SYRENKA
W niewielkiej odległości od „Miłej” przy ulicy 1-go Maja 13 ulokowała się wiele lat wcześniej kolejna restauracja „Gospoda Inwalidów” znana lepiej pod nazwą „Syrenka”, która wśród mieszkańców Żyrardowa budziła tylko jedno uczucie. Speluna. Fakt ten najpewniej odnosi się do wyglądu i klienteli lat 70-tych, natomiast zgodnie z faktami zaczerpniętymi ze skarbnicy wiedzy o żyrardowskich restauracjach, czyli „Życiu Żyrardowa”, we wcześniejszych latach nie odstawała ona asortymentem, jakością obsługi czy bywalcami od innych lokali.
Zlokalizowana była w sąsiedztwie Banku, w piętrowej kamienicy, gdzie dziś znajduje się sklepy z farbami i oknami.
Początkowo były tam trzy sale. Pierwsza zaraz po wejściu, druga w głębi a trzecia po lewej stronie od wejścia.
W roku 1960 przeprowadzono remont. Wygospodarowano miejsce na 4 dodatkowe stoliki, poszerzono wejście, ściany pomalowano na pastelowo, zmieniono oświetlenie i bufet. Właścicielem była Spółdzielnia Inwalidów, od której Syrenkę nieskutecznie przez wiele lat chciało przejąć MHM.
W 1976 roku wybór dań był podobny do większych restauracji żyrardowskich.
Koniec lat 70-tych to niestety powolny upadek lokalu. Wieczny brud i smród, a za WC służyła brama obok. Jeżeli ktoś nie obeznany z miejscem i stałymi klientami chciał zgubić portfel lub nabić sobie guza to było właściwe miejsce – tak wspomina to miejsce pan Zdzisław Pasek.
Mimo tak niepochlebnym opinii zapewne uśmiech na ustach wielu wzbudzi informacja zawarta w lokalnej gazecie informująca o odwiedzinach mieszkańca Wielkiej Brytanii w naszym skromnym mieście.
ADRIA
W zupełnie innej części miasta, na parterze nowo wybudowanego w latach 70-tych bloku mieszkalnego, swoje lokum otworzyła restauracja Adria. Od początku jej przeznaczeniem była wg wiedzy pana Mierzejewskiego z prawdziwego zdarzenia restauracja wyższej kategorii, jakiej do początku lat 70-tych brakowało w Żyrardowie. Pan Krzysztof Mierzejewski tak wspomina ten lokal „ Jak na owe czasy była ona ciekawie zaprojektowana z zacisznymi lożami wokół głównej sali konsumpcyjnej oraz z parkietem tanecznym, bowiem na początku jej funkcjonowania odbywały się tam kilka razy w tygodniu dancingi. Niestety właśnie one jak też głośne zachowanie opuszczających lokal w nocy, rozbawionych gości powodowały protesty mieszkańców bloku i przyczyniły się do zmiany przeznaczenia lokalu najpierw na stołówkę zakładową chyba Stelli a później bank PKO”. Faktem jest, iż jak to wówczas bywało lokal zdatny i reprezentacyjny był tylko na początkowe swojej działalności. Już po kilku latach funkcjonowania częste kontrole sanepidu próbowały zmienić pogarszający się stan sanitarny.
Pan Bogdan Kwaśkiewicz wspomina, iż jedyny neon był nad Adrią tj. na dachu bloku.
SŁONECZNA
Ostatnią z kultowych restauracji Żyrardowa czasów PRL była niewielka lokalowo „Słoneczna”, otwarta w 1980 roku na piętrze pawilonu rzemieślników. Ajentem został dawny ajent „Miłej” pan Zbigniew Kwiatkowski. Serwowano tam m.in. serniki na zimno oraz desery wg własnych receptur.
Ciekawym tematem jest powstanie pawilonu gdzie mieściła się restauracja. Otóż był to pawilon własny środowiska rzemieślniczego, na którego budowę miasto dało teren. Dokumentację opracował A. Potrzebowski. Budowano go dwa lata systemem gospodarczym. Na 660 m kw zlokalizowano dziesięć zakładów i warsztatów. Na piętrze siedzibę swoją miała pracownia krawiecka Janiny Kucharskiej, zakład złotniczy Ryszarda Lange, warsztat naprawy maszyn biurowych Andrzeja Grzechocińskiego. W dwóch pomieszczeniach mieściła się cukiernia Bogdana Klepacza, obok salon fryzjerski pani Dukicz, fotograf Walery Zarakowski, zegarmistrz Krzysztof Tupczyński, kaletnik Marian Adamus oraz krawiec Kazimierz Zagalski.
Wyprawy do „Słonecznej” wspomina pani Agnieszka Michalska „Chodziłam tam do cioci Grażynki na ciasteczko albo klasyk owoce bita śmietana i kolorowa galaretka w kostkę i bilard na wprost wejścia.
Według informacji pana Krzysztofa Kwiatkowskigo charakterystycznym widokiem była prawie zawsze grupka taksówkarzy tłoczących się przy fliperze i grających na pieniądze. Czasami poker po zamknięciu kawiarni.
PIETREK
Żyrardów to jednak nie tylko wymienione lokale. To również znany w latach 60-tych i 70-tych „Pietrek” zlokalizowany w podziemiach Domu Ludowego. Otwarty został z wielką pompą w 1962 roku. Nowoczesne stoliki, sufit nabijany kołkami pomysłu pana Szymczaka, a w wykonaniu wystroju pomagały dziewczęta z Odzieżówki oraz Pończoszarni.
Z założenia miała to nie być zwykła restauracja czy kawiarnia. Raczej miejsce spotkań młodzieży. Z tego też względu organizowano tam potańcówy, imprezy, a także różnego rodzaju koła.
Organizowano tam Sylwestra, był Jazz Club , czy klub filmowy. Niestety i tym razem nie ominęły go zniszczenia i brak dbałości użytkowników. Po kilku latach, w 1967 roku, po remoncie funkcjonował jako placówka MDK. Zamontowano nowe meble, radiofonizację, gumolit na podłodze, bilard, telewizor, czy samoobsługową kawiarenkę. W połowie lat 70-tych zniknął z planu miasta. W 1975 roku z piwnicach MDK gdzie był kiedyś Pietrek zainstalowano automaty do gry dostarczone przez Zjednoczone Przedsiębiorstwo Rozrywkowe.
KAWIARNIA MDK
Dużo dłużej przetrwała kawiarnia MDK, gdzie w każdą niedzielę o 17.00 rozpoczynały się tańce. Tam też można było napić się białego wytrawnego wina. Mieszkańcy z sentymentem wspominają dancingi w MDK, na które kupowało się wejściówki cieszące się popularnością tak dużą, że przy szatni zawsze stało kilka par oczekujących na zwolnienie miejsc przy okrągłym, metalowym pokrytym szkłem stoliku. Orkiestra grająca standardy rozrywkowej muzyki tanecznej zlokalizowana była na podeście pod oknem po prawej stronie od wejścia na salę. Po tygodniu wieczorów przy muzyce w Pietrku była to fajna, nieco bardziej dorosła propozycja rozrywki dla klubowych par oraz młodych (lecz nie tylko) małżeństw – wspomina pan Krzysztof Mierzejewski.
zlokalizowana w Miejskim Domu Kultury. Było to równoległe z Pietrkiem miejsce spotkań młodzieży z tym , że można tam było wypić kawę, oranżadę, piwo czy tez zjeść ciastko, wspólnie obejrzeć transmisję z meczu piłkarskiego w salce telewizyjnej zlokalizowanej nw końcu sali kawiarnianej i znów przejść na resztę wieczoru do klubu Pietrek.Salka telewizyjna za kawiarnią w określone dni tygodnia była miejscem spotkań i rozgrywek znanych w całym kraju żyrardowskich brydżystów. Mówiąc o kawiarni MDK trzeba wspomnieć także o tym że od maja do końca okresu letniego przed oknami kawiarni na całej szerokości chodnika powstawał ogródek wypełniony stolikami z parasolami. Sala kawiarni ziała wtedy pustką i w ogródku rozkwitało życie towarzyskie młodzieży przy muzyce ( i nie tylko płynącej z głośników wystawionych w kawiarnianych oknach.
Żyrardów czasów PRL to jednak nie tylko te kultowe miejsca spotkań. Bar Kasia na 1-go Maja gdzie dziś znajduje się biuro podróży, konsum we wnęce, czy bar mleczny obok kina „Słońce” w miejscu dzisiejszej kwiaciarni, a wcześniej piekarni. Nie możemy zapominać również o stołówce zakładowej Caro obok Resursy, ale to miejsce typowo obiadowe.
Wspomnienia mieszkańców to nie tylko posiłki i atmosfera. To również czatujący pod oknami nauczyciele czy to z liceum, czy elektryka oraz trójki klasowe rodziców dzieci z LO i uwielbiany dyrektor z lornetką przechadzający się po ulicach miasta i wizytowujący także Miłą po 21 by przypomnieć uczniom ogólniaka gdzie o tej porze być powinni.
Odrębnym tematem, który warto poruszyć jest dostępne menu.
MENU
Lata 60-te XX wieku to według relacji żyrardowskich dziennikarzy schabowy, pieczeń wieprzowa, żeberka. Od święta dostępne były pierogi z serem, jajka ze szpinakiem, filet z dorsza, pomidorowa z ryżem, fasolowa, krupnik, ogórkowa, żurek, czy barszcz.
W latach 70-tych „Dworcowa” i „Przystanek” w dostępnej ofercie miały filet z morszczuka, kurczaka pieczonego, paszteciki z jaj, jajko sadzone, omlet, kopytka, naleśniki, krupnik na podrobach, kapuśniak, zalewajkę, roztrzepańca, ryż na mleku, zupę jabłkową, marchew zasmażaną, kapustę kiszoną, śledzia w oleju, jajka w majonezie, kiełbasę, sałatkę z pomidorów, naleśniki z serem, mizerię, czy galaretki owocowe. Ale można było zamówić również omlet po flamandzku, zrazy rybne, pyzy, placki, desery, dania rybne.
Trochę inaczej przedstawiają tamte czasy i własne wybory mieszkańcy miasta. Pani Jolanta Zielinski wspomina: „do „Przystanku” chodziłam z banką po zupę pomidorową, ogorkową i fasolową”.
Pani Elżbieta Simińska tamte dni pamięta tak „do restauracji Dworcowej chodzilam na pyszne buraczki, jarzynkę, z kotletem mielonym i ziemniakami.
Do Przystanku na pyszną zupę pomidorową, a do kawiarni Miłej chodzilam na kremy, lody i galaretki owocowe, lampkę wina.
Do baru mlecznego Syrenka chodzilam na pyszne zupy, pracowała tam moja ciocia.
Jak widać wspomnienia mieszkańców miasta nie rozmyły się w pamięci a rozmowy przeprowadzone niejednokrotnie wzbudziły dawne uczucia, sentyment, a czasem żal za minionymi latami.
Chciałbym serdecznie podziękować i podkreślić, iż artykuł nigdy by nie powstał, gdyby nie bezinteresowna pomoc mieszkańców Żyrardowa. Kolejność podziekowań jest losowa.
W szczególności kieruję je do Bożeny Kowalskiej, Bożeny Skopińskiej, Krzysztofa Mierzejewskiego, Anny Grzegółki, Edwarda Lasockiego, Agnieszki Michalskiej, Hanny Kuczyńskiej, Krzysztofa Kwiatkowskiego, Elżbiety Simińskiej, Zdzisława Paska, Ryszarda Kowalskiego, Jolanty Zielinski, Anny Niewiadomskiej, byłego premiera Leszka Millera oraz Bogdana Kwaśkiewicza.
Dziękuję. To Wasz artykuł.
D.S.
sobota, 1 lipca 2017
czwartek, 8 czerwca 2017
Epizod 148 - Morderstwo za 300 złotych
Niespełna pięć miesięcy po morderstwie popełnionym na ulicy 16-tego stycznia przez Denocha i Piątkowskiego, z których ten pierwszy został skazany na karę śmierci, ponownie mieszkańcami Żyrardowa wstrząsa nowa zbrodnia. Około godziny 2 w nocy 31 stycznia 1968 roku dzielnicowy patrolujący osiedle S. Żeromskiego natyka się na zmasakrowane i zakrwawione ciało mężczyzny, a wezwany na miejsce lekarz stwierdza zgon.
Szybko udaje się ustalić, iż do śmierci denata przyczyniły się na pewno osoby trzecie. Kieszenie zostały opróżnione, ale mimo braku dokumentów bardzo sprawnie udało się ustalić, iż osobą zamordowaną jest Tadeusz Łagutko, 45-letni pracownik Zakładów Żyrardowskich. Komendant Milicji Obywatelskiej Jan Murdzoń oraz ppor T. Smoliński w trakcie dochodzenia ustalają przebieg zdarzeń i już po kilku godzinach zatrzymują Artura Jankowskiego, 24 latka z Nowej Wsi. Mimo braku świadków oraz braku pomocy od mieszkańców pobliskich domów udał się powiązać Jankowskiego z morderstwem. Otóż po rozpoznaniu wszystkich miejsc, gdzie w Żyrardowie spotyka się półświatek wytypowano restaurację „Przystanek”, z której to w godzinach wieczornych poprzedniego dnia wyszło dwóch klientów nie płacąc za rachunek opiewający na 180 złotych. Jeden z nich zostawił w zastaw swój dowód osobisty. W trakcie śledztwa ustalono, iż morderca, a rzeczywiście był nim Jankowski upatrzył sobie ofiarę jako osobę, którą obrabuje i spłaci rachunek. Początkowo mimo, znalezienia u podejrzanego portfela denata, Jankowski szedł w zaparte oskarżając przy tym pozostałych współtowarzyszy zeszło wieczornej popijawy. Jednak fakty mówiły same za siebie. Zrabowane 300 złotych miało posłużyć jako spłata rachunku, a część nawet przekazał koledze, u którego nocował.
Całe zło miało swój początek poprzedniego dnia, kiedy to morderca przybył do Żyrardowa około godziny 15-stej, początkowo tylko do fryzjera. Spotkał jednak na dworcu dawno niewidzianego kolegę Krzysztofa S. W pobliskiej restauracji „Dworcowa” spotkali kolejnego znajomego Krzysztofa W. Pierwsze pół litra czystej staje się preludium do przyszłych czynów. Krzysztof W. odjeżdża, natomiast pozostała dwójka przenosi się do „Przystanku”, gdzie około 19-stej spotykają kolejnych znajomych Tadeusza G, Wiesława S. i Alicję P. Tu wypijają kolejne butelki wódki. Spotkany na dworcu Krzysztof S. na prośbę Jankowskiego oddaje klucze do mieszkania. Około 22 Tadeusz G. opuszcza lokal. Pozostali jednak nie maja czym zapłacić. I tu niefortunnie pojawia się przyszła ofiara, która ponoć płaci rachunek 100 złotówką zwracając uwagę pijanego Jankowskiego. Jankowski zostawia dokument, wychodzi i zaczyna śledzić nic nieprzeczuwającego Łagutkę, który jeszcze po drodze wstępuje do Kantoru po delegację. Następnie skręca w S. Żeromskiego, aby po kilku metrach wejść na ścieżkę w kierunku bloków. Tutaj Jankowski napada na ofiarę. Zadaje jej cios w głowę, a następnie kopie po twarzy. Obrabowwuje umierającego i jak gdyby nigdy nic idzie przenocować do Krzysztofa S. na ulicę Bratnią. Pobity Łagutko zadławia się krwią i umiera. Późniejsze oględziny pokazują koszmarny obraz obrażeń. Wielokrotne złamanie nosa, wyłuszczenia gałki ocznej oraz inne poważne obrażenia ciała.
Pojmany rano podczas próby uregulowania rachunku zapiera się swojej winy. Na ławie oskarżonych Jankowski tłumaczy się i obwinia innych innych uczestników tego feralnie spotkania. Jednak sąd jest nieubłagalny. Skazuje go na dożywotni pobyt w więzieniu i dożywotnie pozbawienie praw publicznych zwłaszcza, że Jankowski jak się okazał już wcześniej pobił i okradł swojego krewnego. I wtedy tylko postawa matki zbira, która oddała zrabowane pieniądze poszkodowanemu i uprosiła aby ten nie informował milicji. Jak widać to wszystko tylko rozochociło i doprowadziło jeszcze większej tragedii.
Szybko udaje się ustalić, iż do śmierci denata przyczyniły się na pewno osoby trzecie. Kieszenie zostały opróżnione, ale mimo braku dokumentów bardzo sprawnie udało się ustalić, iż osobą zamordowaną jest Tadeusz Łagutko, 45-letni pracownik Zakładów Żyrardowskich. Komendant Milicji Obywatelskiej Jan Murdzoń oraz ppor T. Smoliński w trakcie dochodzenia ustalają przebieg zdarzeń i już po kilku godzinach zatrzymują Artura Jankowskiego, 24 latka z Nowej Wsi. Mimo braku świadków oraz braku pomocy od mieszkańców pobliskich domów udał się powiązać Jankowskiego z morderstwem. Otóż po rozpoznaniu wszystkich miejsc, gdzie w Żyrardowie spotyka się półświatek wytypowano restaurację „Przystanek”, z której to w godzinach wieczornych poprzedniego dnia wyszło dwóch klientów nie płacąc za rachunek opiewający na 180 złotych. Jeden z nich zostawił w zastaw swój dowód osobisty. W trakcie śledztwa ustalono, iż morderca, a rzeczywiście był nim Jankowski upatrzył sobie ofiarę jako osobę, którą obrabuje i spłaci rachunek. Początkowo mimo, znalezienia u podejrzanego portfela denata, Jankowski szedł w zaparte oskarżając przy tym pozostałych współtowarzyszy zeszło wieczornej popijawy. Jednak fakty mówiły same za siebie. Zrabowane 300 złotych miało posłużyć jako spłata rachunku, a część nawet przekazał koledze, u którego nocował.
Całe zło miało swój początek poprzedniego dnia, kiedy to morderca przybył do Żyrardowa około godziny 15-stej, początkowo tylko do fryzjera. Spotkał jednak na dworcu dawno niewidzianego kolegę Krzysztofa S. W pobliskiej restauracji „Dworcowa” spotkali kolejnego znajomego Krzysztofa W. Pierwsze pół litra czystej staje się preludium do przyszłych czynów. Krzysztof W. odjeżdża, natomiast pozostała dwójka przenosi się do „Przystanku”, gdzie około 19-stej spotykają kolejnych znajomych Tadeusza G, Wiesława S. i Alicję P. Tu wypijają kolejne butelki wódki. Spotkany na dworcu Krzysztof S. na prośbę Jankowskiego oddaje klucze do mieszkania. Około 22 Tadeusz G. opuszcza lokal. Pozostali jednak nie maja czym zapłacić. I tu niefortunnie pojawia się przyszła ofiara, która ponoć płaci rachunek 100 złotówką zwracając uwagę pijanego Jankowskiego. Jankowski zostawia dokument, wychodzi i zaczyna śledzić nic nieprzeczuwającego Łagutkę, który jeszcze po drodze wstępuje do Kantoru po delegację. Następnie skręca w S. Żeromskiego, aby po kilku metrach wejść na ścieżkę w kierunku bloków. Tutaj Jankowski napada na ofiarę. Zadaje jej cios w głowę, a następnie kopie po twarzy. Obrabowwuje umierającego i jak gdyby nigdy nic idzie przenocować do Krzysztofa S. na ulicę Bratnią. Pobity Łagutko zadławia się krwią i umiera. Późniejsze oględziny pokazują koszmarny obraz obrażeń. Wielokrotne złamanie nosa, wyłuszczenia gałki ocznej oraz inne poważne obrażenia ciała.
Pojmany rano podczas próby uregulowania rachunku zapiera się swojej winy. Na ławie oskarżonych Jankowski tłumaczy się i obwinia innych innych uczestników tego feralnie spotkania. Jednak sąd jest nieubłagalny. Skazuje go na dożywotni pobyt w więzieniu i dożywotnie pozbawienie praw publicznych zwłaszcza, że Jankowski jak się okazał już wcześniej pobił i okradł swojego krewnego. I wtedy tylko postawa matki zbira, która oddała zrabowane pieniądze poszkodowanemu i uprosiła aby ten nie informował milicji. Jak widać to wszystko tylko rozochociło i doprowadziło jeszcze większej tragedii.
środa, 31 maja 2017
Epizod 147 - Centralny plac Żyrardowa
W ostatnich latach Plac Św. Jana Pawła II stał się miejscem centralnym na mapie
kulturalnej Żyrardowa. Ten jakże zasłużony fragment dawnej osady w końcu doczekał się
zagospodarowania goszcząc rzesze mieszkańców, czy to na festynach, zlotach czy uroczystościach kościelnych. Musimy jednak pamiętać, iż takie również było jego pierwotne przeznaczenie, wpierw jako targowiska, a od 1924 roku, po przeniesieniu rynku na „Wilczy Kierz”, zaczął pełnić reprezentacyjną rolę. Ale po kolei.
Po raz pierwszy plac pojawia się na planie przyszłego Żyrardowa z 1867 roku zatytułowanym „Wohnhausses in Zyrardover Fabrik”, gdzie wraz z kilkoma sąsiadującymi ulicami zaczyna tworzyć zalążek Osady. Usytuowany on został tuż przy głównej ulicy dzielącej w założeniu Osadę na część fabryczną i mieszkalną, naprzeciwko zakładów. Historia placu jest w gruncie rzeczy tak samo długa jak fabrycznej osady, stawiając go w pierwszej linii pierwotnie zagospodarowanych i uregulowanych terenów, które rozpoczęły proces tworzenia dzisiejszego Żyrardowa.
Karol Dittrich i Karol Hielle zakupili Zakłady Żyrardowskie 10 lat wcześniej i można domniemywać, iż to podczas pierwszych lat ich gospodarowania wytyczono miejsce na targ jak i ulice przyległe tworzące i kształtujące centrum. W początkowych latach istnienia zabudowany był on w odmiennej formie niż dziś. Przy rynku wzniesione zostały piętrowe, murowane budynki nakryte niskimi dwuspadowymi dachami, budynki o kubaturze około 2 tys. m kw. Plac wybrukowano „kocimi łbami”, na których w kilku rzędach sadowili się handlarze i przekupki, rozstawiali oni swoje stragany i kramy, a wśród nich przewijał się tłum kupujących. Hałas i rejwar panował nie do opisania. Nabyć można tam było praktycznie każdy towar. Od zabawek, koralików czy laleczek, po tekstylia, obuwie, naczynia, narzędzia, żywność, kończąc na świętych obrazach. W te handlowe dni przez targowisko przewijało się również wielu żebraków i kalek proszących o jakąkolwiek zapomogę. Jako że plac był centralnym punktem Osady swoją siedzibę miała tu również żandarmeria carska zajmująca parterowy, drewniany barak. Ludzie plotkowali i zasięgali najnowszych wieści.W sumie to były dwa place, targowy o wymiarach 60x120 metrów oraz drugi przygotowany pod przyszły kościół 75x135 metrów. Obserwując jednak ówczesne rozmieszczenie budynków wokół niego jego wytyczenie musiało mieć miejsce wiele lat wcześniej.
Z załączonego do tegoż planu drugiego arkusza możemy odczytać pierwszych gospodarzy. Zachodnią część placu zajęły domu Petaska (nr 8), Baiera (nr 9) i Guta (nr 10) - mistrzów tkackich. Wschodnia strona placu to dalsze domy robotnicze, m.in.Malinowskiego (nr 7), czy Lipińskiego (nr 4) . Około 1871 r. powstał trzeci plan zagospodarowania przestrzennego osady zatytułowany: „Projekt sytuacji mającego się zbudować kościoła katolickiego, domu dla księdza i cmentarza w osiedlu Żyrardów”.
Budynek przędzalni lnu z ogrodem w miejscu dzisiejszej tkalni wybudowany został w latach 1832-1833 wg projektu J.J.Gaya. Budynek posiadał cztery kondygnacje był murowany i kryty karpiówką z dwiema wieżyczkami. W pierwszej umieszczono dzwonek dla zwoływania ludzi, w drugiej zaś zegar. Przed 1868 rokiem zlikwidowano ogród i wybudowano tkalnię z pilastym dachem oraz zmieniono fasadę przędzalni. Powstały m.in. dwa boczne ryzality.
Tworzenie się dzisiejszej zabudowy dawnego rynku rozpoczęło się w latach 60-tych XIX wieku wzniesieniem w jego północnej części piętrowego domu. Początkowo spełniał on funkcje mieszkalne z prywatną szkołą żeńską Amelii Berent mieszczącą się na piętrze. Następnie mieściło się w nim archiwum państwowe do 1995 roku, obecne zaś jeden z wydziałów Urzędu Miasta.

W kolejnym dziesięcioleciu XIX wieku pustą przestrzeń po przeciwległej stronie wypełnił
budynek Ochronki Fabrycznej, aby po kolejnych 10 latach rozwinąć się o „Babiniec”, czyli 3-piętrowy dom mieszkalny przeznaczony dla personelu tejże Ochronki. Wybudowany został w 1882 roku na placu ofiarowanym prez hr F. Sobańskiego. Przeznaczony był dla 360 dzieci. Po wojnie w ochronce jedno z pomieszczeń zajmowali harcerze. Obecnie mieści się tu Przedszkole nr 9. Budynek główny od strony południowej połączony jest szerokim korytarzem z parterowym budynkiem mieszczącym dużą salę oraz z bocznymi skrzydłami. Obiekt główny i pawilony nakryte są dachami czterospadowymi. Na piętro prowadzą trzy drewniane klatki schodowe z ozdobnymi balustradami. Elewacje nieotynkowane z ozdobnymi gzymsami i obramieniami okien i drzwi wykonanymi z dekoracyjnie ułożonych cegieł. Powód jej budowy był prosty. Szybki rozwój zakładów, a co za tym idzie potrzeba zwiększenia zatrudnienia, zmusiły właścicieli do szukania potencjalnych źródeł siły roboczej. Uwagę ich zwróciła duża liczba niepracujących kobiet, kobiet zajmujących się domem i opieką na swoimi dziećmi. Aktywacja zawodowa tej znacznej liczby przyszłych pracowników byłaby możliwa w przypadku znalezienia możliwości opieki nad ich potomstwem. Postanowiono wówczas wybudować ochronkę dla dzieci robotników, do czego przystąpiono w 1875 roku. Była ona wówczas jedną z pierwszych tego typu placówek w Królestwie Polskim. Budynek ochronki został wybudowany na rzucie prostokąta z trzyosiowym ryzalitem od frontu. Budynek zwieńczony jest wieżyczką nakryta hełmem. Budynek główny połączony jest korytarzem, w którym obecnie mieści się szatnia, z salą balową. Po obu stronach wybudowano boczne skrzydła mieszczące sale oraz pomieszczenia sanitarne. Na pierwsze piętro można dostać się trzema klatkami schodowymi. Budynek został wykonany, jak większość fabrycznych budynków, z nieotynkowanej cegły. Rozkład pomieszczeń był również nader funkcjonalny.
W części centralnej znajduje się administracja, a w przedłużeniu „sala balowa z popiersiem Dittricha” wsparta na monumentalnych kolumnach, czyli najbardziej reprezentacyjne miejsce w budynku. Boczne skrzydła mieściły klasy dla dzieci oraz część pomieszczeń gospodarczych i sanitarnych. Ponadto w roku 1885 ochronkę rozbudowano. W celu zapewnienia opieki nad robotniczymi dziećmi, wybudowano również budynek mieszkalny dla opiekunek i nauczycielek zwany „babińcem”. Budynek ten zamieszkiwało około 30 opiekunek. Piękny, obszerny taras pozwalał na spędzanie wolnego czasu przy herbatce, wnętrze zaś zawierało obszerny salon z fortepianem oraz czytelnię. Opiekę na dziatwą roztaczało około trzydzieści nauczycielek oraz co najmniej tyle samo personelu pomocniczego. Do ochronki, w początkowych latach, uczęszczały wszystkie dzieci powyżej trzech lat, jednak zwiększanie się liczby zatrudnionych, a co za tym idzie wzrost liczby dzieci wymagających opieki, wymusił ograniczenie się do jednego dziecka z rodziny. Pozostałymi z reguły zajmowało się starsze rodzeństwo, bądź z braku takiej możliwości, przebywały z rodzicami w fabryce pomagając im w pracy. Wokół budynku zorganizowano piękny ogród oraz plac zabaw, a klasy zostały podzielone dla dzieci polskich i niemieckich. Corocznie w placówce opieką otoczone było około wiele dzieci, a koszt ich utrzymania wynosił około 30 tyś rubli.
DAWNA POCZTA
Kolejny postęp w zabudowie rynku nastąpił w latach 1896-1899, kiedy to zabudowano dwa naroża. W południowo-zachodniej części, przy ulicy Wiskickiej 12, wzniesiono 3-kondygnacyjny dom o powierzchni 520 m kw., w kształcie litery L z podpiwniczeniem i niskim dwuspadowym dachem. Pierwotnie pełnił on funkcje usługowe, ale już od 1906 roku parter zajęły sklepy, piętro zaś lokale mieszkalne. Niedługo potem zainstalował się tam Urząd Pocztowy, który dopiero w 2009 roku go opuścił. Założony został na planie litery „L” ze ściętym narożnikiem oraz pozornym ryzalitem przy elewacji w części wschodniej, nakryty niskim dwuspadowym dachem, kondygnacje zaś dzielą wydatne gzymsy kordonowe.
Pomiędzy rokiem 1896, a 1899 północno-zachodni narożnik dawnego placu targowego wypełniono trzypiętrowym, podpiwniczonym budynkiem z czterospadowym dachem z ryzalitami z każdej strony, który miał służyć jako pierwsza w Osadzie szkoła świecka dla przyszłych elit urzędniczych, przyszłych pracowników Kantoru Głównego, czyli szerzej znana jako „Kantoratschule i Madchenschule”. Powstała ona z inicjatywy samego Karola Dittricha juniora, głównie dla dzieci z rodzin dyrektorskich i urzędniczych zakładów żyrardowskich. Elewacja, jak w większości budynków fabrycznych była nieotynkowana, ale wzbogacona o poziome pasy boni oraz kordonowe gzymsy. Rolą tejże szkoły było kształcenie przyszłych kadr urzędniczych i przygotowanie nowego narybku do pracy w jakże pożądanym Kantorze Głównym. W początkowych latach była to szkoła, która w godzinach popołudniowych mieściła również szkołę dla dziewcząt, przyszłych krawcowych w żyrardowskiej fabryce. Pierwszym kierownikiem nowej placówki oświatowej został Adolf Hauptmann i funkcję tą sprawował aż do roku 1912.Tuż po wybuchu I wojny światowej mury szkoły mieściły szpital polowy, ale już od drugiej połowy 1915 roku, po wejściu do Żyrardowa Niemców, ponownie powrócono pierwotne przeznaczenie budowli. W 1921 roku dawny Kantoratschule przemianowano na Publiczną Szkołę Powszechną im.Staszica. II wojna światowa ponownie zmieniła przeznaczenie budynku i ponownie, tak jak dwadzieścia pięć lat wcześniej, założono szpital dla żołnierzy niemieckich. Niestety pomoce naukowe i sprzęty szkolne tylko niewielkiej części udało się przenieść do domów fabrycznych, ogromną większość Niemcy zniszczyli. Po likwidacji szpitala na terenie szkoły szybko została otwarta szkoła dla dzieci Volksdetaschów oraz dzieci żyrardowskich Niemców. Po zakończeniu działań wojennych w budynku Kantoratschule ponownie otwarto Szkołę Powszechną nr 3 im. Staszica, udostępniając również pomieszczenia dla Gimnazjum i Liceum dla Dorosłych „TUR”.

Kolejnym etapem jego zabudowy, może nie związanym ściśle z samym placem było zamknięcie jego wschodniej perspektywy przez wybudowanie w 1903 roku „dużego kościoła”. Już w trakcie budowy Kościoła pod wezwaniem Karola Boromeusza wiadomym było, że będzie on służył tylko tymczasowo, tylko do momentu pobudowania nowego, większego, monumentalnego obiektu kultu, jak plac, który od wielu lat stał zarezerwowany na ten cel. W nie tak odległych planach bowiem istniała już wizja stworzenia kościoła filjalnego, obecnej żyrardowskiej fary, która miała stać się wizytówką tworzącego się miasta, perełką całego Mazowsza. O dalekosiężnych planach i zamiarach właścicieli Żyrardowa świadczy fakt, iż na długo przed rozpoczęciem budowy świątyni, zarezerwowano miejsce pod jego lokację. Plac targowy znajdujący się naprzeciwko głównej bramy Zakładów Żyrardowskich łączył się z drugim, podobnym placem, który miał w przyszłości stać się właśnie lokalizacją dla planowanego kościoła farnego. Krótko po objęciu stanowiska rektora kościoła filjalnego przez ks. Władysława Żaboklickiego, w dniu 12 lipca 1897 roku, przystąpiono do działania.22 maja 1898 roku metropolita warszawski, arcybiskup Wincenty Teofil Chościak-Popiel, erygował rzymskokatolicką parafię pod wezwaniem Matki Bożej Pocieszenia w Żyrardowie, jednocześnie mianując ks. Władysława Żaboklickiego na urząd proboszcza. Tak oto ks. Władysław Żaboklicki zostaje pierwszym proboszczem kościoła Matki Bożej Pocieszenia. W 1899 roku hrabia Sobański ostatecznie, na mocy prawa, przekazał plac pod budowę nowego kościoła, a Karol Dittrich junior przeznaczył 90 tyś. rubli na ten zbożny cel. Wkrótce został utworzony komitet budowy, w którego skład wchodzili biskup Ruszkiewicz, Karol Dittrich oraz hrabia Kazimierz Sobański. Na członków nowo powstałego komitetu powołano proboszcza Żaboklickiego, Józefa Wątróbskiego, Józefa Krauze, Franciszka Kotlińskeigo oraz Czesława Oppenheima - same znakomitości żyrardowskiego świata duchownego, społecznego, jak i przemysłowego.
Proboszcz Żaboklicki przedstawił projekt przyszłego kościoła, który wyszedł spod pióra wyśmienitego architekta Józefa Piusa Dziekońskiego, a koszt jego budowy zamykał się kwotą 134 680 rubli. Prace przy budowie postępowały bardzo szybko. 30 kwietnia 1900 roku rozpoczyna się długo oczekiwana inwestycja, która po trzech latach, 11 października 1903 roku, dobiega końca i kościół można konsekrować. Pięknym i jakże znamienitym dowodem na ogromne zaangażowanie mieszkańców w jego powstanie jest fakt, iż przeznaczyli oni około 100 tyś. rubli, z własnych oszczędności. Zaprezentowany i wcielony w życie projekt Dziekońskiego dostarczył miastu i obywatelom przepiękny kościół w stylu neogotyckim o imponujących 75-metrowych wieżach, Budowla została doskonale wkomponowana w architekturę centralnej części Osady. W budowę nowego kościoła zaangażowało się wiele osób, a ona sama obrosła legendą przekazywaną z ust do ust, jakoby aby przyspieszyć budowę, mieszkańcy przyszłego miasta utworzyli ludzki łańcuch aż do cegielni w Radziejowicach, podając sobie cegły z rąk do rąk, by budowa zakończyła się jak najprędzej. Ile w tym prawdy? Prawdą jednak jest, że do jego budowy użyto ponad 3 mln cegieł, a dostarczano je kolejką wąskotorową z Radziejowic, kolejką, po której ślady na polach i w lasach radziejowickich pozostały do dzisiaj. Nadzór nad budową objął sam Andrzej Chodak, mistrz mularski i przewodniczący żyrardowskich cechów, a przez samej budowie swoje nieprzeciętne umiejętności i fach pokazali Chodakowicz, L.Ruppel, J.Radzki, W.Jaszcz, A.Mendrygał, J.Nowakowski, J.Piekarski, L.Sokołowski, A,Krupski i J.Przybylski. Żyrardów zyskał w końcu kościół na miarę swoich aspiracji, jedną z najokazalszych budowli sakralnych na całym Mazowszu.
Smukłe 75-metrowe wieże oraz sama kubatura 12870 m sześciennych, czyni kościół farny obiektem monumentalnym. Elewacja frontowa została bogato zdobiona, z profilami, galerią oraz wielkimi oknami u podnóża wież oraz ogromną rozetą maswerkową nad galerią. Front kościoła ozdabiają jakże charakterystyczne dla chrześcijaństwa figury salamander oraz pseudorzygacze ozdobione postaciami gargulców. Sam kościół podobny jest do kościoła wiedeńskiego, ale również porównuje się go do katedry kolońskiej, wydaje się jednak iż trochę nad wyraz. Niemniej jednak Kościół pw. Matki Bożej Pocieszenia możemy zaliczyć do tego typu
podobnych świątyń, których projekty wyszły spod ręki Józefa Piusa Dziekońskiego, Katedry Św. Michała Archanioła i Św. Floriana Męczennika w Warszawie, Bazyliki Mniejszej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Białymstoku czy Katedry Opieki Najświętszej Maryi Panny w Radomiu. Gdyby nie nieodwracalne zniszczenia podczas II wojny światowej kościoła praskiego, charakteryzował je zbliżony wystrój i łatwe do zauważenia podobieństwo. To co zachwyca nasze oczy na zewnątrz, w podobnym, a może i nawet większym stopniu cieszy, kiedy przekroczymy drzwi prowadzące do wewnątrz fary. Bogactwo i unikalność wystroju oraz ogrom przestrzeni pozostawia ślad w pamięci na długi czas.
Ostatnie wolne jeszcze naroże zabudowano w 1910 roku wznosząc w jego północno-zachodniej części dzisiejszy Magistrat, również na planie litery L. Do wybuchu I wojny światowej na parterze mieścił się sklep fabryczny zwany „Detalem”, do którego wejście znajdowało się w narożniku budynku. Nazwa ta przetrwała przez długie lata aż do czasu, gdy zlikwidowany tu został ostatni sklep z odzieżą, kierowany przez znanego mistrza w swoim zawodzie Franciszka Wójcickiego. Wyższe kondygnacje przeznaczone były natomiast na mieszkania dla wyższych urzędników. Długa historia samej funkcji „Magistratu” rozpoczęła się w 1916 kiedy to Żyrardów otrzymał prawa miejskie. W latach 60-tych mieściło się Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. To trzypiętrowy budynek mieszkalny z dwuspadowym dachem i nieotynkowaną elewacją bogato zdobioną architektonicznie.
Dawny Plac Wolności (dzisiejszy Świętego Jana Pawła II) będący centralnym punktem tak Osady jak i tworzącego się miasta, stopniowo zapełniał się zabudowaniami, które aż do dnia dzisiejszego tworzą żywy skansen fabrycznego Żyrardowa. Ostatni z niezagospodarowanych jeszcze placów po lewej stronie, tuż za budynkiem dawnej szkoły żeńskiej, w przeciągu dwóch lat (1910-1912) wypełnił jakże charakterystyczny i nad wyraz futurystyczny jak na owe czasy „Carl Dittrich Haus”, czyli popularny „Ludowiec”. Wymyślność kształtu i formy oraz całkowicie nieregularna bryła, wpisała się w obraz miasta stając się punktem odniesienia. Trzykondygnacyjny budynek z wysokim, czterospadowym dachem głównej części oraz jakże odmienną wieżą przypominającą kopułę planetarium. Na 1274 m kw powierzchni udało się zbudować scenę z balkonem oraz niestniejącą już dziś galerią, a także całkiem sporą liczbę pomieszczeń. Jednym z nowatorskich rozwiązań konstrukcyjnych było użycie żelazobetonu podobnież nigdy wcześniej nie zastosowaną na Mazowszu. Huczne otwarcie nastąpiło 26 stycznia 1913 roku, a wśród zaproszonych gości nie mogło zabraknąć członków zarządu zakładów, dyrektorów, czy władz miejskich.
Podczas I wojny światowej sala widowiskowa, mogąca pomieścić wraz z balkonem i galerią ponad 1000 osób, zamieniła się w jeden wielki szpital wojskowy, nota bene jeden w wielu w przyfrontowym mieście. Po zakończeniu działań wojennych Ludowiec znajdował się w tragicznym stanie. Szybko jednak udało się go przystosować do kolejnej, poza oczywiście statutową, funkcji w odradzającej się Polsce. Otóż stał się również miejscem organizowanych spotkań i wieców. Już 18 listopada 1918 roku wiec Rady Delegatów Robotniczych dał zwycięstwo Lewicy. Wkrótce jednak, po raz kolejny, Dom Ludowy znalazł się na zakręcie historii. Dojście do władzy Boussaca stopniowo deprecjonowało zadania jakie miał przypisane, ostatecznie powodując nawet jego chwilowe zamknięcie. Tuż po wybuchu II wojny światowej Dom Ludowy stał się punktem zbornym wywożonych na roboty do Rzeszy, później znów szpitalem wojskowym. Podobnież na scenę wstawiono stół operacyjny, a w piwnicach ulokowano „odwszalnię”. Mimo wielokrotnych zawiłości i zakrętów, na jakich znalazł się Ludowiec, zawsze wracał on jednak do pierwotnego celu - szeroko rozumianego propagowania kultury i sztuki. Po wojnie funkcjonował jako Międzyzakładowy Dom Kultury. Dziś pod nową nazwą, Centrum Kultury, nadal spełnia swój podstawowy cel, służąc rozwojowi życia kulturalnego mieszkańców miasta.
Po zakończeniu I wojny światowej rola placu jako targowiska powoli deprecjonowała się. Ponadto w ramach robót publicznych w XX-międzywojennym, kiedy to każde jakkolwiek płatne zajęcie było na wagę złota, postanowiono zasypać pozostałe jeszcze trzęsawiska i bagna na ówczesnym targu bydlęcym i przemianowanie go na targowisko, gdzie znajduje się po dziś dzień. Plac natomiast w końcu otrzymał patrona, wojewodę Władysława Sołtana. Przebudowano go wówczas sadząc drzewa i wytyczając alejki, a w centralnej jego części urządzono fontannę.

Plac targowy był również miejscem licznych manifestacji i wieców robotniczych – m. in. strajku szpularek w 1883 r. Kolejny raz do burzliwych wydarzeń rewolucyjnych na placu targowym doszło w czasie pamiętnych obchodów Święta l Maja w 1891 r. Były to pierwsze obchody międzynarodowego święta ludzi pracy w Żyrardowie. Przerodziły się w czterodniowy strajk powszechny. W trakcie starć ze strajkującymi robotnikami Kozacy, żołnierze i żandarmi wyłapywali najbardziej aktywnych i doprowadzali przed oblicze doraźnego sądu wojskowego, który urzędował na placu targowym. Wyroki zapadały i były wykonywane natychmiast karą chłosty. Widownią największą niepodległą i demokratyczną Polskę, stał się plac targowy podczas wydarzeń rewolucyjnych 1905–1907 roku. Wszystkie organizowane wówczas manifestacje zaczynały się albo kończyły na placu targowym. W niedzielę 3 grudnia 1905 r. po porannym nabożeństwie, na placu
targowym zgromadziło się około 2000 robotników. Odbył się wiec, na którym przemawiali przedstawiciele partii rewolucyjnych, w tym także z Warszawy, nawołując do kontynuowania strajku aż do zwycięstwa. Liczba uczestników wiecu ciągle rosła. Zebrani nie posłuchali wezwań naczelnika do rozejścia. Wezwani na pomoc Kozacy otoczyli plac i po bezskutecznym zachęcaniu tłumu do rozejścia przypuścili szturm. Bili nahajkami, płazowal szablami, najeżdżali konno. Ludzie ratowali się ucieczką, szukając schronienia w murach kościoła. Szarża Kozaków była tak gwałtowna, że dwóch wdarło się konno do kościoła. 8 XII 1905 r. strajkujący robotnicy zorganizowali uroczyste powitanie wracającemu z zesłania na Sybir czołowemu działaczowi żyrardowskiemu
Andrzejowi Malinowskiemu. Pociąg, którym wracał, przyjeżdżał z Warszawy do Żyrardowa o godz. 14.00. Na placu przed dworcem zebrało się około 12 000 osób. Po ukazaniu się Malinowskiego nastąpiły radosne powitania i przemówienia, po czym uformował się pochód zmierzający w kierunku placu targowego. Tu odbył się wiec, na którym przemówił też główny bohater uroczystości. W odwecie za liczne zbrodnie popełnione przez władze na robotnikach żyrardowskich, bojówka PPS dokonała 11 IX 1906 r. o godz. 18.00 (kiedy robotnicy po pracy opuszczali fabrykę) zamachu bombowego na strażnicę żandarmerii zlokalizowaną na placu targowym przy styku z ul. Wiskicką.
Rannych zostało trzech żandarmów. Ataku dokonali dwaj robotnicy z Pruszkowa: Duda i Stanisław Sławiński. Duda w wyniku pościgu zginął w walce w rejonie ul. Parkowej 11.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w listopadzie 1918 r. mieszkańcy Żyrardowa demonstrowali swoją radość, gromadząc się na rynku. W tamtych latach Dom Ludowy i okalający go plac były miejscem licznych wieców i demonstracji politycznych. Tu świętowano utworzenie 18 listopada 1918 roku Żyrardowskiej Rady Delegatów Robotniczych. Podobnie było i w latach następnych, a zwłaszcza po zwycięstwie żyrardowskiej lewicy w wyborach do Rady Miejskiej w 1924 r. Wtedy też plac utracił swoją rolę targowiska na rzecz centrum miejskiego. Nadano mu wówczas imię wojewody warszawskiego Władysława Sołtana. Równocześnie przystąpiono do przebudowy placu. Posadzono na nim drzewa, krzewy ozdobne, urządzono rabaty kwiatowe. Plac stał się miejscem towarzyskich spotkań i wypoczynku, utrwalając tym samym swój społeczny charakter. Lewicowa Rada Miejska przyjęła jeszcze jedną uchwałę o nazewnictwie
ulic. Na posiedzeniu Rady 18 kwietnia 1924 r. radny Aleksander Krasiński zgłosił wniosek o przemianowanie ulicy Wiskitskiej na 1 Maja. Pięknie opisuje panujący na nim ruch Paweł Hulka-Laskowski w swojej książce „Mój Żyrardów”.
„przed frontem starej tkalni… był rynek. Wtedy nazywał się po prostu placem. Chodziło się więc nie na targ tylko na plac. Były to czasy legendarnej taniości. Jajka kupowało się „para trzy”, funt mięsa kosztował kilkanaście groszy, ser,masło, śmietana,kaszanka, kiełbasa przywożone w soboty ze Mszczonowa przez pana Tomaszewskiego – wszystko było niesłychanie dostępne i tanie. „U płotu stały kolorowe obrazy święte… dziady zjeżdżały całemi furami i prezentowały litości bliźnich”. „… w sobotę i w niedzielne przedpołudnia było atrakcyj co niemiara. Stragany z paciorkami, guzikami, piszczałkami, zabawkami dla dzieci, lalkami, trąbkami, a przedewszystkiem zmedalikami”.

Od 1924 r. po zmianie lokalizacji targowiska, plac zmienił funkcję i otrzymał imię wojewody warszawskiego Władysława Sołtana Kiedy nastały czasy II wojny światowej pyszni Niemcy zmienili jego nazwę, na szczęście tylko tymczasowo, na plac Adolfa Hitlera. W pierwszych dniach wolności po II wojnie światowej kasjer Zakładów Żyrardowskich Bolesław Rybkowski skierował 18 lutego 1945 r. wniosek do przewodniczącego Miejskiej Rady Narodowej w Żyrardowie o przemianowanie placu Sołtana – na Plac Wolności. Uzasadniał to historyczną rolą tego miejsca w dziejach miasta i jego mieszkańców. Zgłoszoną propozycję Miejska Rada zatwierdziła. Ostatnia zmiana nazwy nastąpiła w 1998 r. na Plac Św. Jana Pawła II. W 1973 r. na zlecenie władz miejskich opracowany został w Instytucie Kształtowania Terenów Zielonych i Ochrony Przyrody Akademii Rolniczej w Warszawie projekt zagospodarowania przestrzennego Placu Wolności. Zaczęła się stopniowa jego modernizacja. A po gruntownej przebudowie placu w latach 1998-200 nadano mu obecny kształt
kulturalnej Żyrardowa. Ten jakże zasłużony fragment dawnej osady w końcu doczekał się
zagospodarowania goszcząc rzesze mieszkańców, czy to na festynach, zlotach czy uroczystościach kościelnych. Musimy jednak pamiętać, iż takie również było jego pierwotne przeznaczenie, wpierw jako targowiska, a od 1924 roku, po przeniesieniu rynku na „Wilczy Kierz”, zaczął pełnić reprezentacyjną rolę. Ale po kolei.
PIERWSZE LATA
Po raz pierwszy plac pojawia się na planie przyszłego Żyrardowa z 1867 roku zatytułowanym „Wohnhausses in Zyrardover Fabrik”, gdzie wraz z kilkoma sąsiadującymi ulicami zaczyna tworzyć zalążek Osady. Usytuowany on został tuż przy głównej ulicy dzielącej w założeniu Osadę na część fabryczną i mieszkalną, naprzeciwko zakładów. Historia placu jest w gruncie rzeczy tak samo długa jak fabrycznej osady, stawiając go w pierwszej linii pierwotnie zagospodarowanych i uregulowanych terenów, które rozpoczęły proces tworzenia dzisiejszego Żyrardowa.
Karol Dittrich i Karol Hielle zakupili Zakłady Żyrardowskie 10 lat wcześniej i można domniemywać, iż to podczas pierwszych lat ich gospodarowania wytyczono miejsce na targ jak i ulice przyległe tworzące i kształtujące centrum. W początkowych latach istnienia zabudowany był on w odmiennej formie niż dziś. Przy rynku wzniesione zostały piętrowe, murowane budynki nakryte niskimi dwuspadowymi dachami, budynki o kubaturze około 2 tys. m kw. Plac wybrukowano „kocimi łbami”, na których w kilku rzędach sadowili się handlarze i przekupki, rozstawiali oni swoje stragany i kramy, a wśród nich przewijał się tłum kupujących. Hałas i rejwar panował nie do opisania. Nabyć można tam było praktycznie każdy towar. Od zabawek, koralików czy laleczek, po tekstylia, obuwie, naczynia, narzędzia, żywność, kończąc na świętych obrazach. W te handlowe dni przez targowisko przewijało się również wielu żebraków i kalek proszących o jakąkolwiek zapomogę. Jako że plac był centralnym punktem Osady swoją siedzibę miała tu również żandarmeria carska zajmująca parterowy, drewniany barak. Ludzie plotkowali i zasięgali najnowszych wieści.W sumie to były dwa place, targowy o wymiarach 60x120 metrów oraz drugi przygotowany pod przyszły kościół 75x135 metrów. Obserwując jednak ówczesne rozmieszczenie budynków wokół niego jego wytyczenie musiało mieć miejsce wiele lat wcześniej.
Z załączonego do tegoż planu drugiego arkusza możemy odczytać pierwszych gospodarzy. Zachodnią część placu zajęły domu Petaska (nr 8), Baiera (nr 9) i Guta (nr 10) - mistrzów tkackich. Wschodnia strona placu to dalsze domy robotnicze, m.in.Malinowskiego (nr 7), czy Lipińskiego (nr 4) . Około 1871 r. powstał trzeci plan zagospodarowania przestrzennego osady zatytułowany: „Projekt sytuacji mającego się zbudować kościoła katolickiego, domu dla księdza i cmentarza w osiedlu Żyrardów”.
STARA PRZĘDZALNIA
SZKOŁA ŻEŃSKA
OCHRONKA i BABINIEC

W kolejnym dziesięcioleciu XIX wieku pustą przestrzeń po przeciwległej stronie wypełnił
budynek Ochronki Fabrycznej, aby po kolejnych 10 latach rozwinąć się o „Babiniec”, czyli 3-piętrowy dom mieszkalny przeznaczony dla personelu tejże Ochronki. Wybudowany został w 1882 roku na placu ofiarowanym prez hr F. Sobańskiego. Przeznaczony był dla 360 dzieci. Po wojnie w ochronce jedno z pomieszczeń zajmowali harcerze. Obecnie mieści się tu Przedszkole nr 9. Budynek główny od strony południowej połączony jest szerokim korytarzem z parterowym budynkiem mieszczącym dużą salę oraz z bocznymi skrzydłami. Obiekt główny i pawilony nakryte są dachami czterospadowymi. Na piętro prowadzą trzy drewniane klatki schodowe z ozdobnymi balustradami. Elewacje nieotynkowane z ozdobnymi gzymsami i obramieniami okien i drzwi wykonanymi z dekoracyjnie ułożonych cegieł. Powód jej budowy był prosty. Szybki rozwój zakładów, a co za tym idzie potrzeba zwiększenia zatrudnienia, zmusiły właścicieli do szukania potencjalnych źródeł siły roboczej. Uwagę ich zwróciła duża liczba niepracujących kobiet, kobiet zajmujących się domem i opieką na swoimi dziećmi. Aktywacja zawodowa tej znacznej liczby przyszłych pracowników byłaby możliwa w przypadku znalezienia możliwości opieki nad ich potomstwem. Postanowiono wówczas wybudować ochronkę dla dzieci robotników, do czego przystąpiono w 1875 roku. Była ona wówczas jedną z pierwszych tego typu placówek w Królestwie Polskim. Budynek ochronki został wybudowany na rzucie prostokąta z trzyosiowym ryzalitem od frontu. Budynek zwieńczony jest wieżyczką nakryta hełmem. Budynek główny połączony jest korytarzem, w którym obecnie mieści się szatnia, z salą balową. Po obu stronach wybudowano boczne skrzydła mieszczące sale oraz pomieszczenia sanitarne. Na pierwsze piętro można dostać się trzema klatkami schodowymi. Budynek został wykonany, jak większość fabrycznych budynków, z nieotynkowanej cegły. Rozkład pomieszczeń był również nader funkcjonalny.
W części centralnej znajduje się administracja, a w przedłużeniu „sala balowa z popiersiem Dittricha” wsparta na monumentalnych kolumnach, czyli najbardziej reprezentacyjne miejsce w budynku. Boczne skrzydła mieściły klasy dla dzieci oraz część pomieszczeń gospodarczych i sanitarnych. Ponadto w roku 1885 ochronkę rozbudowano. W celu zapewnienia opieki nad robotniczymi dziećmi, wybudowano również budynek mieszkalny dla opiekunek i nauczycielek zwany „babińcem”. Budynek ten zamieszkiwało około 30 opiekunek. Piękny, obszerny taras pozwalał na spędzanie wolnego czasu przy herbatce, wnętrze zaś zawierało obszerny salon z fortepianem oraz czytelnię. Opiekę na dziatwą roztaczało około trzydzieści nauczycielek oraz co najmniej tyle samo personelu pomocniczego. Do ochronki, w początkowych latach, uczęszczały wszystkie dzieci powyżej trzech lat, jednak zwiększanie się liczby zatrudnionych, a co za tym idzie wzrost liczby dzieci wymagających opieki, wymusił ograniczenie się do jednego dziecka z rodziny. Pozostałymi z reguły zajmowało się starsze rodzeństwo, bądź z braku takiej możliwości, przebywały z rodzicami w fabryce pomagając im w pracy. Wokół budynku zorganizowano piękny ogród oraz plac zabaw, a klasy zostały podzielone dla dzieci polskich i niemieckich. Corocznie w placówce opieką otoczone było około wiele dzieci, a koszt ich utrzymania wynosił około 30 tyś rubli.
DAWNA POCZTA
Kolejny postęp w zabudowie rynku nastąpił w latach 1896-1899, kiedy to zabudowano dwa naroża. W południowo-zachodniej części, przy ulicy Wiskickiej 12, wzniesiono 3-kondygnacyjny dom o powierzchni 520 m kw., w kształcie litery L z podpiwniczeniem i niskim dwuspadowym dachem. Pierwotnie pełnił on funkcje usługowe, ale już od 1906 roku parter zajęły sklepy, piętro zaś lokale mieszkalne. Niedługo potem zainstalował się tam Urząd Pocztowy, który dopiero w 2009 roku go opuścił. Założony został na planie litery „L” ze ściętym narożnikiem oraz pozornym ryzalitem przy elewacji w części wschodniej, nakryty niskim dwuspadowym dachem, kondygnacje zaś dzielą wydatne gzymsy kordonowe.
KANTORATSCHULE
Pomiędzy rokiem 1896, a 1899 północno-zachodni narożnik dawnego placu targowego wypełniono trzypiętrowym, podpiwniczonym budynkiem z czterospadowym dachem z ryzalitami z każdej strony, który miał służyć jako pierwsza w Osadzie szkoła świecka dla przyszłych elit urzędniczych, przyszłych pracowników Kantoru Głównego, czyli szerzej znana jako „Kantoratschule i Madchenschule”. Powstała ona z inicjatywy samego Karola Dittricha juniora, głównie dla dzieci z rodzin dyrektorskich i urzędniczych zakładów żyrardowskich. Elewacja, jak w większości budynków fabrycznych była nieotynkowana, ale wzbogacona o poziome pasy boni oraz kordonowe gzymsy. Rolą tejże szkoły było kształcenie przyszłych kadr urzędniczych i przygotowanie nowego narybku do pracy w jakże pożądanym Kantorze Głównym. W początkowych latach była to szkoła, która w godzinach popołudniowych mieściła również szkołę dla dziewcząt, przyszłych krawcowych w żyrardowskiej fabryce. Pierwszym kierownikiem nowej placówki oświatowej został Adolf Hauptmann i funkcję tą sprawował aż do roku 1912.Tuż po wybuchu I wojny światowej mury szkoły mieściły szpital polowy, ale już od drugiej połowy 1915 roku, po wejściu do Żyrardowa Niemców, ponownie powrócono pierwotne przeznaczenie budowli. W 1921 roku dawny Kantoratschule przemianowano na Publiczną Szkołę Powszechną im.Staszica. II wojna światowa ponownie zmieniła przeznaczenie budynku i ponownie, tak jak dwadzieścia pięć lat wcześniej, założono szpital dla żołnierzy niemieckich. Niestety pomoce naukowe i sprzęty szkolne tylko niewielkiej części udało się przenieść do domów fabrycznych, ogromną większość Niemcy zniszczyli. Po likwidacji szpitala na terenie szkoły szybko została otwarta szkoła dla dzieci Volksdetaschów oraz dzieci żyrardowskich Niemców. Po zakończeniu działań wojennych w budynku Kantoratschule ponownie otwarto Szkołę Powszechną nr 3 im. Staszica, udostępniając również pomieszczenia dla Gimnazjum i Liceum dla Dorosłych „TUR”.
KOŚCIÓŁ MATKI BOSKIEJ POCIESZENIA

Kolejnym etapem jego zabudowy, może nie związanym ściśle z samym placem było zamknięcie jego wschodniej perspektywy przez wybudowanie w 1903 roku „dużego kościoła”. Już w trakcie budowy Kościoła pod wezwaniem Karola Boromeusza wiadomym było, że będzie on służył tylko tymczasowo, tylko do momentu pobudowania nowego, większego, monumentalnego obiektu kultu, jak plac, który od wielu lat stał zarezerwowany na ten cel. W nie tak odległych planach bowiem istniała już wizja stworzenia kościoła filjalnego, obecnej żyrardowskiej fary, która miała stać się wizytówką tworzącego się miasta, perełką całego Mazowsza. O dalekosiężnych planach i zamiarach właścicieli Żyrardowa świadczy fakt, iż na długo przed rozpoczęciem budowy świątyni, zarezerwowano miejsce pod jego lokację. Plac targowy znajdujący się naprzeciwko głównej bramy Zakładów Żyrardowskich łączył się z drugim, podobnym placem, który miał w przyszłości stać się właśnie lokalizacją dla planowanego kościoła farnego. Krótko po objęciu stanowiska rektora kościoła filjalnego przez ks. Władysława Żaboklickiego, w dniu 12 lipca 1897 roku, przystąpiono do działania.22 maja 1898 roku metropolita warszawski, arcybiskup Wincenty Teofil Chościak-Popiel, erygował rzymskokatolicką parafię pod wezwaniem Matki Bożej Pocieszenia w Żyrardowie, jednocześnie mianując ks. Władysława Żaboklickiego na urząd proboszcza. Tak oto ks. Władysław Żaboklicki zostaje pierwszym proboszczem kościoła Matki Bożej Pocieszenia. W 1899 roku hrabia Sobański ostatecznie, na mocy prawa, przekazał plac pod budowę nowego kościoła, a Karol Dittrich junior przeznaczył 90 tyś. rubli na ten zbożny cel. Wkrótce został utworzony komitet budowy, w którego skład wchodzili biskup Ruszkiewicz, Karol Dittrich oraz hrabia Kazimierz Sobański. Na członków nowo powstałego komitetu powołano proboszcza Żaboklickiego, Józefa Wątróbskiego, Józefa Krauze, Franciszka Kotlińskeigo oraz Czesława Oppenheima - same znakomitości żyrardowskiego świata duchownego, społecznego, jak i przemysłowego.
Proboszcz Żaboklicki przedstawił projekt przyszłego kościoła, który wyszedł spod pióra wyśmienitego architekta Józefa Piusa Dziekońskiego, a koszt jego budowy zamykał się kwotą 134 680 rubli. Prace przy budowie postępowały bardzo szybko. 30 kwietnia 1900 roku rozpoczyna się długo oczekiwana inwestycja, która po trzech latach, 11 października 1903 roku, dobiega końca i kościół można konsekrować. Pięknym i jakże znamienitym dowodem na ogromne zaangażowanie mieszkańców w jego powstanie jest fakt, iż przeznaczyli oni około 100 tyś. rubli, z własnych oszczędności. Zaprezentowany i wcielony w życie projekt Dziekońskiego dostarczył miastu i obywatelom przepiękny kościół w stylu neogotyckim o imponujących 75-metrowych wieżach, Budowla została doskonale wkomponowana w architekturę centralnej części Osady. W budowę nowego kościoła zaangażowało się wiele osób, a ona sama obrosła legendą przekazywaną z ust do ust, jakoby aby przyspieszyć budowę, mieszkańcy przyszłego miasta utworzyli ludzki łańcuch aż do cegielni w Radziejowicach, podając sobie cegły z rąk do rąk, by budowa zakończyła się jak najprędzej. Ile w tym prawdy? Prawdą jednak jest, że do jego budowy użyto ponad 3 mln cegieł, a dostarczano je kolejką wąskotorową z Radziejowic, kolejką, po której ślady na polach i w lasach radziejowickich pozostały do dzisiaj. Nadzór nad budową objął sam Andrzej Chodak, mistrz mularski i przewodniczący żyrardowskich cechów, a przez samej budowie swoje nieprzeciętne umiejętności i fach pokazali Chodakowicz, L.Ruppel, J.Radzki, W.Jaszcz, A.Mendrygał, J.Nowakowski, J.Piekarski, L.Sokołowski, A,Krupski i J.Przybylski. Żyrardów zyskał w końcu kościół na miarę swoich aspiracji, jedną z najokazalszych budowli sakralnych na całym Mazowszu.
Smukłe 75-metrowe wieże oraz sama kubatura 12870 m sześciennych, czyni kościół farny obiektem monumentalnym. Elewacja frontowa została bogato zdobiona, z profilami, galerią oraz wielkimi oknami u podnóża wież oraz ogromną rozetą maswerkową nad galerią. Front kościoła ozdabiają jakże charakterystyczne dla chrześcijaństwa figury salamander oraz pseudorzygacze ozdobione postaciami gargulców. Sam kościół podobny jest do kościoła wiedeńskiego, ale również porównuje się go do katedry kolońskiej, wydaje się jednak iż trochę nad wyraz. Niemniej jednak Kościół pw. Matki Bożej Pocieszenia możemy zaliczyć do tego typu
podobnych świątyń, których projekty wyszły spod ręki Józefa Piusa Dziekońskiego, Katedry Św. Michała Archanioła i Św. Floriana Męczennika w Warszawie, Bazyliki Mniejszej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Białymstoku czy Katedry Opieki Najświętszej Maryi Panny w Radomiu. Gdyby nie nieodwracalne zniszczenia podczas II wojny światowej kościoła praskiego, charakteryzował je zbliżony wystrój i łatwe do zauważenia podobieństwo. To co zachwyca nasze oczy na zewnątrz, w podobnym, a może i nawet większym stopniu cieszy, kiedy przekroczymy drzwi prowadzące do wewnątrz fary. Bogactwo i unikalność wystroju oraz ogrom przestrzeni pozostawia ślad w pamięci na długi czas.
MAGISTRAT
Ostatnie wolne jeszcze naroże zabudowano w 1910 roku wznosząc w jego północno-zachodniej części dzisiejszy Magistrat, również na planie litery L. Do wybuchu I wojny światowej na parterze mieścił się sklep fabryczny zwany „Detalem”, do którego wejście znajdowało się w narożniku budynku. Nazwa ta przetrwała przez długie lata aż do czasu, gdy zlikwidowany tu został ostatni sklep z odzieżą, kierowany przez znanego mistrza w swoim zawodzie Franciszka Wójcickiego. Wyższe kondygnacje przeznaczone były natomiast na mieszkania dla wyższych urzędników. Długa historia samej funkcji „Magistratu” rozpoczęła się w 1916 kiedy to Żyrardów otrzymał prawa miejskie. W latach 60-tych mieściło się Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. To trzypiętrowy budynek mieszkalny z dwuspadowym dachem i nieotynkowaną elewacją bogato zdobioną architektonicznie.
DOM LUDOWY
Dawny Plac Wolności (dzisiejszy Świętego Jana Pawła II) będący centralnym punktem tak Osady jak i tworzącego się miasta, stopniowo zapełniał się zabudowaniami, które aż do dnia dzisiejszego tworzą żywy skansen fabrycznego Żyrardowa. Ostatni z niezagospodarowanych jeszcze placów po lewej stronie, tuż za budynkiem dawnej szkoły żeńskiej, w przeciągu dwóch lat (1910-1912) wypełnił jakże charakterystyczny i nad wyraz futurystyczny jak na owe czasy „Carl Dittrich Haus”, czyli popularny „Ludowiec”. Wymyślność kształtu i formy oraz całkowicie nieregularna bryła, wpisała się w obraz miasta stając się punktem odniesienia. Trzykondygnacyjny budynek z wysokim, czterospadowym dachem głównej części oraz jakże odmienną wieżą przypominającą kopułę planetarium. Na 1274 m kw powierzchni udało się zbudować scenę z balkonem oraz niestniejącą już dziś galerią, a także całkiem sporą liczbę pomieszczeń. Jednym z nowatorskich rozwiązań konstrukcyjnych było użycie żelazobetonu podobnież nigdy wcześniej nie zastosowaną na Mazowszu. Huczne otwarcie nastąpiło 26 stycznia 1913 roku, a wśród zaproszonych gości nie mogło zabraknąć członków zarządu zakładów, dyrektorów, czy władz miejskich.
Podczas I wojny światowej sala widowiskowa, mogąca pomieścić wraz z balkonem i galerią ponad 1000 osób, zamieniła się w jeden wielki szpital wojskowy, nota bene jeden w wielu w przyfrontowym mieście. Po zakończeniu działań wojennych Ludowiec znajdował się w tragicznym stanie. Szybko jednak udało się go przystosować do kolejnej, poza oczywiście statutową, funkcji w odradzającej się Polsce. Otóż stał się również miejscem organizowanych spotkań i wieców. Już 18 listopada 1918 roku wiec Rady Delegatów Robotniczych dał zwycięstwo Lewicy. Wkrótce jednak, po raz kolejny, Dom Ludowy znalazł się na zakręcie historii. Dojście do władzy Boussaca stopniowo deprecjonowało zadania jakie miał przypisane, ostatecznie powodując nawet jego chwilowe zamknięcie. Tuż po wybuchu II wojny światowej Dom Ludowy stał się punktem zbornym wywożonych na roboty do Rzeszy, później znów szpitalem wojskowym. Podobnież na scenę wstawiono stół operacyjny, a w piwnicach ulokowano „odwszalnię”. Mimo wielokrotnych zawiłości i zakrętów, na jakich znalazł się Ludowiec, zawsze wracał on jednak do pierwotnego celu - szeroko rozumianego propagowania kultury i sztuki. Po wojnie funkcjonował jako Międzyzakładowy Dom Kultury. Dziś pod nową nazwą, Centrum Kultury, nadal spełnia swój podstawowy cel, służąc rozwojowi życia kulturalnego mieszkańców miasta.
PRZENIESIENIE TARGU
Po zakończeniu I wojny światowej rola placu jako targowiska powoli deprecjonowała się. Ponadto w ramach robót publicznych w XX-międzywojennym, kiedy to każde jakkolwiek płatne zajęcie było na wagę złota, postanowiono zasypać pozostałe jeszcze trzęsawiska i bagna na ówczesnym targu bydlęcym i przemianowanie go na targowisko, gdzie znajduje się po dziś dzień. Plac natomiast w końcu otrzymał patrona, wojewodę Władysława Sołtana. Przebudowano go wówczas sadząc drzewa i wytyczając alejki, a w centralnej jego części urządzono fontannę.
FUNKCJA
REPREZENTACYJNA

Plac targowy był również miejscem licznych manifestacji i wieców robotniczych – m. in. strajku szpularek w 1883 r. Kolejny raz do burzliwych wydarzeń rewolucyjnych na placu targowym doszło w czasie pamiętnych obchodów Święta l Maja w 1891 r. Były to pierwsze obchody międzynarodowego święta ludzi pracy w Żyrardowie. Przerodziły się w czterodniowy strajk powszechny. W trakcie starć ze strajkującymi robotnikami Kozacy, żołnierze i żandarmi wyłapywali najbardziej aktywnych i doprowadzali przed oblicze doraźnego sądu wojskowego, który urzędował na placu targowym. Wyroki zapadały i były wykonywane natychmiast karą chłosty. Widownią największą niepodległą i demokratyczną Polskę, stał się plac targowy podczas wydarzeń rewolucyjnych 1905–1907 roku. Wszystkie organizowane wówczas manifestacje zaczynały się albo kończyły na placu targowym. W niedzielę 3 grudnia 1905 r. po porannym nabożeństwie, na placu
targowym zgromadziło się około 2000 robotników. Odbył się wiec, na którym przemawiali przedstawiciele partii rewolucyjnych, w tym także z Warszawy, nawołując do kontynuowania strajku aż do zwycięstwa. Liczba uczestników wiecu ciągle rosła. Zebrani nie posłuchali wezwań naczelnika do rozejścia. Wezwani na pomoc Kozacy otoczyli plac i po bezskutecznym zachęcaniu tłumu do rozejścia przypuścili szturm. Bili nahajkami, płazowal szablami, najeżdżali konno. Ludzie ratowali się ucieczką, szukając schronienia w murach kościoła. Szarża Kozaków była tak gwałtowna, że dwóch wdarło się konno do kościoła. 8 XII 1905 r. strajkujący robotnicy zorganizowali uroczyste powitanie wracającemu z zesłania na Sybir czołowemu działaczowi żyrardowskiemu
Andrzejowi Malinowskiemu. Pociąg, którym wracał, przyjeżdżał z Warszawy do Żyrardowa o godz. 14.00. Na placu przed dworcem zebrało się około 12 000 osób. Po ukazaniu się Malinowskiego nastąpiły radosne powitania i przemówienia, po czym uformował się pochód zmierzający w kierunku placu targowego. Tu odbył się wiec, na którym przemówił też główny bohater uroczystości. W odwecie za liczne zbrodnie popełnione przez władze na robotnikach żyrardowskich, bojówka PPS dokonała 11 IX 1906 r. o godz. 18.00 (kiedy robotnicy po pracy opuszczali fabrykę) zamachu bombowego na strażnicę żandarmerii zlokalizowaną na placu targowym przy styku z ul. Wiskicką.
Rannych zostało trzech żandarmów. Ataku dokonali dwaj robotnicy z Pruszkowa: Duda i Stanisław Sławiński. Duda w wyniku pościgu zginął w walce w rejonie ul. Parkowej 11.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w listopadzie 1918 r. mieszkańcy Żyrardowa demonstrowali swoją radość, gromadząc się na rynku. W tamtych latach Dom Ludowy i okalający go plac były miejscem licznych wieców i demonstracji politycznych. Tu świętowano utworzenie 18 listopada 1918 roku Żyrardowskiej Rady Delegatów Robotniczych. Podobnie było i w latach następnych, a zwłaszcza po zwycięstwie żyrardowskiej lewicy w wyborach do Rady Miejskiej w 1924 r. Wtedy też plac utracił swoją rolę targowiska na rzecz centrum miejskiego. Nadano mu wówczas imię wojewody warszawskiego Władysława Sołtana. Równocześnie przystąpiono do przebudowy placu. Posadzono na nim drzewa, krzewy ozdobne, urządzono rabaty kwiatowe. Plac stał się miejscem towarzyskich spotkań i wypoczynku, utrwalając tym samym swój społeczny charakter. Lewicowa Rada Miejska przyjęła jeszcze jedną uchwałę o nazewnictwieulic. Na posiedzeniu Rady 18 kwietnia 1924 r. radny Aleksander Krasiński zgłosił wniosek o przemianowanie ulicy Wiskitskiej na 1 Maja. Pięknie opisuje panujący na nim ruch Paweł Hulka-Laskowski w swojej książce „Mój Żyrardów”.
„przed frontem starej tkalni… był rynek. Wtedy nazywał się po prostu placem. Chodziło się więc nie na targ tylko na plac. Były to czasy legendarnej taniości. Jajka kupowało się „para trzy”, funt mięsa kosztował kilkanaście groszy, ser,masło, śmietana,kaszanka, kiełbasa przywożone w soboty ze Mszczonowa przez pana Tomaszewskiego – wszystko było niesłychanie dostępne i tanie. „U płotu stały kolorowe obrazy święte… dziady zjeżdżały całemi furami i prezentowały litości bliźnich”. „… w sobotę i w niedzielne przedpołudnia było atrakcyj co niemiara. Stragany z paciorkami, guzikami, piszczałkami, zabawkami dla dzieci, lalkami, trąbkami, a przedewszystkiem zmedalikami”.
ZMIANY NAZWY

Od 1924 r. po zmianie lokalizacji targowiska, plac zmienił funkcję i otrzymał imię wojewody warszawskiego Władysława Sołtana Kiedy nastały czasy II wojny światowej pyszni Niemcy zmienili jego nazwę, na szczęście tylko tymczasowo, na plac Adolfa Hitlera. W pierwszych dniach wolności po II wojnie światowej kasjer Zakładów Żyrardowskich Bolesław Rybkowski skierował 18 lutego 1945 r. wniosek do przewodniczącego Miejskiej Rady Narodowej w Żyrardowie o przemianowanie placu Sołtana – na Plac Wolności. Uzasadniał to historyczną rolą tego miejsca w dziejach miasta i jego mieszkańców. Zgłoszoną propozycję Miejska Rada zatwierdziła. Ostatnia zmiana nazwy nastąpiła w 1998 r. na Plac Św. Jana Pawła II. W 1973 r. na zlecenie władz miejskich opracowany został w Instytucie Kształtowania Terenów Zielonych i Ochrony Przyrody Akademii Rolniczej w Warszawie projekt zagospodarowania przestrzennego Placu Wolności. Zaczęła się stopniowa jego modernizacja. A po gruntownej przebudowie placu w latach 1998-200 nadano mu obecny kształt
poniedziałek, 8 maja 2017
Epizod 146 - Dom Krastyna jako przykład kamienicy czynszowej początków XX wieku
Dawna, czynszowa kamienica przy ulicy 1-go Maja 25 (ulica Wiskicka 18) popada od dłuższego czasu w ruinę. Opuszczone, zawilgocone lokale, obdrapane klatki schodowe czy odpadające sztukaterie zniechęcają do wejścia i zapoznania się z tym jakże historycznym budynkiem, pierwszym „drapaczem chmur” w Żyrardowie. Jednak pomimo katastrofalnego stanu domu nazwanego na cześć jego pierwszego posiadacza, domem „Krastyna” nadal możemy dostrzec w nim kunszt i piękno dawnej kamienicy czynszowej z elementami secesji.
Patrząc na frontową ścianę kamienicy możemy łatwo dostrzec podział kondygnacji zgodnie z poszczególnymi funkcjami użytkowymi. Wysoki parter przystosowany został do lokali usługowych, pierwsze piętro to „piano nobile” czyli najbardziej reprezentacyjna część mieszcząca apartamenty. Piętra drugie i trzecie to typowe lokale mieszkalne, ostatnia zaś kondygnacja przeznaczona była dla najbiedniejszych oraz na pomieszczenia gospodarcze. Pomimo znacznych zniszczeń nadal jednak możemy zauważyć ornamentykę charakterystyczną dla secesji.
I tak nad bramą, po której zachowały się jedynie kotwy w ścianach, umieszczona została głowa kobiety. Nad oknami poszczególnych kondygnacji umieszczone zostały dekoracje floralne bardzo podobne do tych na budynku Towarzystwa Wzajemnego Kredytu. Wkraczając wjazdem bramnym na sklepieniu ujrzymy motywy industrialne. Od strony oficyny widok przygnębia jeszcze bardziej. Zniszczone i opuszczone podwórze sprawia, że aż trudno uwierzyć, iż kiedyś na tyłach kamienicy tętniło życie towarzyskie, a dawna sala kina „Terra” mieściła tłumy głodnych X muzy widzów.
Wiecznie otwarte drzwi wejściowe pozwalają dostać się na kolejne piętra budynku. Tutaj skala zniszczeń jest największa. Wilgoć i zaduch odstraszają eksploratorów. Napuchnięte od wilgoci odpadające tynki, nabrzmiałe i napuchnięte futryny. To wszystko dopełnia ogromu zaniedbań. Można jednak jeszcze znaleźć tutaj kunsztownie zdobione balustrady z drewnianymi poręczami oraz widoczne na półpiętrach pozostałości ozdobnej terakoty.
Budynek kamienicy został wpisany do rejestru zabytków ze względu na wartość historyczną i artystyczną dopiero w roku 2013. Stanowi on typowy przykład kamienicy czynszowej z początków XX wieku, jakich w Żyrardowie wiele nie ujrzymy. Również tylko na starych fotografiach możemy zauważyć, iż „dom Krastyna” w oryginalnej formie posiadał balkony z ozdobnymi wspornikami, dziś zastąpione balconettami. Oprócz walorów estetycznych budynek posiada również bogatą historię.
Od kilku lat niepozorna, marmurowa tablica na dawnym domu Myszkowskich zwanym również Domem Krastyna, informuje przechodniów o historycznym przeznaczeniu lokali tego monumentalnego budynku. To tutaj, tuż po zajęciu miasta przez niemieckiego okupanta, została otwarta, oczywiście za zgodą władz, Szkoła Handlowa.
Przeniesiona z zajętego Gimnazjum przy ulicy Sienkiewicza w roku 40-tym XX w., funkcjonowała nieprzerwalnie przez trzy długie lata okupacji.
W pierwszych dniach po wybuchu II wojny światowej Gimnazjum zamknięto, a jej mury zajęli polscy żołnierze. Jednak już w dwa dni po kapitulacji miasta, zostało przemianowane na niemieckie koszary.
Grono pedagogiczne zmuszone do znalezienia nowej, tymczasowej lokalizacji szybko doszło do porozumienia z właścicielem kamienicy. Podnajęto kilka pomieszczeń, w których urządzono klasy, a nawet dwa internaty: żeński i męski. Dyrektorem zostal ostatni dyrektor Gimnazjum, Karol Wyroba, który pełnił tę funkcję do 43 roku, kiedy to po aresztowaniu i przesłuchaniu zdecydował się opuścić miasto w trosce o swoje i swojej rodziny życie. Funkcję dyrektora przejęła Joanna Froehlich, która pełniła ją do dnia wyzwolenia, do 1943 roku w kamienicy Myszkowskich, a przez kolejne dwa lata w szopie przy ulicy Teklinowskiej.
Pod zalegalizowaną Szkołą Handlową, gdzie wykładane były mało istotne z ideologicznego punktu widzenia rachunkowość, czy matematyka, odbywały się tajne komplety, na których narażający swe życia nauczyciele, zapoznawali uczniów z literaturą, czy historią, krzewiąc w sercach i umysłach młodzieży idee patriotyczne.
Rozwój i edukacja były dodatkowo wspierane zbiorami bibliotecznymi, które udało się wynieść z przejętego gimnazjum ukrywając je przez wszystkie lata okupacji, właśnie w kamienicy Myszkowskich.
Jak można zauważyć z „domem Krastyna” związała się rodzina Myszkowskich.
Wilhelm Szymon Myszkowski, właściciel między innymi kin w Żyrardowie. Aresztowany 18 października 1940 roku został przewieziony na Pawiak, a następnie, na początku 1941 roku, do Oświęcimia, gdzie zginął.
Wilhelm Szymon Myszkowski w dwudziestoleciu międzywojennym był jednym z najbogatszych i najbardziej szanowanych obywateli miasta Żyrardowa. Nie był jednak autochtonem. Przybył to miasta z Myszkowic ze Śląska. Już na terenie swojego pochodzenia dał o sobie znać jego patriotyzm, zwłaszcza w obronie szkół. Po pierwszej wojnie, w której również wykazał się aktywnością tak w P.O.W. jak i Legionach Polskich , otrzymał od samego Józefa Piłsudskeigo Krzyż Legionowy, a od Rydza-Śmigłego – Krzyż P.O.W.
Po przybyciu do Żyrardowa wszedł właśnie w jedną z najbogatszych rodzin ówczesnego Żyrardowa – Krastynów, właścicieli największej wówczas kamienicy w mieście oraz kina „Terra” znajdującego się w podwórku, w specjalnie do tego celu zbudowanej sali.
Po zaaklimatyzowaniu się w Żyrardowie jeszcze bardziej rozwinął swoją karierę polityczną. Począwszy od 1924 rodu zasiadał w Radzie Miejskiej, a po zamachu majowym włączył się w działalność Bezpartyjnego Bloku Współpracy z rządem zostając jego prezesem w Żyrardowie. Dodatkowo w latach 1930-1934 sprawował funkcję przewodniczące Rady Miasta.
Biorąc ślub z Jadwiga Krastyn – córką Marcina Krastyna, którego grób jeszcze niedawno znajdował się na cmentarzu ewangelickim, stał się jednocześnie monopolistą na rynku kinematograficznym. Będąc właścicielem kin „Słońce” i „Len”, a dodatkowo posiadanie kina „Terra” przez żonę Wilhelma, pozwalało im dyktować warunki na jakże chłonnym rynku. Dodatkowo był właścicielem hotelu zlokalizowanego przez ulicy Sienkiewicza 1, o światowo brzmiącej nazwie „Royal”.
Hotel ten w trakcie drugiej wojny służył żołnierzom Ochrony Pogranicza za siedzibę. Podczas bombardowania miasta, w pierwszych dniach września, zrzucona bomba przebiła dach budynku , podłogę i wylądowała na parterze, szczęśliwie nie wybuchając.
Wilhelm Myszkowski doczekał się czwórki dzieci: Barbary, Edmunda, Heleny i Marii., a śladem dawnej rodziny na żyrardowskim cmentarzu jest grób Heleny, która zmarła w 2006 roku.
Niestety przeszłość polityczna oraz wysoka pozycja w społeczeństwie nie umknęły uwadze okupanta, a okrutną tego konsekwencją była śmierć w Oświęcimiu. Na domiar złego żona Jadwiga wraz z córką Barbarą zmarły w obozie tuż po wyzwoleniu.
czwartek, 6 kwietnia 2017
Epizod 145 - Żyrardowskie latarnie gazowe
Trudno sobie dziś wyobrazić ciemne ulice nieoświetlone światłem ulicznych latarni. Automatycznie uruchamiane po zmroku wymagają jedynie nadzoru i kontroli przeprowadzonych co jakiś czas.
Praktycznie każda ulica w mieście oświetlona jest mniej lub bardziej przyjemną barwą światła i nawet nie zastanawiamy się jak radzili sobie nasi przodkowie zmierzający w grobowych ciemnościach przed godziną 5 rano do górujących nad miastem zakładów. A stan ten utrzymywał się w Żyrardowie dość długo, gdyż dopiero po ponad 50-ciu latach od kiedy to warszawskie ulice rozświetlały tysiące gazowych latarń, kilka ulic przyszłego naszego miasta rozbłysło strumieniem światła. A stało się to w 1909 roku.
Dziś po ponad stu latach pozostały nam jedynie namiastki tych dawnych latarń gazowych rozlokowane w reprezentacyjnych punktach Żyrardowa. Park im. K.Dittricha, Aleja Partyzantów, przed Resursą, czy w końcu przed dworcem. Ze swoimi przodkami łączy je tylko ogólny wygląd, choć nawet materiał, z którego zostały wykonane jest zupełnie inny. Firma Art Metal Łapino, która je dostarczyła to specjalista w dziedzinie małej architektury.
Kiedy w końcu Zarząd Gminy Żyrardowa zdecydował się wykorzystać dobrodziejstwa techniki postanowiono uruchomić kilkanaście czteropłomiennych lamp gazowych wyposażonych prawdopobnie w siatki żarowe „Auera”, błędnie nazywanych w bibliografii pojawiającej się na żyrardowskim rynku książek historycznych „typu Aurora”, gdyż typ „Aurora” dotyczył nie latarń, a gazowego aparatu dostarczającego paliwo.
Koszulka Auera było to wówczas topowe osiągnięcie w technice oświetlenia gazowego, chociaż wprowadzenie go do Żyrardowa tak późno, praktycznie na skraju jego stosowania może budzić kontrowersje, zwłaszcza że istniała już wówczas elektryfikacja i w większych miastach wypierała oświetlenie gazowe.
Zastosowanie koszulek typu Auera było wielkim osiągnięciem. Pozwoliło ono na wykorzystanie z natury słabego płomienia gazu, który jest słabszy od światła świecy, czy lampy naftowej do oświetlenia spowitych w mroku ulic miast.
Zasada działania opierała się na zastosowaniu bawełnianej siateczki nasyconej solami toru i ceru. Po pierwszym uruchomieniu koszulka wykonana z bawełny, a naciągnięta na palnik ulegała spaleniu. Tworzył się wówczas dość kruchy kokon składający się w 99% z dwutlenku toru (ThO2) i 1% dwutlenku ceru (CeO2) rozżarzający gaz, co dawało intensywne białe światło. Zastosowany w nich tor sprawiał, iż używane koszulki były promieniotwórcze, emitując promieniowanie alfa, beta i gamma. Z tego też powodu koszulki sprzedawano często już w postaci gotowych, wypalanych w fabryce, ale można było również nabyć jako nieużywane, które dopiero na miejscu naciągano na żarnik. Z promieniotwórczością radzono sobie stosując metalową pokrywę lampy, powietrze w środku oraz grube, matowe szkło. Ale nawet stłuczenie szyb nie wpływało bezpośrednio na skażenie, gorzej było gdy uszkodzeniu ulegała koszulka. Powstawał wówczas drobny, promieniotwórczy pył.
Samą lampę gazową wynalazł William Murdoch i w 1772 roku zastosował ją do oświetlenia mieszkania. Jak na ironię właśnie późniejsza konieczność doprowadzenia gazu do mieszkań spowodowała, iż nie przyjęły się one jako źródło domowego światła. William Murdoch w swoim domu przy Cross Street w Redruth dokonał przełomowego odkrycia. W domowej retorcie dokonywał pirolizy węgla, której jednym z efektów jest wytworzenie się gazu. Systemem rurek doprowadzał go do pomieszczeń mieszkalnych, gdzie spalał się dając światło. Tak to rodzinny dom Murdocha stał się pierwszym budynkiem z gazowym oświetleniem, a pierwszym miastem Soho, które w 1798 roku otrzymało nowe latarnie. Przełomowy wynalazek rozświetlił ulice Anglii, Francji, czy Niemiec. Birmingham i Londyn otrzymały pierwsze latarnie gazowe w 1804 roku, Paryż – 1818, Berlin – 1829.
W Polsce pierwsze latarnie gazowe na stałe zostały zamontowane Krakowie i Warszawie w roku 1856, gdy koncesję na ich montowanie otrzymało Niemieckie Kontynentalne Towarzystwo Gazowe z Dessau. Pierwsze latarnie to lampy odkrytopłomienne z tzw. palnikiem szczelinowym, gdzie światło emitowały rozżarzone do białości cząsteczki węgla. Wszak wówczas gaz miejski był gazem węglowym. Uruchomienia tychże lamp dokonywał latarnik przy pomocy lampy olejowej umieszczonej na długim kiju. I taki rodzaj lamp funkcjonował praktycznie do końca XIX wieku. Dopiero wynalazek Karla Auera von Welschbacha z 1892 roku wymusił zmiany w lampach gazowych.
Opracował on wspominaną siatkę żarową co stanowiło wielki przełom w technice oświetlenia. Tego typu żarniki zastosowano w Warszawie w 1898 roku, a w Żyrardowie, jak wiemy, w 1909.
Analizując historyczne fotografie, możemy stwierdzić iż laratnie montowane na ulicach miasta wyglądały identycznie jak te zachowane przed Muzeum Woli w Warszawie, które świecą po dziś dzień, a gdy znajdują się w stanie spoczynku niewielki płomień drga wewnątrz oszklonej kopuły.
Latarnie jakie pojawiły się w Żyrardowie to latarnie gazowe czteropłomienne wysokości około 4 metrów o trzonie z żeliwnego odlewu będącego wiązką czterech kolumn z czterema przewiązkami. Szczyt zwieńczała sześcioboczna głowica z szybami w metalowych ramkach rozszerzając się ku górze. Sześciospadowy daszek wieńczący latarnię ozdobiono wieńczącą sterczyną. W podobnych tego typu latarniach umieszczano cztery palniki z siatkami Auera typu „Ring 1562”. Trudno dzisiaj dowieść, iż takie wypełniały żyrardowskie modele, ale skoro były one używane w warszawskich latarniach najpewniej również żyrardowskie były w nie wyposażone, zwłaszcza iż projekt przedstawiony przez zwycięska firmę zawierał informację o instalowaniu latarń typu warszawskiego.
Rozmieszczono je początkowo w ilości 41 sztuk na ulicach Familijnej, Wiskickiej, Wąskiej, Szerokiej, Tylnej, Ogrodowej i Fabrycznej, rozszerzając stopniowo ich zasięg na inne drogi Osady.
Jednak już po kilku latach rozpoczęto projekt wprowadzenia oświetlenia elektrycznego na Teklinie.
Sam proces zamówienia oraz oferty doskonale zachowały się w Archiwum Państwowym dając nam obraz nieporuszanego dotychczas tematu początków oświetlenia miasta.
Pomysł zainstalowania w Żyrardowie latarń ulicznych był rozpatrywany pod różnymi kontekstami. Wiele miast w Polsce od dawna posiadało swoje systemy, a w Osadzie nadal panowały egipskie ciemności. Ponadto coraz częściej używano argumentu o konieczności oświetlenia najniebezpieczniejszych fragmentów i skrzyżowań w rozrastającym się przyszłym mieście.
Zgodnie z zachowaną dokumentacją możemy dokładnie prześledzić ten proces i zapoznać się z ciekawymi ofertami przedsiębiorców, czy inżynierów z całej Polski.
Jednym z oferentów był Kazimierz Sommer – inżynier Biura Technicznego w Warszawie mieszczącego się przy ulicy Marszałkowskiej 141, który wystosował zapytanie dnia 13 sierpnia 1908 r. do wójta gminy Żyrardów w sprawie dostarczenia lamp dla oświetlenia ulic miasta. Powołuje się on na rozmowy z panem Albinem Rossowieckim i proponuje lampy naftowo-żarowe systemu „La Washington”. Proponowane modele to nr 9 w cenie 160 rubli od sztuki oraz nr 8 z regulacją światła po 185 rubli, a do tego słupy drewniane po 10 rubli za sztukę. Dostarczył również protokół z Politechniki Kijowskiej z prób różnych systemów potwierdzające wyższość ich lamp nad innymi.
Wśród akt możemy znaleźć odręcznie napisany list wskazujący konieczność oświetlenia ulic Żyrardowa ze wskazaniem miejsc ich rozmieszczenia. Autor powołuje się na konieczność rozświetlenia ciemności i usunięcia zła. Proponuje skrzyżowanie ulic Familijnej i Alei Dittricha, Fabrycznej i jej skrzyżowania, około Schlachtuza, około szpitala, za szpitalem na Teklinowskiej, przy gminnej kancelarii, przy skrzyżowaniach ulicy Nowy Świat, przy skrzyżowaniu Fabrycznej i przy końcu ulicy Nowy Świat, czy w końcu na ulicy Długiej. Próbną lampę zamontowali przy ulicy Fabrycznej na skrzyżowaniu ulic i zwraca się do zarządu o poddanie jej próbie co do siły światła i zużycia nafty.
Kolejną osobą proponującą swoje wyroby był R. Stodolski, inżynier reklamujący gazowe aparaty AURORA, gazolinowe, amerykańskie przenośne lampy WELSCHBACH i Co” oraz gazolinowe amerykańskie lampy „REX”. 8 lutego 1909 roku nadesłał pismo do Zarządu Gminy Żyrardów wraz z projektem i szczegółowym kosztorysem oświetlenia Osady Fabrycznej gazowym aparatem AURORA. Kosztorys ten dzielił Osadę na dwie części połączone ze sobą ulicą Radziwiłłowską. W związku z tym do oświetlenia proponuje dwa aparaty w celu zmniejszenia kosztów rur. Jak wiadomo gaz doprowadzony byłyby nimi do poszczególnych lamp. W pierwszej części ograniczonej ulicami Wiskicką, Przejazd, Kolejową, Piaskową, Nowym Światem oraz Familijną proponuje rozmieszczenie lamp co 50 metrów, a przy ul. Wiskickiej i Fabrycznej jeszcze mniejsze odległości, co daje w sumie 164 lampy po 100 świec każda, rozmieszczone po obu stronach ulic. Oszacowano, iż konieczne będzie dostarczenie 40 m kubicznych gazu przy pomocy aparatu nr 6 za 2080 rubli. Pozostałe niezbędne oprzyrządowanie to przegrzewacz dla wody przy aparacie za 300 rubli, manometr dla określenia ciśnienia gazu za 18 rubli, hermetyczne połączenia dla napełniania rezerwoaru za 60 rubli, gazomierz za 400 rubli, rezerwoar dla pomieszczenia 20 m. kw. za 2500 rubli oraz koszt montażu opiewający na 500 rubli. Do tego rury za 21089 rubli. Firma nie proponuje konkretnego modelu lamp a jedynie powołuje się na latarnie żelazne za 4100 rubli oraz studzienki murowane rewizyjne za 800 rubli. Całkowity koszt dla tej części osady to 31 797 rubli.
Druga część ograniczona ulicami Jasną, Świętojańską, Radziwiłłowską i Leśną miała być oświetlona 56 latarniami po 100 świec każda. Do obsługi zaproponowano aparat nr 3, a całkowity koszt wyniósłby 11 452 ruble. Sumarycznie całkowity koszt to 43 249 rubli, bez kosztów budynków, które gmina musiałaby sama wybudować. I tu zostały określone ich wymiary 5 na 8 metra oraz 3,5 na 6 metra. Inżynier przedstawia również kosztu oświetlenia szacując je na 10 kopiejek za wyprodukowanie 1 m sześciennego gazu. Dla szacowanych 164 latarń będzie to 2 ruble na godzinę dla większej części Osady oraz 67,2 kop dla mniejszej. Szacując czas palenia latarń w ciągu roku na 2000 godzin to koszt roczny to 5344 rubli. Uważa on również, iż będzie w stanie odzyskać od prywatnych odbiorców 2440 rubli za domowe oświetlenie. Jak widać oferta została przygotowana bardzo sumienie i skrupulatnie rozpisana.
W czerwcu 1909 roku kolejna firma PROMIEŃ – Instalacje oświetleń i biuro techniczne J. Naimski i Z. Korycki z Warszawy z siedzibą przy ulicy Włodzimierskiej 1 proponuje 100 lamp żarowo-naftowych systemu „SECULAR” o sile światła 500 świec, bez sztucznego pompowania powietrza łącznie z kroksztynem słupowym, linką stalową służącą do opuszczania lamp i prowadnikiem za 120 rubli za sztukę. Tu również słupy miałby dostarczyć Zarząd. Proponują również angielskie lampy z fabryki KITSON o sile światła 1000 świec po 160 rubli lub systemu KITSON o sile 500 świec za 135 rubli za sztukę, ale w ofercie miała również o sile 100 świec – 0,6 funta, 750 – 0,4 funta oraz 300- 0,3 funta.
Po rozpatrzeniu ofert do konkursu wezwano następujące firmy: La Washington”, „PROMIEŃ”, „LUX”, Zawistowski oraz inż. R. Stodolski (Warszawa, ul. Marszałkowska 79). Wójt gminy zaprosił wymienione firmy do zaprezentowania swoich lamp w dniach 21 lipca - 3 sierpnia i zamontowania ich na ulicy Fabrycznej w celu ich oceny. Zalecane było dostarczenie tych o największej sile światła. Postanowiono również, iż lampy o najmniejszym zapotrzebowaniu na naftę zostaną zaakceptowane przez 23-osobowy komitet i w ilości około 50 sztuk nabyte.
Jedną z zaproszonych firm było Towarzystwo Akcyjne „ LUX” z Rygi, które w swojej ofercie miało różne rodzaje lamp, typu J.L. o sile 750 świec i zużyciu 0,6 funta nafty na godzinę, czy J3 – 750 świec.
Firma „LUX” zaproponowała 2 typy lamp: C.X.B. na ciśnienie powietrza lub kwasów węglowych wraz w kroksztynem windką i linką oraz drewnianą skrzynką do schowania cysterny blaszanej za cenę 142, 5 rubli, oraz drugi typ J.S. wraz kroksztynem, windką i linką za 121,5 rubla. Obie dawały światło o sile 750 świec, rekomendując jednak lampę pierwszą a to ze względu na łatwiejsze kontrole zużytej nafty, dając na to 2- letnią gwarancję.
Adolf Zawistowski z Warszawskiej Fabryki Wyrobów Metalowych z siedzibą w Warszawie przy ulicy Leszno numer 91 proponuje lampę SYRENĘ o sile 1200 świec, samozapalająca się i bez sztucznego ciśnienia. Prostej konstrukcji i łatwej eksploatacji za 100 rubli wraz z kroksztynem, windką i stalową linką, oczywiście tu również Zarząd miałby dostarczyć słupy. Lampa SYRENA zbudowana była z aluminium i według dostawcy nie mogła się równać z koszulkową „LIRĄ” starszej konstrukcji i innymi wszystkimi funkcjonującymi za pomocą sztucznie wywołanego ciśnienia.
Po przeprowadzonych testach wybór padł na projekt inżyniera Stodolskiego. Można przypuszczać, iż oferta ta zwyciężyła ze względu na kompleksowość systemu, począwszy od aparatu po latarnie. Zarząd Gminy zdecydował się zainstalować nowe latarnie w łącznej liczbie 41 sztuk rozmieszczone na siedmiu ulicach, Wiskickiej 10 sztuk, Ogrodowej 6, Targowej 2, Szerokiej 3, Familijnej 2, Fabrycznej 8 i Tylnej 5 sztuk. Koszt całego przedsięwzięcia oszacowano na 12 161 rubli i 40 kopiejek. Ponadto sam koszt latarni wyniósł 35 rubli za sztukę, czyli znacznie mniej od konkurencji.
Jak widać sam typ latarni nie odgrywał tu znaczącej roli, gdyż umowa zobowiązywała do dostarczenia słupków latarnianych żelaznych, ciągnionych z rur 3 cale, 2 ½ cala oraz 2 calowe typu warszawskiego, co w odniesieniu do lamp rozmieszczonych w stolicy oraz archiwalnych fotografii Żyrardowa sugeruje instalację latarń czteropłomiennych wysokości około 4 metrów z siatkami Auera.
Praktycznie każda ulica w mieście oświetlona jest mniej lub bardziej przyjemną barwą światła i nawet nie zastanawiamy się jak radzili sobie nasi przodkowie zmierzający w grobowych ciemnościach przed godziną 5 rano do górujących nad miastem zakładów. A stan ten utrzymywał się w Żyrardowie dość długo, gdyż dopiero po ponad 50-ciu latach od kiedy to warszawskie ulice rozświetlały tysiące gazowych latarń, kilka ulic przyszłego naszego miasta rozbłysło strumieniem światła. A stało się to w 1909 roku.
Dziś po ponad stu latach pozostały nam jedynie namiastki tych dawnych latarń gazowych rozlokowane w reprezentacyjnych punktach Żyrardowa. Park im. K.Dittricha, Aleja Partyzantów, przed Resursą, czy w końcu przed dworcem. Ze swoimi przodkami łączy je tylko ogólny wygląd, choć nawet materiał, z którego zostały wykonane jest zupełnie inny. Firma Art Metal Łapino, która je dostarczyła to specjalista w dziedzinie małej architektury.
Kiedy w końcu Zarząd Gminy Żyrardowa zdecydował się wykorzystać dobrodziejstwa techniki postanowiono uruchomić kilkanaście czteropłomiennych lamp gazowych wyposażonych prawdopobnie w siatki żarowe „Auera”, błędnie nazywanych w bibliografii pojawiającej się na żyrardowskim rynku książek historycznych „typu Aurora”, gdyż typ „Aurora” dotyczył nie latarń, a gazowego aparatu dostarczającego paliwo.
Koszulka Auera było to wówczas topowe osiągnięcie w technice oświetlenia gazowego, chociaż wprowadzenie go do Żyrardowa tak późno, praktycznie na skraju jego stosowania może budzić kontrowersje, zwłaszcza że istniała już wówczas elektryfikacja i w większych miastach wypierała oświetlenie gazowe.
Zastosowanie koszulek typu Auera było wielkim osiągnięciem. Pozwoliło ono na wykorzystanie z natury słabego płomienia gazu, który jest słabszy od światła świecy, czy lampy naftowej do oświetlenia spowitych w mroku ulic miast.
Zasada działania opierała się na zastosowaniu bawełnianej siateczki nasyconej solami toru i ceru. Po pierwszym uruchomieniu koszulka wykonana z bawełny, a naciągnięta na palnik ulegała spaleniu. Tworzył się wówczas dość kruchy kokon składający się w 99% z dwutlenku toru (ThO2) i 1% dwutlenku ceru (CeO2) rozżarzający gaz, co dawało intensywne białe światło. Zastosowany w nich tor sprawiał, iż używane koszulki były promieniotwórcze, emitując promieniowanie alfa, beta i gamma. Z tego też powodu koszulki sprzedawano często już w postaci gotowych, wypalanych w fabryce, ale można było również nabyć jako nieużywane, które dopiero na miejscu naciągano na żarnik. Z promieniotwórczością radzono sobie stosując metalową pokrywę lampy, powietrze w środku oraz grube, matowe szkło. Ale nawet stłuczenie szyb nie wpływało bezpośrednio na skażenie, gorzej było gdy uszkodzeniu ulegała koszulka. Powstawał wówczas drobny, promieniotwórczy pył.
Samą lampę gazową wynalazł William Murdoch i w 1772 roku zastosował ją do oświetlenia mieszkania. Jak na ironię właśnie późniejsza konieczność doprowadzenia gazu do mieszkań spowodowała, iż nie przyjęły się one jako źródło domowego światła. William Murdoch w swoim domu przy Cross Street w Redruth dokonał przełomowego odkrycia. W domowej retorcie dokonywał pirolizy węgla, której jednym z efektów jest wytworzenie się gazu. Systemem rurek doprowadzał go do pomieszczeń mieszkalnych, gdzie spalał się dając światło. Tak to rodzinny dom Murdocha stał się pierwszym budynkiem z gazowym oświetleniem, a pierwszym miastem Soho, które w 1798 roku otrzymało nowe latarnie. Przełomowy wynalazek rozświetlił ulice Anglii, Francji, czy Niemiec. Birmingham i Londyn otrzymały pierwsze latarnie gazowe w 1804 roku, Paryż – 1818, Berlin – 1829.
W Polsce pierwsze latarnie gazowe na stałe zostały zamontowane Krakowie i Warszawie w roku 1856, gdy koncesję na ich montowanie otrzymało Niemieckie Kontynentalne Towarzystwo Gazowe z Dessau. Pierwsze latarnie to lampy odkrytopłomienne z tzw. palnikiem szczelinowym, gdzie światło emitowały rozżarzone do białości cząsteczki węgla. Wszak wówczas gaz miejski był gazem węglowym. Uruchomienia tychże lamp dokonywał latarnik przy pomocy lampy olejowej umieszczonej na długim kiju. I taki rodzaj lamp funkcjonował praktycznie do końca XIX wieku. Dopiero wynalazek Karla Auera von Welschbacha z 1892 roku wymusił zmiany w lampach gazowych.Opracował on wspominaną siatkę żarową co stanowiło wielki przełom w technice oświetlenia. Tego typu żarniki zastosowano w Warszawie w 1898 roku, a w Żyrardowie, jak wiemy, w 1909.
Analizując historyczne fotografie, możemy stwierdzić iż laratnie montowane na ulicach miasta wyglądały identycznie jak te zachowane przed Muzeum Woli w Warszawie, które świecą po dziś dzień, a gdy znajdują się w stanie spoczynku niewielki płomień drga wewnątrz oszklonej kopuły.
Latarnie jakie pojawiły się w Żyrardowie to latarnie gazowe czteropłomienne wysokości około 4 metrów o trzonie z żeliwnego odlewu będącego wiązką czterech kolumn z czterema przewiązkami. Szczyt zwieńczała sześcioboczna głowica z szybami w metalowych ramkach rozszerzając się ku górze. Sześciospadowy daszek wieńczący latarnię ozdobiono wieńczącą sterczyną. W podobnych tego typu latarniach umieszczano cztery palniki z siatkami Auera typu „Ring 1562”. Trudno dzisiaj dowieść, iż takie wypełniały żyrardowskie modele, ale skoro były one używane w warszawskich latarniach najpewniej również żyrardowskie były w nie wyposażone, zwłaszcza iż projekt przedstawiony przez zwycięska firmę zawierał informację o instalowaniu latarń typu warszawskiego. Rozmieszczono je początkowo w ilości 41 sztuk na ulicach Familijnej, Wiskickiej, Wąskiej, Szerokiej, Tylnej, Ogrodowej i Fabrycznej, rozszerzając stopniowo ich zasięg na inne drogi Osady.
Jednak już po kilku latach rozpoczęto projekt wprowadzenia oświetlenia elektrycznego na Teklinie.
Sam proces zamówienia oraz oferty doskonale zachowały się w Archiwum Państwowym dając nam obraz nieporuszanego dotychczas tematu początków oświetlenia miasta.
Pomysł zainstalowania w Żyrardowie latarń ulicznych był rozpatrywany pod różnymi kontekstami. Wiele miast w Polsce od dawna posiadało swoje systemy, a w Osadzie nadal panowały egipskie ciemności. Ponadto coraz częściej używano argumentu o konieczności oświetlenia najniebezpieczniejszych fragmentów i skrzyżowań w rozrastającym się przyszłym mieście.Zgodnie z zachowaną dokumentacją możemy dokładnie prześledzić ten proces i zapoznać się z ciekawymi ofertami przedsiębiorców, czy inżynierów z całej Polski.
Jednym z oferentów był Kazimierz Sommer – inżynier Biura Technicznego w Warszawie mieszczącego się przy ulicy Marszałkowskiej 141, który wystosował zapytanie dnia 13 sierpnia 1908 r. do wójta gminy Żyrardów w sprawie dostarczenia lamp dla oświetlenia ulic miasta. Powołuje się on na rozmowy z panem Albinem Rossowieckim i proponuje lampy naftowo-żarowe systemu „La Washington”. Proponowane modele to nr 9 w cenie 160 rubli od sztuki oraz nr 8 z regulacją światła po 185 rubli, a do tego słupy drewniane po 10 rubli za sztukę. Dostarczył również protokół z Politechniki Kijowskiej z prób różnych systemów potwierdzające wyższość ich lamp nad innymi.
Wśród akt możemy znaleźć odręcznie napisany list wskazujący konieczność oświetlenia ulic Żyrardowa ze wskazaniem miejsc ich rozmieszczenia. Autor powołuje się na konieczność rozświetlenia ciemności i usunięcia zła. Proponuje skrzyżowanie ulic Familijnej i Alei Dittricha, Fabrycznej i jej skrzyżowania, około Schlachtuza, około szpitala, za szpitalem na Teklinowskiej, przy gminnej kancelarii, przy skrzyżowaniach ulicy Nowy Świat, przy skrzyżowaniu Fabrycznej i przy końcu ulicy Nowy Świat, czy w końcu na ulicy Długiej. Próbną lampę zamontowali przy ulicy Fabrycznej na skrzyżowaniu ulic i zwraca się do zarządu o poddanie jej próbie co do siły światła i zużycia nafty.
Kolejną osobą proponującą swoje wyroby był R. Stodolski, inżynier reklamujący gazowe aparaty AURORA, gazolinowe, amerykańskie przenośne lampy WELSCHBACH i Co” oraz gazolinowe amerykańskie lampy „REX”. 8 lutego 1909 roku nadesłał pismo do Zarządu Gminy Żyrardów wraz z projektem i szczegółowym kosztorysem oświetlenia Osady Fabrycznej gazowym aparatem AURORA. Kosztorys ten dzielił Osadę na dwie części połączone ze sobą ulicą Radziwiłłowską. W związku z tym do oświetlenia proponuje dwa aparaty w celu zmniejszenia kosztów rur. Jak wiadomo gaz doprowadzony byłyby nimi do poszczególnych lamp. W pierwszej części ograniczonej ulicami Wiskicką, Przejazd, Kolejową, Piaskową, Nowym Światem oraz Familijną proponuje rozmieszczenie lamp co 50 metrów, a przy ul. Wiskickiej i Fabrycznej jeszcze mniejsze odległości, co daje w sumie 164 lampy po 100 świec każda, rozmieszczone po obu stronach ulic. Oszacowano, iż konieczne będzie dostarczenie 40 m kubicznych gazu przy pomocy aparatu nr 6 za 2080 rubli. Pozostałe niezbędne oprzyrządowanie to przegrzewacz dla wody przy aparacie za 300 rubli, manometr dla określenia ciśnienia gazu za 18 rubli, hermetyczne połączenia dla napełniania rezerwoaru za 60 rubli, gazomierz za 400 rubli, rezerwoar dla pomieszczenia 20 m. kw. za 2500 rubli oraz koszt montażu opiewający na 500 rubli. Do tego rury za 21089 rubli. Firma nie proponuje konkretnego modelu lamp a jedynie powołuje się na latarnie żelazne za 4100 rubli oraz studzienki murowane rewizyjne za 800 rubli. Całkowity koszt dla tej części osady to 31 797 rubli.
Druga część ograniczona ulicami Jasną, Świętojańską, Radziwiłłowską i Leśną miała być oświetlona 56 latarniami po 100 świec każda. Do obsługi zaproponowano aparat nr 3, a całkowity koszt wyniósłby 11 452 ruble. Sumarycznie całkowity koszt to 43 249 rubli, bez kosztów budynków, które gmina musiałaby sama wybudować. I tu zostały określone ich wymiary 5 na 8 metra oraz 3,5 na 6 metra. Inżynier przedstawia również kosztu oświetlenia szacując je na 10 kopiejek za wyprodukowanie 1 m sześciennego gazu. Dla szacowanych 164 latarń będzie to 2 ruble na godzinę dla większej części Osady oraz 67,2 kop dla mniejszej. Szacując czas palenia latarń w ciągu roku na 2000 godzin to koszt roczny to 5344 rubli. Uważa on również, iż będzie w stanie odzyskać od prywatnych odbiorców 2440 rubli za domowe oświetlenie. Jak widać oferta została przygotowana bardzo sumienie i skrupulatnie rozpisana.
W czerwcu 1909 roku kolejna firma PROMIEŃ – Instalacje oświetleń i biuro techniczne J. Naimski i Z. Korycki z Warszawy z siedzibą przy ulicy Włodzimierskiej 1 proponuje 100 lamp żarowo-naftowych systemu „SECULAR” o sile światła 500 świec, bez sztucznego pompowania powietrza łącznie z kroksztynem słupowym, linką stalową służącą do opuszczania lamp i prowadnikiem za 120 rubli za sztukę. Tu również słupy miałby dostarczyć Zarząd. Proponują również angielskie lampy z fabryki KITSON o sile światła 1000 świec po 160 rubli lub systemu KITSON o sile 500 świec za 135 rubli za sztukę, ale w ofercie miała również o sile 100 świec – 0,6 funta, 750 – 0,4 funta oraz 300- 0,3 funta.
Po rozpatrzeniu ofert do konkursu wezwano następujące firmy: La Washington”, „PROMIEŃ”, „LUX”, Zawistowski oraz inż. R. Stodolski (Warszawa, ul. Marszałkowska 79). Wójt gminy zaprosił wymienione firmy do zaprezentowania swoich lamp w dniach 21 lipca - 3 sierpnia i zamontowania ich na ulicy Fabrycznej w celu ich oceny. Zalecane było dostarczenie tych o największej sile światła. Postanowiono również, iż lampy o najmniejszym zapotrzebowaniu na naftę zostaną zaakceptowane przez 23-osobowy komitet i w ilości około 50 sztuk nabyte.
Jedną z zaproszonych firm było Towarzystwo Akcyjne „ LUX” z Rygi, które w swojej ofercie miało różne rodzaje lamp, typu J.L. o sile 750 świec i zużyciu 0,6 funta nafty na godzinę, czy J3 – 750 świec.
Firma „LUX” zaproponowała 2 typy lamp: C.X.B. na ciśnienie powietrza lub kwasów węglowych wraz w kroksztynem windką i linką oraz drewnianą skrzynką do schowania cysterny blaszanej za cenę 142, 5 rubli, oraz drugi typ J.S. wraz kroksztynem, windką i linką za 121,5 rubla. Obie dawały światło o sile 750 świec, rekomendując jednak lampę pierwszą a to ze względu na łatwiejsze kontrole zużytej nafty, dając na to 2- letnią gwarancję.
Adolf Zawistowski z Warszawskiej Fabryki Wyrobów Metalowych z siedzibą w Warszawie przy ulicy Leszno numer 91 proponuje lampę SYRENĘ o sile 1200 świec, samozapalająca się i bez sztucznego ciśnienia. Prostej konstrukcji i łatwej eksploatacji za 100 rubli wraz z kroksztynem, windką i stalową linką, oczywiście tu również Zarząd miałby dostarczyć słupy. Lampa SYRENA zbudowana była z aluminium i według dostawcy nie mogła się równać z koszulkową „LIRĄ” starszej konstrukcji i innymi wszystkimi funkcjonującymi za pomocą sztucznie wywołanego ciśnienia.
Po przeprowadzonych testach wybór padł na projekt inżyniera Stodolskiego. Można przypuszczać, iż oferta ta zwyciężyła ze względu na kompleksowość systemu, począwszy od aparatu po latarnie. Zarząd Gminy zdecydował się zainstalować nowe latarnie w łącznej liczbie 41 sztuk rozmieszczone na siedmiu ulicach, Wiskickiej 10 sztuk, Ogrodowej 6, Targowej 2, Szerokiej 3, Familijnej 2, Fabrycznej 8 i Tylnej 5 sztuk. Koszt całego przedsięwzięcia oszacowano na 12 161 rubli i 40 kopiejek. Ponadto sam koszt latarni wyniósł 35 rubli za sztukę, czyli znacznie mniej od konkurencji.
Jak widać sam typ latarni nie odgrywał tu znaczącej roli, gdyż umowa zobowiązywała do dostarczenia słupków latarnianych żelaznych, ciągnionych z rur 3 cale, 2 ½ cala oraz 2 calowe typu warszawskiego, co w odniesieniu do lamp rozmieszczonych w stolicy oraz archiwalnych fotografii Żyrardowa sugeruje instalację latarń czteropłomiennych wysokości około 4 metrów z siatkami Auera.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








