poniedziałek, 16 września 2019

Epizod 160 - Lucieńskie okrąglaki



     Jeśli Nowe Śliwno kojarzy się w Żyrardowie z kolonistami to Lucień koło Gostynina nad jeziorem Lucieńskim, a konkretnie niewielka wieś Miałkówek, to już typowy ośrodek wczasowy wybudowany od podstaw i przeznaczony dla pełnoletnich mieszkańców ceglanego miasta.

Zbliżał się rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty XX wieku. Już od kilku dziesięcioleci żyrardowskie dzieci co roku przybywały do niewielkiej, nadmorskiej miejscowości, dziś zlokalizowanej w obrębie Rewala. To tu zakłady żyrardowskie posiadały ośrodek kolonijny dla dzieci żyrardowskich robotników. Nie miały natomiast możliwości wysłania swoich pracowników na zasłużony, wakacyjny odpoczynek do własnego ośrodka, z tego też względu korzystały w dobrodziejstw innych fabryk. W związku z tym szybko ktoś wpadł na pomysł i przez pewniej okres na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku próbowano na terenie nadmorskiego ośrodka kolonijnego ulokować w jednym z budynków również dorosłych, ale eksperyment ten nie powiódł się z wielu względów.

Z tego też powodu już na początku lat siedemdziesiątych XX wieku postanowiono nabyć teren, najlepiej w jakimś uroczym miejscu i tam pobudować od podstaw typowy ośrodek wczasowy. Niestety reglamentacja produktów i półproduktów budowlanych oraz problemy z wykonawcą spowodowały, iż dopiero w czerwcu 1980 roku oddano do użytku pierwszy tzw. „okrąglak”. 6 czerwca tegoż roku nastąpił długo oczekiwany odbiór techniczny. Pierwsi zostali przyjęci emeryci i renciści w liczbie sześćdziesięciu osób. Jako, że teren nadal wyglądał jak teren budowy, dawni pracownicy pomagali przy pracach porządkowych a w zamian za to, koszt pobytu pokryła Rada Zakładowa. Jak już nadmieniłem w początkowej fazie czynny był tylko jeden „okrąglak” z dwudziestoma siedmioma trzyosobowymi pokojami z ogrzewaniem akumulacyjnym, dość niekonwencjonalnym ale wygodnym dla wczasowiczów, którego zastosowanie miało niestety odbić się negatywnie na funkcjonowaniu ośrodka w późniejszych latach. Ale tym tematem nikt się zbytnio nie przejmował w latach osiemdziesiątych. Tuż obok znajdował się mniejszy „okrąglak” z jadalnią, świetlicą i salami telewizyjnymi. Nadal jednak istniały palące potrzeby doposażenia kuchni, jadalni oraz pokoi mieszkalnych. Pierwszą kierowniczką nowopowstałego ośrodka została mieszkanka pobliskiego Gostynina pani Bożena Kuć.

Jako, że miał to być kompleksowy ośrodek nie tylko przyjmujący letników w komfortowych warunkach, ale również mniej wymagających biwakowiczów, wydzielono tam również pole namiotowe. Początkowo użytkownicy pola biwakowego pozbawieni byli ciepłej wody, ale zostało to szybko poprawione. Niestety jak to było w PRL-u wszędzie widoczne były niedoróbki. Ot choćby na polu namiotowym nie wzeszła trawa i ponad sto stanowisk musiało być ulokowane na surowej ziemi. Również boiska sportowe nie zostały oddane do użytku. Także wodne atrakcje ośrodka, mimo zatrudnienia już ratowników nie zostały wykończone na czas, w związku z czym nie było możliwości korzystania u uroków pobliskiego jeziora. Hangar dla sprzętu nadal nie miał stropu z braku prefabrykatów, a co za tym idzie nie było również kawiarenki, którą planowano zlokalizować na dachu hangaru. Także atrakcje wodne, zwłaszcza  w początkowej fazie funkcjonowania nie były w pełni dostępne, ot choćby z powodu nie ustosunkowania się do poziomu zanieczyszczeń jeziora. Gotowe natomiast było już molo oraz kilka kajaków do użytkowania przez wczasowiczów.

Z ośrodka w Lucieniu planowano korzystać aż do października i w każdym sezonie miało to być około pół tysiąca osób, oczywiście bez turystów indywidulanych przybywających z własnymi namiotami. Nadal nie dokończone jednak były dwa pozostałe „okrąglaki”, które stały w stanie surowym otwartym i nie wiadomo było czy i kiedy dostarczone zostaną materiały na ich wykończenie.

Doskonale spuentowano ten stan na łamach „Życia Żyrardowa”. „Komfort na placu budowy”, gdyż nie dało się ukryć, iż ośrodek to nadal wielki plac budowy. Mimo, iż cześć terenu odgrodzono parkanem to i tak na tym oddanym do użytku fragmencie walały się materiały budowlane, zajmując także teren planowanego parkingu. Oddany do użytku pierwszy okrąglak był jednak bardzo komfortowy. Z własną całodobową ciepłą wodą, centralką telefoniczną i aparatami na każdym piętrze. Wszystkie budynki połączono zadaszonymi korytarzami co nadawało wiele komfortu w poruszaniu się po terenie podczas niepogody, choć zdarzało się przeciekanie sufitu w jadalni. Prestiżu dodawały takie detale jak kolor okrąglaka, który był identyczny z wystrojem w środku, lniane tkaniny na ścianach, a sama przeszklona struktura budynku dawała mnóstwo światła. Po kilku miesiącach udało się oddać do użytku pozostałe „okrąglaki”, pole namiotowe oraz wszelkie udogodnienia zwłaszcza te zlokalizowane nad jeziorem. Dla lokatorów i przebywających na wczasach rozpoczął się okres komfortu i wypoczynku, co można było poświadczyć nawet za granicą, gdyż z roku na rok coraz więcej turystów w Niemiec czy Rosji korzystało z przyjemności przebywania nad śródlądowym jeziorem w centrum Polski. Wkrótce, w ramach zajęć fakultatywnych, zaczęto organizować wycieczki do Płocka i po ziemi kutnowskiej. W sali rekreacyjnej zainstalowano czarno-biały telewizor oraz szafę grającą, która często jednak była nieczynna. Kiedy pojawił się kolorowy telewizor oraz otwarto bufet z ciastkami, czarną kawą i napojami ośrodek odbierany był jako naprawdę luksusowy. Do tego bogato wyposażona kuchnia dostarczała smakowitych posiłków wytwarzanych pod batutą szefowej kuchni pani Zofii Piekarskiej.

Część wodna, do której można było się dostać wychodząc głównym wejściem, następnie przez krótki odcinek lasu sosnowego, początkowo wyposażona była w dwadzieścia siedem kajaków i dwie łodzie. Wkrótce pojawiły się rowerki wodne. Niestety kąpielisko z powodu wycieku ropy naftowej zostało zamknięte w pierwszym roku działania ośrodka. Brały natomiast ryby, a i na grzyby wielu wczasowiczów się wybierało.

Tak jak w przypadku ośrodka kolonijnego to również fundusz zakładowy dopłacał do wyjazdów w zależności od zarobków, pokrywając nawet do 70% kosztów. Przez kierownictwo zakładów preferowanym okresem wyjazdów robotników był oczywiście okres lipca, kiedy to w fabryce remontowano maszyny i spuszczano wodę ze stawu.

Lata 1985-1990 można uznać za szczytowe. Wówczas odbywało się siedem turnusów rocznie po 270 miejsc na każdym z nich.
Kiedy nadeszły czasy gospodarki rynkowej ośrodek głównie z powodu braku centralnego ogrzewania przestał być rentowny. Jednak jeszcze w latach 90-tych oraz na początku XXI wieku organizowano turnusy wypoczynkowe, ale zaczęto organizować również bale sylwestrowe oraz pobyty noworoczne, co ogłaszano w lokalnej gazecie. Wynajmowany był również na spotkania służbowe i sporadyczne konferencje i jeszcze jako tako spełniał swój cel, natomiast po latach zaniedbań i braku remontów, ale głównie z powodu braku centralnego ogrzewania zupełnie nie nadawał się do dłuższych pobytów, zwłaszcza w miesiącach wiosennych i jesiennych.
Kilkukrotnie wystawiany na sprzedaż w końcu doczekał się zmiany właściciela i od 2017 roku zarządzany jest przez Urząd Gminy w Gostyninie. Dziś jednak to miejsce opuszczone i skrajnie zaniedbane. Jeszcze niedawno na teren można było się dostać przez jedną z wielu dziur w ogrodzeniu. Zostały one jednak załatane,a brama wjazdowa zamknięta na solidną kłódkę. Nie zmienia to jednak faktu, iż nic już chyba nie uratuje zdewastowanego ośrodka, który rozsypuje się w oczach. Ogromny i niestety negatywny wpływ miało niezdrowe zainteresowanie tymże terenem przez pseudo odkrywców opuszczonych miejsc, którzy tak rozreklamowali ośrodek na swoich profilach i stronach internetowych, iż stał się on celem wielu "wycieczek". I gdyby tylko przyjeżdżali, fotografowali i wyjeżdżali. Dodatkowo krok za „turystami” podążyli wandale. W przeciągu dwóch lat ośrodek z opuszczonego, ale jakby zatrzymanego w czasie stał się areną jak po przejściu huraganu. To czego nie udało się ukraść lub nie miało wartości zostało zniszczone. Wybito praktycznie wszystkie szyby, połamano meble, wyłamano drzwi. Rozprute poduszki i połamane wyposażenie walają się po całym terenie ośrodka. Materiały ze ścian zerwano, a przepierzenia potraktowano ciężkimi narzędziami. I jeśli jeszcze kilka lat temu można było mieć nadzieję, iż urzędnicy w końcu dogadają się i zagospodarują teren, dziś patrząc na faktyczny stan nadzieja bezpowrotnie zgasła.

czwartek, 12 września 2019

Epizod 159 - Wspomnienia z Rewala


Każdy liczący się zakład przemysłowy epoki PRL zarządzał własnym ośrodkiem wczasowym bądź kolonijnym, gdzie rok w rok rzesze dzieciaków czy też dorosłych korzystały z tej formy wypoczynku, wyjeżdżając podstawionymi przez zakład Berlietami, czy Autosanami bądź też koleją do najdalszych zakątków Polski. Niczym szczególnym i wyjątkowym były trzytygodniowe turnusy, gdzie znaczną część kosztów ponosił fundusz zakładowy, będący wielkim odciążeniem często bardzo napiętego budżetu domowego,a dofinansowania na kolonie dla dzieci udzielano nawet w wysokości osiemdziesięciu pięciu procent.
Same zapisy na kolejny turnus realizowano w wyprzedzeniem często dwu, czy trzyletnim, ale tak po prostu się wtedy żyło. Od wakacji do wakacji. Wielkimi szczęśliwcami były dzieciaki, których choć jeden z rodziców pracował w zakładach. Z jaką wówczas zazdrością, po powrocie z wypoczynku, spoglądały i słuchały wspomnień te dzieci, którym nie dane było cieszyć się ze tego typu zorganizowanych wyjazdów czy to w góry, czy nad morze, choć nad samym morzem ośrodki wypoczynkowe miały tylko wybrane, te najprężniejsze i najbardziej znane zakłady przemysłowe Polski.
Żyrardowskie dzieci były tymi szczęśliwcami, gdzie z powodzeniem na arenie polskiej, ale również międzynarodowej prosperował jeden z większych zakładów przemysłowych, czyli pamiętne Zakłady Lniarskie, choć sama nazwa zmieniała się z dwuczłonowej nawet na cztero. Kiedy w mieście lub na lokalnych forach czy fun page’ach wspomina się o czasach PRL-u oraz formach wypoczynku, pierwsze co przychodzi na myśl to ośrodek kolonijny w Nowym Śliwnie koło Rewala, który nie tak dawno został sprzedany przez Urząd Miasta w Żyrardowie. Część rozmarzonych i emocjonalnie związanych z tamtymi czasami, a także zdegustowanych osób z irytacją w głosie uważa że za bezcen. Abstrahując jednak od tych dywagacji ośrodek ten corocznie przyjmował trzy turnusy nie tylko żyrardowskich dzieciaków, zapewniając im wypoczynek i niezatarte przez bieg czasu wspomnienia.
Otwarty został w roku 1953 jako ośrodek kolonijny Żyrardowskich Zakładów Przemysłu Lniarskiego im. Rewolucji 1905 roku i był największym ośrodkiem w okolicy. W roku 1957 pobudowano na miejscu nową łaźnię, którą ulokowano w starym budynku oraz postawiono oszklony „grzybek” z przeznaczeniem na letnią jadalnię. Dbając o komfort dzieciaków dostarczono nowe materace oraz kołdry. Ponadto odnowiono korytarze, pokoje, a także pomalowano okna i drzwi. Do personelu  obsługującego ośrodek kolonijny zatrudniano głównie pracowników żyrardowskich zakładów, którzy zajmowali się dziećmi jako wychowawcy. Kierownikiem w pierwszych latach mianowano pana Kapeusia, zaś za zaopatrzenie i kontakty z tubylcami odpowiadała pani Frankowska. Wszystko było jak w rodzinie. Pokonanie trasy około 600 kilometrów niejednokrotnie zajmowało ponad szesnaście godzin. Dzieci dojeżdżały przemęczone i znużone, ale otoczenie oraz  bliskość polskiego morza rekompensowały te niekończące się godziny spędzone w autokarze lub dalekobieżnym pociągu. W początkowych latach funkcjonowania ośrodka korespondencji lokalnej gazety co roku wybierali się nad morze, przeprowadzali wywiady, sondy, aby następnie w dobrej wierze piętnować leniwych wychowawców i pracowników obsługi, z których niektórzy myśleli, żiż przyjechali na wakacje, a nie do pracy.
Początkowo pięć pięknych willi usytuowanych na klifowej skarpie, uznawano za jeden z najładniejszych i najlepiej wyposażonych w ówczesnym województwie szczecińskim. W roku 1960 zbudowano szóstą, założono ogródki jordanowskie z huśtawkami, zjeżdżalniami, drabinkami oraz stojakami gimnastycznymi. Wille ogrodzono siatką drucianą, ponownie wyremontowano pokoje i korytarze, a także zbudowano schody wiodące na plaże. Co roku kolonie odwiedzali notable z miasta oraz dyrekcja zakładów.
Każdy z budynków miał oczywiście swoją własną nazwę oraz indywidualne przypisanie. „Rusałka” przeznaczona była dla starszych dziewczyn, „Fala” dla młodszych dziewczynek ,Świetliczanka” dla starszych chłopców, „Sielanka” dla młodszych chłopców. Była jeszcze „Syrenka”  i „Mewa” przeznaczona dla obsługi i kadry.
Pod koniec lat 50-tych w „Świetliczance”, jednej z willi, postanowiono ulokować pracowników zakładów w formie zorganizowanych wczasów. Około osiemdziesiąt osób przybywało na 2-tygodniowe turnusy. Był to jakoby eksperyment, gdyż wczasowicze musieli dostosować się do regulaminów kolonijnych znacznie bardziej rygorystycznych od wczasowych i niejednokrotnie zdarzało się, iż osoby po kilku godzinach wyjeżdżały. Część wpadała również na pomysł przyjazdu za swoimi dziećmi, wprowadzając ogólny zamęt na terenie ośrodka, poprzez permanentne ingerowanie w pracę wychowawców, zwracanie uwagi i przesadną troskę o własne pociechy, toteż proceder ten po kilku latach ukrócono, rezygnując z łączenia kolonii z wczasami.
Niedługo po uruchomieniu ośrodka w Nowym Śliwnie podpisano umowy z innymi zakładami przemysłowymi na terenie Polski wychodząc z niebagatelną kartą przetargową w postaci wymiany pomiędzy zakładami i udostępnianiu części miejsc dla dzieci z innych regionów Polski. W ten oto sposób żyrardowskie dzieci mogły zawierać znajomości z rówieśnikami z Czechowic, czy Bielska Białej. W zamian np. Walcownia Metali Czechowice udostępniła w Szczyrku miejsca dla dzieci z Żyrardowa, w zamian za przyjęcie 190 dzieci na dwóch turnusach. W 1958 roku rozszerzono wymianę i dogadano się z zakładami Lenk z Bielska Białej. W początkowych latach funkcjonowania ośrodka na miejscu dostępny był lekarz, pani Teresa Grot, później zastąpiony zespołem pielęgniarskim. Od 1959 roku, po interwencjach zdegustowanych rodziców dzieci, które przez pierwsze kilka lat nie miały możliwości korzystania z nadmorskiego ośrodka, o tym gdzie i które dzieci pojadą miał decydować lekarz. Również w 1959 roku nastąpiła zmiana kierownictwa ośrodka. Mianowanie otrzymał niezapomniany pan Lech Czerwiński. Zaproponowano również odmłodzenie kadry zatrudniając do opieki nad dziećmi, studentów. Istotne znaczenie w planowaniu wyjazdu oraz pobytu dzieci dotyczyło wyżywienia. Kierownik zaopatrzenia niejednokrotnie, dosłownie stawał na głowie, aby sprowadzić do ośrodka towary deficytowe, o czym rozpisywała się oczywiście lokalna prasówka partyjna podkreślająca przedsiębiorczość kadry, ale również nie mająca obiekcji do krytykowania wad i zaniedbań zastanych na miejscu.
„Wyżywienie smaczne. Makaron polewany śmietana z jagodami, z owoców porzeczki, jagody agrest, czy czereśnie. Cztery syte posiłki, a na nie zupy warzywne, owocowe. Potrawy mleczne, bułki z masłem, kisiele, budynie, kakao, pierniki.” Wszystko to w pocie czoła sprowadzano z okolicznych wsi, gospodarstw, czy targowisk gdzie personel wybierał się na łowy. Rozwijano również dalej współpracę z innymi zakładami, dzięki czemu do ośrodka przyjeżdżały dzieci nie tylko z Żyrardowa, ale również Czechowic, Kamiennej Góry, Lubawki i Mysłakowic.
Teren ośrodka w XX międzywojennym Źródło:FotoPolska
Pobyt dzieci miał być niezapomniany i wyjątkowy, dlatego też w ramach wszelakich akcji, organizowano konkursy na najlepszy porządek, czy posłuszeństwo. W nagrodę dzieci jeździły do pobliskich Międzyzdrojów lub Szczecina. Organizowano również wycieczki do Trzęsacza lub do Niechorza. Czas pobytu dzieciom na kolonii umilały filmy wyświetlane na własnym projektorze oraz dostęp do biblioteki, choć książek nie było zbyt wiele. Uczono się tańczyć przy adapterze, a zajęcia prowadziła pamiętna p. Frankowska. Organizowano turnieje w piłkę ręczną z innymi koloniami. Na każdym z trzech turnusów przebywało około 210 dzieci. Z nostalgią wspominamy piękne tereny, bliskość morza. Zdarzało się, iż najpierw  dane osoba przyjeżdżała jako dziecko przez cały okres szkoły podstawowej, aby po kilkunastu latach zawitać już jako wychowawca.
Mijały lata, a przez ośrodek przewijały się kolejne roczniki żyrardowskich dzieci. Niejednokrotnie kilka razy w swoim życiu lub przez cały okres błogiego dzieciństwa. Zmieniali się wychowawcy, ale ośrodek trwał, choć coraz bardziej odstawał od standardów tak wyposażenia jak i ogólnych warunków bytowania. Budynki jedno i dwupiętrowe, duża stołówka wraz z zapleczem kuchennym. Budynki nieremontowane od lat podupadały, choć nadal oferowały pokoje 2, 3,4 5-osobowe. W ośrodku nadal jednak brakowało natrysków, a mycie w łaźni znajdującej się z „Fali” potocznie zwanej „Krematorium” odbywało się tylko raz w tygodniu. I tak to trwało do 1993 roku, kiedy to Urząd Miasta Żyrardowa wydzierżawił ośrodek od zakładów.
Pod koniec funkcjonowania ośrodka kierowniczką wielu kolonii była Grażyna Ceglińska, Władysława Łada odpowiedzialna była za administrację, Wiesława Stan za zaopatrzenie, a Marek Kwiatkowski pełnił rolę instruktora KO. Odbywały się ogniska, konkursy rzeźby z piasku, Neptunalia, maratony tańca, festiwal piosenki, konkursy tańca disco, wybory miss i mistera kolonii, noc cudów, podchody czy dyskoteki. W ramach integracji dzieci robiły herby domów przed budynkami. Warto wspomnieć, iż w latach 80-tych i 90-tych wychowawcami byli m.in. Wanda Kowalska, Mieczysława Kalińska, Alicja Kwiatkowska, pani Janiszewska, pani Iwanek, pan Dzwonkowski, później pani Rusinowska, pani Marzęda, pan Marek Kwiatkowski jako osławiony kaowiec, a także pan Sławomir Suski. 

Ośrodek nadal przyjmował w swoich ścianach kolejne dzieci z czerwonego miasta, ale działo się to wbrew rachunkowi ekonomicznemu, logice i bardziej brały górę chyba względy sentymentalne niż realny stan. Ośrodek, który ostatni raz remontowany był w latach 70-tych XX wieku podupadł na tyle, że od 2006 roku, po inspekcji sanepidu, przestał być klasyfikowany jako ośrodek wypoczynkowy, ale o zgrozo jako noclegownia. I w końcu stało się to co było nieuniknione. Ostatnie kolonie odbyły się w 2015 roku pod znamiennym hasłem "Pożegnanie z Rewalem". W 2016 roku historia zatoczyła koło i po wielu miesiącach prób ośrodek został sprzedany. Jeden z symboli Żyrardowa przestał istnieć.
Dziś na terenie dawnego ośrodka pozostała jedynie zniszczona i zaniedbana willa "Sielanka". Resztę budynków zburzono, a na części ośrodka powstaje nowe osiedle mieszkaniowe. Smutny to widok, zwłaszcza dla tych, którzy wakacje swojego dzieciństwa spędzali przy ulicy Klifowej. 

Artykuł ten nie powstałby, gdyby nie pomoc i informacje uzyskane od wielu osób, którym na sercu leży zachowanie w pamięci tamtych beztroskich lat. Szczególne podziękowania kieruję do Gosi Simińskiej, Agnieszki Baładzińskiej, Marzeny Godlewskiej, Beaty Olczyk-Pawlikowskiej, Anny Lewandowskiej, Bożeny Kowalskiej, Jacka Marczaka, Agnieszki Łabenckiej, Radosława Kowalskiego, Edyty Byszuk oraz Henryka Palucha.