czwartek, 22 sierpnia 2019

Epizod 156 - Zbrodnia na Mireckiego


Siedemdziesięciojednoletniej emerytki nikt nie widział od kilku dni. Według późniejszej opinii sąsiadów rodzina niezbyt często odwiedzała panią Józefę, mieszkankę domu przy ulicy Mireckiego 62. Taki stan rzeczy oraz świadomość, iż często również sąsiedzi widują się co kilka dni, znacząco wpłynęła na odłożenie w czasie rozwiązania zagadki śmierci starszej pani Józefy Cieślak.
Sprawa rozpoczęła się jak wiele takich spraw. Po kilku dniach bez kontaktu z sąsiadką, zaniepokojeni mieszkańcy budynku przy ulicy Mireckiego 62 powiadomili żyrardowską komendę Milicji Obywatelskiej, iż od jakiegoś czasu nikt nie widział Józefy Cieślak, samotnie mieszkającej starszej pani.
Po przybyciu na miejsce milicjanci próbowali nawiązać kontakt z lokatorką przez zamknięte drzwi, ale bezskutecznie. W związku z tym podjęto jedyną słuszną decyzję i wyważono drzwi. Interweniujących milicjantów jak i ciekawskich sąsiadów od razu uderzył nieprzyjemny zapach. W mieszkaniu panował ogromny bałagan, na podłodze porozrzucane zostały części garderoby, a drzwi starej, drewnianej szafy stały otworem, na łóżku zaś spod grubej warstwy pierzyny wystawał czubek głowy, jak się wkrótce okazało pani Józefy. Zakrywając dłonią usta milicjanci weszli do środka odsłaniając ciało. Kobieta leżała z rękami nienaturalnie podłożonymi pod siebie, a na szyi można było zauważyć zawiązaną ciasno chustkę. Milicjantom od razu rzuciła się w oczy ewentualność popełnienia przestępstwa dlatego też wezwani zostali śledczy. Niestety w skutek posuniętego rozkładu sekcja zwłok nie dała jednoznacznej odpowiedzi co do przyczyn śmierci denatki, w związku z czym nie było podstaw do postawienia komukolwiek zarzutów, ale również wszczęcia postępowania, w związku z czym po krótkim czasie śledztwo umorzono.
Minęły kolejne dwa lata i jak w wielu tego typu sytuacjach o wszystkim zadecydował przypadek. Otóż milicjanci aresztujący za jakąś kradzież dwóch złodziei wpadli przy okazji na trop rozwiązania zagadki sprzed lat, śmierci pani Józefy Cieślak. Otóż w toku prowadzonego śledztwa udało się ustalić, iż jeden z aresztowanych jest blisko spokrewniony ze zmarłą przed dwoma laty mieszkanką domu przy ulicy Mireckiego 62, tą której naturalna śmierć nie do końca przekonywała niektórych śledczych.  Podpytując i drążąc temat milicjanci szybko dowiedzieli się o nagłym wzbogaceniu się siostrzeńca zmarłej, a po powiązaniu faktów, iż w mieszkaniu denatki nie znaleziono żadnych kosztowności, o których to zmarła często opowiadała w towarzystwie sąsiadów i znajomych, szybko skojarzono fakt ich zniknięcia z nagłym wzbogaceniem się aresztowanych. Wystarczyło tylko odpowiednio mocno  przycisnąć młodzieńców.

W toku postępowania i przesłuchań szybko ustalono przebieg wydarzeń i w końcu sprawiedliwości stało się zadość. Jak się okazało Tadeusz Nowakowski będący siostrzeńcem Józefy Cieślak podczas jednej z rozmów z dobrym kolegą Janem Góreckim napomniał o fakcie posiadania przez swoją ciotkę biżuterii o znacznej wartości. Zadziałał tu pewnie efekt kumulacji, który spowodował, że Górecki pewny szybkiego wzbogacenia się postanowił namówić Nowakowskiego do, jak mu się wydawało prostej i szybkiej kradzieży. Niepełnoletni wówczas przestępcy łatwo dostali się do ofiary wykorzystując rodzinne koligacje, a będąc już w mieszkaniu przewrócili ją na podłogę i najzwyczajniej w świecie udusili używając do tego chusty, która już na początku zwróciła uwagę śledczych. Położyli następnie ciało zamordowanej na kanapie, przykryli pierzyną i splądrowali mieszkanie zabierając 50 tysięcy złotych. Czy planując rozbój od razu zakładali morderstwo? Nie wiemy.
W toku prowadzonego śledztwa uzyskano opinie biegłych psychiatrów, którzy ustalili, iż Nowakowski w momencie popełnienia przestępstwa był niedojrzały psychicznie i w jego przypadku zastosowano nadzwyczajne złagodzenie kary wymierzając mu 14 lat więzienia, natomiast Góreckiego jako niepełnoletniego potraktowano łagodnie skazując na 15 lat.

niedziela, 4 sierpnia 2019

Epizod 155 - Wyrok na Arno Dachsa


Arno Dachs
Teklinów jako wieś zaludniona w większości przez Niemców była podatnym gruntem na powstawanie antypolskich spisków, czy grupy V kolumny, która w przededniu wojny uaktywniła
się, wykorzystując pobliską garbarnię jako miejsce spotkań. Jednym z najgorliwszych nazistów w Żyrardowie był niejaki Arno Hugon Dachs, który przewodził zebraniom i potajemnym spotkaniom, a po wybuchu II wojny stał się gaulaiterem Żyrardowa. Jako rodowity Żyrardowianin znał doskonale miasto oraz ludzi w nim mieszkających, co pozwalało mu bezbłędnie wskazywać osoby podejrzane, nawet jeśli byli to jego znajomi. Przewodził w brutalności i aktywności, co stawiało go na wysokim
miejscu w hierarchii lokalnej komórki NSDAP.
Ale jaki związek ma z ulicą Bracką?
Zasadniczy, a nawet życiowy. Otóż znienawidzony Dachs został potajemnie zastrzelony na tejże ulicy na wysokości domu Loppego. Wyrok został wykonany przez dwójkę młodych bojowników GL, Jodłowskiego i Mińkowskiego. Arno Hugon Dachs będąc kuzynem Schmidtów mieszkał w poblizu
ich garbarni skąd dojeżdżał codziennie do pracy w Zakładach Żyrardowskich właśnie ulicą Bracką. To tam zaczaili się na niego bojówkarze. Mińkowski, udając, że zawiązuje buty przystanął na mostku nad rowem burzowym , a Jodłowski ukrył się w żywopłocie koło domu Loppego. Tam zaatakował
„Niemca” i oddając dwa strzały położył go trupem. Istotne znaczenie miała rozsiana po mieście plotka, jakoby Dachs skonfliktowany był z wujkami w sprawie podziału zysków z garbarni, co odsuwało podejrzenia od wykonawców wyroku. Mimo przeprowadzonego śledztwa, a nawet przesłuchań Schmidtów, nie udało się ustalić sprawców. Jedyne co mogli dla niego zrobić, to wyprawić mu uroczysty pogrzeb z honorami. Żyrardów pozbył się kolejnego nadgorliwego
Dom, gdzie mieszkał Arno Dachs
nazisty, a ulica Bracka wpisała się, na przekór lokalnym podziałom narodowościowym, na karty miejscowej historii, jako miejsce gdzie sprawiedliwość dosięgła kata. Arno Dachs był synem Hugo Dachsa i Anny Marii Woźniak. Rodzina mieszkała w pobliżu garbarni Schmidtów. W roku 1937 19 sierpnia wziął ślub z Johanna Gitzbrecht. O nieznanych dotychczas faktach z życia Dachsa
dowiadujemy się od Klausa Bertrama.  Johanna Gitzbrecht była wszak córką Adolphy Kolewe,
czyli kuzynką ojca. Przed  wojną rodziny te spotykały się dość często. Arno Dachs studiował chemię w Darmstadt gdzie nawiązał kontakty z narodowcami z NSDAP. Po powrocie jego charakter uległ całkowitej przemianie. Przekonania Arno i jego zaślepienie nazizmem oddzieliły go od rodziny, którą siłą zmuszał do wstępowania m.in. do Hitlerjugend niszcząc i tak już wątłe więzy rodzinne.
Śmierć Dachsa z rąk Jodłowskiego w 1943 roku tylko na chwilę przyniosła ulgę. W zbiorach  rodzinnych pozostało tylko jedno, ale za to jak wymowne zdjęcie Arno Dachsa. Adolpha Gitzbrecht
niestety zapłaciła za błędy i bestialstwo Arno umierając w obozie przejściowym w Potulicach 4
września 1948 roku.

poniedziałek, 29 lipca 2019

Epizod 154 - Wspomnienia Klausa Bertrama

Klub Cyklistów (1908 rok) dziadek Klausa był jego członkiem

 Korzenie rodziny mojego ojca sięgają XVIII wieku. Z tego co wiem, część z nich pochodziła z Prus, z poznańskiego. Najstarszy przodek jakiego znam urodził się około 1720 roku w Pońcu. Osiemdziesiąt lat później rodzina wyemigrowała do zachodniego Mazowsza. Moja pra prababcia Anna Luise Karoline Repsch urodziła się w Rudzie Guzowskiej w 1815 roku. Wyszła za mąż za
Leopolda Bertrama który urodził się w 1824 roku i dorastał w Skierniewicach. Zmarł w Żyrardowie w 1901 roku. Próbowałem znaleźć jego grób na cmentarzu ewangelicko-augsburskim, ale bezowocnie. Ich syn miał na imię Johann Julius Bertram ożenił się z Wandą Amalie Seiffert pochodząca ze Zgierza. Według relacji mojego ojca Johann Julius prowadził przez pewien czas pensjonat w Żyrardowie. Dziadek studiował na Uniwersytecie w Lipsku architekturę i budownictwo. Z drugiej strony przodkowie mojej matki pochodzili z różnych miejscowości na Mazowszu (Iłów, Konstantynów, Matyldów). Moja prababcia Katharina Haeberle urodziła się w Dębówce w 1866 roku. Wyszła za mąż za Ludwika Kolewe z Konstantynowa. Przeprowadzili się do Wiskitek gdzie Ludwik zmarł w 1921 roku. Katharina umarła w Żyrardowie w 1940 roku. Mieszkali w wiskickiej cegielni. Dom nadal istnieje. Odwiedziłem go w 2015 roku.
ojciec Klausa Bertrama fot. ze zbiorów Klausa Bertrama
Wiskitki -dom rodzinny Kathariny Haeberle, ze zbiorów Klausa Bertrama
Ale fabryka zniknęła. Nad stawem mój ojciec często spędzał swój wolny czas. Z tego małżeństwa urodziła się moja babcia Johanna Kolewe, która wyszła za mąż za Adolfa Bertrama w 1916 roku na Ukrainie (Charków) podczas I wojny światowej. Z powodu swojego pochodzenia władze carskiej Rosji zmusiły ich do opuszczenia Mazowsza. Deportacja. Po I wojnie światowej moi dziadkowie powrócili do Żyrardowa. W 1919 roku urodziła się moja ciocia Alina, a cztery lata później mój ojciec i wychowywali się w domu na ulicy Tadeusza Kościuszki nr 29, teraz numer 18. Mój dziadek Adolf Bertram był mistrzem budowniczym i był właścicielem małej firmy budowlanej. Większość z jego robotników byli to polscy rzemieślnicy, ale już narzędzia, cegły czy cement pochodziły pochodziły od Żydów. Znalazłem archiwalną książkę w Muzeum Mazowsza Zachodniego gdzie jest on pokazany na zdjęciu w izbie rzemieślniczej. Mój ojciec Georg Bertram dorastał całkiem normalnie z polskimi przyjaciółmi. Chodził do szkoły i mówił lepiej po polsku niż po niemiecku. Był całkowicie
rodzina Klausa Bertrama, od lewej ojciec, dziadkowie i ciocia (1942 rok)
zintegrowany z sąsiadami mimo swojego ewangelickoaugsburskiego pochodzenia,
a także był członkiem grupy katolickiej skautów (Wilczek). Wybuch II wojny światowej całkowicie zmienił życie mojej rodziny. Po kilku dniach Niemcy wkroczyli do Żyrardowa z całym złem i okupacją. Rodzinę również dotknęły ofiary wojny. Jego kuzyn Heinrich Bertram zaginął podczas wrześniowych tygodni 1939 roku (jako żołnierz Wojska Polskiego). Mój ojciec nie mógł dalej chodzić do szkoły. Po roku dziadek zamknął firmę. Nikt nie budował domów podczas okupacji. Partnerzy biznesowi dziadka, Żydzi zniknęli – zostali aresztowani przez Niemców i przeniesieni do getta. Później mój dziadek stal się „Kreisbaummeister” – urzędnikiem niemieckim pod nazistowską administracją Generalnej Guberni z biurem w Błoniu. Od 1941 roku mój ojciec poszedł do Niemiec. W tym czasie rodzina miała wewnętrzny konflikt z Arno Dachsem (pokrewieństwo przez ślub jednej z ojca kuzynek (Johanny Gitzbrecht – żony Dachsa). Mój ojciec został zmuszony do wstąpienia

JHeinrich Bertram chorąży Wojska Polskiego

do Hitlerjugend, czego bardzo nie chciał. Inaczej Dachs wysłałby ojca do Niemiec jako „Zwangsarbeiter” robotnika przymusowego. Ten argument przekonał do wstąpienia do Hitlerjugend. Później w roku 1943 został powołany do Wehrmachtu do Bambergu, gdzie ja się urodziłem kilka lat później. Wiedeń, później front wschodni. Wrócił do Żyrardowa tylko na tydzień w kwietniu 1944 roku. Po tym nigdy już do rodzinnego miasta nie zawitał i nigdy nie zobaczył już rodziców. Moi dziadkowie zostali zmuszeni opuścić Żyrardów w 1944 roku. Oboje zmarli jako uchodźcy we wschodnich Niemczech w 1945 roku. Mój ojciec został więźniem wojennym w ZSRR i pozostał tam aż do 1949 roku. Po uwolnieniu udał się do siostry Aliny, która mieszkała w brytyjskiej strefie okupacyjnej gdzie rozpoczął nowe życie.

wtorek, 5 marca 2019

Epizod 153 - pożar kartoniarni



Wjeżdżając do Żyrardowa od strony Mszczonowa oczom przyjezdnych ukazują się górujące nad okolicą wieżowce, dziś, pomalowane na wyblakłe już w słońcu ciepłe odcienie żółci i pomarańczy. Wysokie dziesięciopiętrowe budowle z płyty, powstały na fali ówczesnych potrzeb poprawy prezentacji miasta w oczach przyjezdnych. Doskonały na nie widok, z okien pociągów zmierzających w kierunku Warszawy, dodawał splendoru i poprawiał wizytówkę tego fabrycznego miasta.  
      Zagłębiając się jednak w meandry okolicznych uliczek, możemy na własne oczy przekonać się, że ten dawny blichtr widoczny jest tylko z daleka. Cofnięte nieco od ulicy dwa, niepasujące do otoczenia wieżowce, jak kominy pną się górę, zaburzając perspektywę sąsiedztwa.
      Ulica Romualda Mielczarskiego, dawnej Ogrodowa, tak jak większość tego typu podobnych ulic, zabudowana była jedno lub najwyżej dwukondygnacyjnymi domami zamieszkanymi przed II wojną światową przez mniejszość żydowską. Wyjątkiem był tu jedynie „dom spółkowy”, stojący do dzisiaj, który posiadał trzy kondygnacje. Ówczesna ulica Ogrodowa nazwę swą zawdzięczała sąsiedztwie parku, a raczej lasku, który ciągnął się aż do dworca kolejowego, wypełniając przestrzeń dzisiejszych ulic, w kwartale pomiędzy ulicami Wąską (obecnie Borucha Szulmana), Przejazd (dziś P.O.W.) i Al. Dittricha (noszącą dziś nazwę Alei Partyzantów) i zamknięty od zachodu właśnie ulicą Ogrodową. Niska zabudowa domków czynszowych wypełniała praktycznie całą lewą stronę, aż do dzisiejszej ulicy Stefana Okrzei, dawnej Fabrycznej. Jedynie przechodniak na wysokości ulicy Wąskiej pozwalał przedostać się na skróty do Wiskickiej, głównej arterii Żyrardowa. Prawa strona, do skrzyżowania z ulicą Wąską, zabudowana była właśnie „domem spółkowym” oraz domem właściciela piekarni. Mieścił się tam również jedyny w Żyrardowie Bank Żydowski, na którego użytek zagospodarowana była parterowa część budynku przy Ogrodowej 6. Natomiast po lewej stronie, pod numerem 13, znajdował się młyn parowy Karola Witta właściciela kilku piętrowych domów czynszowych na Podblichu oraz w miejscu dzisiejszego parkingu rząd drewnianych domów łączących się właśnie z równoległą ulicą Wiskicką poprzez tzw. Przechodniak, czyli podwórko łączące dwie równoległe ulice.

Wiecznie zanieczyszczona i wąska dawna ulica Ogrodowa rozbrzmiewała bez przerwy głosami kupców, handlarzy oraz dziewcząt z usytuowanej tutaj szkoły żeńskiej panien Motylińskich, do której uczęszczały dziewczęta wszystkich wyznań, oprócz mojżeszowego, gdyż to, o ironio, nie było akceptowane przez konserwatywne i nieprzystosowane do ówczesnych czasów nauczycielki. Schludne granatowe sukienki i białe bluzki kontrastowały z wiecznie brudnymi kowalami z sąsiadującej kuźni, którzy uderzeniami ciężkich młotów nadawali rytm ulicy. Działania wojenne skutecznie przetrzebiły osiadłych tu mieszkańców. Zniknęli żyrardowscy Żydzi, a na ich miejsce pojawili się nowi lokatorzy. 
I to tutaj w nocy z 15 na 16 kwietnia 1959 roku, na drugim piętrze Żyrardowskich Zakładów Przemysłu Terenowego popularnej „Kartoniarni” wybuchł bardzo groźny pożar zagrażający praktycznie całej dzielnicy. Łatwopalne drewniaki oraz wąskie ulice spowodowały, iż potencjalne zagrożenie przeniesienia ognia na sąsiednie domy, a nawet ulice stało się jak najbardziej realne, zwłaszcza że sam budynek, wcześniej zakładu produkcji makaronu przylegał bezpośrednio do jednego z nich. Tuż po północy informacja o rozwijającym się pożarze dotarła do żyrardowskiej straży pożarnej, której pierwsze wozy dotarły już po kilku minutach. Rozpoczęło się gorączkowe poszukiwanie źródła ognia i najpewniej udało by się ugasić pożar w jego początkowej fazie zwłaszcza że dostęp do klatki schodowej był otwarty gdyby nie to, że strażakom skończyła się woda. Zanim znaleziono zastępcze źródło w pobliskiej wieży ciśnień, zanim podciągnięto węże, ogień rozszalał się na dobre. Drewniane stropy uległy spaleniu i w tym momencie pożar był praktycznie nie do opanowania. Jako, że kartoniarnia od samego początku narzekała na deficyt miejsca, czy to dla surowców, czy też już wykonanych produktów, praktycznie w każdym miejscu, nawet na klatkach schodowych zalegały tony łatwopalnych zapasów tektury, papieru, denaturatu, kalafonii czy skór. Łatwo można sobie wyobrazić jaka była to pożywka dla ognia. Kiedy zapadnięciu uległ dach niebezpieczne płomienie oraz unoszące się z wiatrem iskry, a także kawałki papieru zaczęły zagrażać wielu pobliskim domom. Spanikowani mieszkańcy opuścili swoje mieszkania zabierając naprędce co mogli. Kilkutysięczny tłum otoczył szalejący pożar patrząc z trwogą jak dwadzieścia jednostek straży pożarnej z Żyrardowa, Skierniewic, Mszczonowa, Grodziska Mazowieckiego, Pruszkowa, a nawet bracia zakonni z Niepokalanowa walczą z żywiołem. Pożar szalał i do tego stopnia rozgrzał ceglane mury, iż te w pewnym momencie zaczęły się przechylać grożąc zawaleniem. Ograniczony kubaturą budynku pożar po zapadnięciu dachu zagroził jednak całej dzielnicy, a rozwiewane iskry i niedopalony papier zaczął osiadać na pobliskich drewniakach. Tragedia na miarę Rzymu Nerona była tylko o krok. Mimo zagrożenia i niebezpieczeństwa wspinania się po pochyłych dachach co bardziej odważni mieszkańcy chcąc ratować swoje mienie wspinali się na dachy domów i lawirując niebezpiecznie dusili w zarodku tlące się kawałki papierów osiadające na poszyciu. Jakby tego było mało w oficynie kartoniarni zlokalizowana była stolarnia z tonami leżakującego suchego drewna i tylko sprawna i rzetelnie wykonana akcja gaśnicza uratowała dawną Dzielnicę Żydowską przed kataklizmem. W końcu po ośmiu godzinach akcji zduszono i ugaszono pożar, jednak kolejne kilka dni nadzorowano teren i dogaszano zgliszcza. Kartoniarnia uległa całkowitemu spaleniu. Miejscowa komenda MO od razu przystąpiła do działania ustalając przyczyny groźnego pożaru. W pierwotnej wersji podejrzewano przypadkowe zaprószenie ognia od porzuconego niedopałka papierosa jednak skala i szybkość rozprzestrzeniania się ognia nasuwały umyślne podpalenie.
Dziś, po dawnych czasach, pozostało jedynie kilka domów skupionych w północnej części, zamieszkałych przez tę grupę społeczeństwa Żyrardowa, która pozostała tutaj, głównie z powodu trudnej sytuacji materialnej, braku możliwości i perspektyw na lepsze życie.

środa, 27 lutego 2019

Epizod 152 - Co Karol Irzykowski robił w Żyrardowie


Żyrardów nigdy nie wydał na świat pisarza z prawdziwego zdarzenia. Mieszkał i tworzył tu oczywiście Paweł Hulka-Laskowski, ale jest to raczej osoba znana bardziej lokalnie niż w kontekście całego kraju. Poza tym był raczej tłumaczem niż stricte autorem, a znany jest chyba najbardziej z cenionego przekładu na język polski powieści o wojaku Szwejku. Z tego też powodu każda postać znana i ceniona na arenie krajowej, a mająca jakiekolwiek związki z Żyrardowem, choćby tylko w ostatnich chwilach swego życia, nadaje splendoru i pozwala zaistnieć miastu tak jak miało to miejsce pod koniec II wojny światowej ze znanym pisarzem i krytykiem literackim Karolem Irzykowskim, który najpewniej w mieście Dittrichów pojawił się jeden jedyny raz i miało to miejsce tuż przed jego śmiercią, która dosięgła go w żyrardowskim szpitalu i już na zawsze połączyła tę postać z miastem z czerwonej cegły.  Gdyby jednak nie znajomość ze wspomnianym Hulką-Laskowskim i desperackie szukanie pomocy nigdy Karol Irzykowski nie pojawiłby się z Żyrardowie. Mieszkał w Warszawie przy ulicy Nowowiejskiej 43 m 8 podczas wybuchu powstania.W październiku 1944 do Pawła Hulki-Laskowskiego dotarła kartka pocztowa , ale bez nadawcy.
Źródło:Życie Żyrardowa

„Leżę na barłogu… Gorączka… Karbunkuł na karku… Strzaskane udo w gipsie… Chciałbym… Jeśli możecie… Szpital Milanówek…” – to ostatnie słowa napisane przez Irzykowskiego. Pod koniec powstania na skutek nadmiernego przywiązania do swojej własności, mieszkania czy dóbr materialnych odmówił ewakuacji i podobnież stawił czynny opór co poskutkowało postrzałem w nogę. Przewieziono go wówczas do szpitala w Podkowie Leśnej, ale warunki w jakich przebywali tam leczeni ludzie urągały w każdym calu jakimkolwiek normom. W związku  z tym przyjaciele, wśród których był m.in. Jarosław Iwaszkiewicz przenieśli wyczerpanego i rannego do prowizorycznego szpitala w Milanówku zlokalizowanego w willi „Perełka” przy ulicy Grudowskiej 12. Ale również tam prowizorycznie zaadaptowany budynek na około sto osób był przepełniony rannymi z Powstania Warszawskiego oraz osobami z obozu przejściowego w Pruszkowie, zbyt mało lekarzy oraz brak medykamentów pogorszyły jeszcze bardziej i tak już ciężki stan Irzykowskiego. To stamtąd wysłał właśnie kartkę do dawnego przyjaciela, który po rozszyfrowaniu wpierw tekstu, a po wywiedzeniu się również nadawcę udał się do Milanówka i na platformie ciągniętej przez konie przetransportowali umierającego do żyrardowskiego szpitala. Niestety praktycznie wszystkie lazarety były przepełnione, również ten żyrardowski. Pisarza umieszczona na ogólnej sali wraz ze ściśle pilnowanymi przez niemieckich żandarmów rannymi powstańcami. Już podczas transportu Hulka-Laskowski mógł się przekonać, iż stan Irzykowskiego był bardzo ciężki. Strasznie wychudzony, zaniedbany, a do tego zawszony, umieszczony został na przepełnionej sali tuż obok dziecka chorego na dyfteryt. I tam niestety doczekał swojej śmierci, która nastąpiła 4 listopada 1944 roku. Jedni mówią, że bezpośrednią przyczyną zgonu było właśnie zarażenie się dyfterytem, inni że to skutek wyczerpania i ogólnego zakażenia organizmu. Nie ma to jednak większego znaczenia. Faktem jest, iż to tu właśnie w żyrardowskim szpitalu dokonał swego żywota Karol Irzykowski. Kilka dni później, w kościele Matki Bożej Pocieszenia, żyrardowskiej farze celebrowana została msza święta, a następnie kondukt żałobny ulicami miasta udał się na cmentarz miejski, gdzie został pochowany. Pisarz został odprowadzony przez ledwie siedem osób.
Źródło:polskie-cmentarze.com

O przyczynach śmierci pisarza możemy zaczerpnąć wiedzy m.in. z listu Pawła Hulki-Laskowskiego do Jarosława Iwaszkiewicza opublikowanego w 1978 roku z „Poezji”, a w którym czytamy:


„Wielce Szanowny Panie, piszę do Pana w imieniu córki ś.p. Karola Irzykowskiego, który umarł w szpitalu tutejszym po b. ciężkich cierpieniach spowodowanych złamaniem podudzia i karbunkułem, z którego ropa przedostała się do krwi, powodując zakażenie ogólne. Przed paru tygodniami Irzykowski zwrócił się do mnie, prosząc o pomoc, bo leżał w zaimprowizowanym szpitalu w Milanówku w warunkach opłakanych. Zrobiliśmy, co było w naszej mocy, aby Go ratować, niestety, wszystkie usiłowania lekarzy okazały się daremne.”


 Szybko jednak o nim zapomniano. Wielki wpływ miała na to przeprowadzka, a następnie śmierć Pawła Hulki-Laskowskiego w Cieszynie, gdzie osiadł.  Nie minęło kilka lat a zapomniany i nie pielęgnowany grób zarósł roślinnością i przesłonił pamięć o tejże postaci. Dopiero po trzynastu latach miejscowy dziennikarz podczas rozmowy z jednym z literatów podczas pobytu w stolicy, dowiedział się o tak znamienitej postaci, która spoczywa na lokalnym cmentarzu, a o czym nie miał pojęcia. Po wnikliwych poszukiwaniach udało mu się zlokalizować zaniedbany grób i po serii artykułów przypominających postać Karola Irzykowskiego grób wyczyszczono, a także odnowiono tablicę zmieniając jednak datę śmierci na 26 listopada 1944. Nie istotna jednak była data, a fakt, iż zwrócono w końcu uwagę na tą postać. Po kolejnych kilku latach udało się uczcić pamięć, stawiając pomnik z prawdziwego zdarzenia z wyrytym imieniem i nazwiskiem, a wszystko to dzięki Związkowi Literatów Polskich. Na stulecie urodzin pisarza pojawiła się nawet delegacja z Warszawy z wiceprezesem Oddziału Warszawskiego ZLP Edmundem Nizurskim. Pod koniec lat siedemdziesiątych dwie córki Karola Irzykowskiego rozpoczęły starania o przeniesienie szczątek do Krakowa, gdzie w 1981 roku, po ekshumacji, umieszczono je w grobie rodzinnym na cmentarzu rakowickim. Karol Irzykowski przyszedł na świat w Błażkowej, w Galicji, w dniu 23 stycznia 1873 roku w rodzinie szlacheckiej herbu Ostoja, która to zamieszkiwała folwark Jesiony odziedziczony po babci Karola Irzykowskiego, a matce jego ojca Czesława. Podupadający dworek i narastające długi rodzinne przyczyniły się do rozpadu małżeństwa i wyjazdu matki przyszłego pisarza, krytyka, stenografa, a także szachisty, Julianny z Ławrowskich wraz z córką do Lwowa, Karol natomiast pozostał  z ojcem i bratem u babki. Przez kolejne kilka lat uczył się w Brzeżanach, ale już w 1887 roku po ukończeniu szóstej klasy gimnazjum, przeniósł się do matki, gdzie dokończył gimnazjum oraz rozpoczął studia, których jednak nie udało mu się przebrnąć.

piątek, 21 lipca 2017

Epizod 151 - Dr Aleksander Szulc

Temat żyrardowskiej służby zdrowia to temat gorący i zawsze na czasie. Niekoniecznie z pozytywnego punktu widzenia. Mnogość specjalizacji i kierunków, wielu lekarzy, często niepochlebne o nich opinie. Tak niestety wygląda służba zdrowia w wielu miastach Polski. W tej sytuacji warto przypomnieć postacie dawnych medyków, którzy zapisali się w historii miasta jeśli nie złotymi zgłoskami to przynajmniej pozostawili na kartach historii Osady swoje ślady. Jednym z niezapomnianych i nieodżałowanych żyrardowskich lekarzy jest dr Aleksander Szulc, który praktykę w szpitalu rozpoczął w roku 1891 15-tego października od ambulatorium Zakładów Żyrardowskich. 
Dr. Aleksander Szulc urodził się w Warszawie w 1863 roku. W 1887 obronił tytuł na Uniwersytecie Warszawskim, aby następnie rozpocząć pracę w Katedrze Higieny. Kolejnym etapem przed pojawieniem się w Żyrardowie była asystentura w Klinice Chorób Wewnętrznych w Warszawie. Po pojawieniu się w Osadzie, przy bardzo szczupłej kadrze medyków otrzymał okulistykę oraz internę. Ponadto jako, że doskonale posługiwał się językiem niemieckim do jego obowiązków należała pomoc medyczna obcokrajowcom pracującym w zakładach. Wszak było ich zatrudnionych wielu na wyższych stanowiskach, czy to urzędniczych, kierowniczych, czy dyrektorskich. Dr Szulc jako osoba ambitna zaraz po przybyciu do Żyrardowa zajął się wraz z dr. W. Hay’em oraz dr A. Jawurkiem analizą i obserwacją stanu sanitarnego panującego w charakterystycznym środowisku robotniczym, co w efekcie końcowym przełożyło się na powstanie artykułu ogłoszonego w 1903 roku z „Zdrowiu” pt. „Cel i metodyka statystyki sanitarnej – Żyrardów pod względem sanitarno-statystycznym”. Przedstawia ona iście nowatorskie podejście. Przeanalizowane zostały przyczyny i liczebność zachorowań, liczebność zgonów oraz wysunięto wiele wniosków na temat ich przyczyn. Otóż wśród żyrardowskich robotników  prym zachorowań wiodły przypadłości związane z drogami oddechowymi (25,9%), narządów trawienia (21,2%), choroby zakaźne (12,3%)  a także chroby chirurgiczne (8,6%). Wynikało z tego, iż większość zachorowań związana była z trudnymi warunkami pracy. Zapylenie hal fabrycznych, duża wilgotność, zmiany temperatury, a do tego ciężkie warunki socjalne, przeładowanie mieszkań oraz niedożywienie i w ogóle fatalne odżywianie wpływały na zapadalność mieszkańców na często kończące się śmiercią powikłania.
Dr. Aleksander Szulc ponadto jako osoba mocno społeczna był członkiem i działaczem Towarzystwa „Wychowanie”, następcy zlikwidowanej w 1907 roku Macierzy Szkolnej, członkiem Rady Towarzystwa Wzajemnego Kredytu, które mieściło się w dzisiejszym banku. Po wybuchu I wojny światowej został członkiem założonego komitetu obywatelskiego prowadzącego m.in. cztery herbaciarnie, dwie jadalnie, dwa przytułki dla starszych osób. Podczas I wojny, po zamknięciu komitetu Obywatelskiego przez Niemców udzielał wsparcia miejskiej Radzie Opiekuńczej oraz obejmował stanowisko w Radzie Miasta podczas niemieckiej okupacji. Te jakże bogate życie zakończył 30 marca 1924 roku, a pochowany został na cmentarzu ewangelicko-augsburskim w Warszawie.