czwartek, 23 stycznia 2020

Epizod 165 - Czy istnieje podziemny Żyrardów?


O tajemniczych tunelach ciągnących się pod miastem słyszał praktycznie każdy mieszkaniec Żyrardowa, widziało jednak niewielu, a i tak relacje tych nielicznych otoczone są aureolą niepewności i niedopowiedzeń. Ale one tam są, niektóre wysokości dorosłego mężczyzny i szerokości takiej, że przy rozłożonych ramionach nie dotkniesz ścian. Długie tunele i obszerne komory, gdzieś po stopami przechadzających się w nieświadomości przechodniów. Opowieści coraz to mniej licznych, starszych mieszkańców rysują nam obraz podziemi jako rozgałęzionej sieci tuneli prowadzącej do wielu budynków i lokacji na terenie dawnej Osady Fabrycznej, ale nie tylko.
            Cała ta historia związana jest ściśle z zakładami żyrardowskimi, których techniki produkcyjne wymagały ogromnych ilości wody bieżącej, wody którą dostarczała niezastąpiona Pisia Gągolina przepływająca kanałem przez teren zakładu, tworząc sztuczny staw na terenie przędzalni i drugi na Bielniku oraz właśnie owe kanały. W jakim celu, trudno powiedzieć. Jednak w świadomości żyrardowskiej starszyzny takie kanały istnieją. 
          Według najbardziej znanej żyrardowskiej legendy istnieje przejście łączące willę Karola Dittricha juniora, dzisiejsze muzeum, z pobliskim Kantorem, czyli siedzibą zarządu Towarzystwa Akcyjnego Zakładów Żyrardowskich. Otóż podobno stary Dittrich zaskakiwał swoich kancelistów nagłym pojawieniem się w Kantorze, sprawdzając czy rzetelnie i sumiennie pracują. Legenda rzeczywiście osobliwa, aczkolwiek oderwana od ówczesnej rzeczywistości, gdyż fakt taki był z samego założenia nierealny i niemożliwy, gdyż jak wiemy Kantor został wybudowany właśnie dla Towarzystwa Akcyjnego Zakładów Żyrardowskich i oddany do użytku w 1885 roku, kiedy to starego Dittricha nie było już w Żyrardowie. Mocno schorowany przebywał wtedy w Krasnej Lipie. czekając na nieuchronnie zbliżającą się śmierć, która dosięgnęła go rok później. Jednak czy zawsze trzeba podchodzić do słowa mówionego i przekazywanej z pokolenia na pokolenie legendy  aż tak rzeczowo?

       Również pod dzisiejszym placem Jana Pawła II prawie na pewno przebiegają tunele prowadzące do podziemi żyrardowskiej fary. Jednak te podziemne przejścia są niczym w porównaniu z  najdłuższym z nich kończącym się podobno aż przy dawnym domku letniskowym Dittrichów gdzieś pod lasem sokulskim.
        Historia trochę inaczej ma się z całym Bielnikiem, który poprzecinany jest podziemnymi kanałami, te jednak miały charakter typowo przemysłowy i służyć miały odwodnieniu terenu. O ich istnieniu przypominają nam przeprowadzane od czasu do czasu wykopy, które odkrywają naszym oczom fragmenty tychże konstrukcji budowlanych skrytych pod grubą warstwą ziemi.
         Z opowieści tych szczęśliwców, którzy kanały widzieli możemy się dowiedzieć, iż tunele zalane są wodą sięgającą nie wyżej niż do kolan, wodą krystalicznie czystą i przejrzystą jakby przepłynęła przez nie jeden filtr.
       I wreszcie pod słynnym Pałacykiem Tyrolskim, czy też niedaleko sąsiadującego z nim budynku administracji znajduje się podobnież obszerna sala będącą odgałęzieniem jednego z kanałów, komora tak obszerna, iż mogłaby spokojnie posłużyć jako sala balowa, a może rzeczywiście służyła? W końcu pałacyk pamięta jeszcze dawne czasy, kiedy to miasto Dittrichów odwiedzali przeróżni przedsiębiorcy goszczeni przez właścicieli na spotkaniach biznesowych, czy bankietach.

Wertując niezliczone dokumenty znajdujące się w grodziskim archiwum, natrafiłem chyba rozwiązanie nurtującej od  lat zagadki tunelów, ich długości, ilości i co najważniejsze wysokości. Wszak od wielu osób słychać informacje, że tworzyły one nieraz całkiem pokaźnych rozmiarów pomieszczenia podziemne.

W roku 1935 powstał na zlecenie Zakładów Żyrardowskich komplet dokumentacji przedstawiającej profile kanałów wraz z ich wysokością i szerokością oraz ich rozmieszczeniem w terenie. I rzeczywiście oplatały one miasto dochodząc aż do farbiarni na Bielniku z jednej strony i ciągnął się do Roszarni lnu gdzieś pod łąkami korytowskimi. Dodatkowo nie opuszczając podziemi można było teoretycznie dostać się z Bielnika do Kantoru, Resursy, a nawet nadkładając trochę drogi do Nowej Przędzalni i Ochronki. Niestety zgodnie z wyrysem nie było bezpośredniego dostępu do kościoła Matki Bożej Pocieszenia na placu. Niektóre kanały były bardzo wąskie, 35 centymetrowe, ale niektóre odcinki posiadały podziemne drogi, w których od biedy mogliby przejść ludzie, choćby na kuckach. Wszak 85 cm szerokości i metr wysokości wystarczy, aby w miarę spokojnie przemierzyć taki tunel.I rzeczywiście można byłoby przedostać się tunelami bezpośrednio z Bielnika do roszarni, gdyż ten ciąg jest opisany dokładnie. Jeśli chodzi natomiast o kanały pod centrum miasta tu sprawa wygląda trochę inaczej. Część kanałów miała tylko 35 centymetrów wysokości i tu jedynie pies mógłby się przecisnąć, aczkolwiek do kategorii innych zostały również zaliczone kanały o wysokości 1,2 metra co już daje nam spore pole do popisu. Które jednak z nich były tymi umożliwiającymi teoretyczne pokonywanie drogi podziemiami? Trudno wywnioskować z grubości linii na planie, choć rzeczywiście część z nich wydaje się nieco szersza. Te pod placem, pod ulicą Limanowskiego, prowadzące do Domu Ludowego.
   

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Epizod 164 - Józef Procner - zupełnie przypadkowy burmistrz


fot. "Pamiętniki Józefa Procnera"
Pierwszy burmistrz Żyrardowa. Jak dumnie to brzmi. Taka nobilitacja i stanowisko już na zawsze wpisuje postać Józefa Procnera w annały czerwonego miasta. Główna aleja na cmentarzu miejskim. Sektor A. Ulica w północnej części miasta. Może na razie tylko przez park i piaszczysta, ale jest. Postać historyczna.
Trzeba jednak pamiętać i być świadomym, iż w tej historii jest wiele przypadku i szczęścia. Otóż kiedy wojska niemieckie zbliżały się nieubłaganie do Żyrardowa, Rosjanie w pośpiechu opuścili osadę, kierując swoje oddziały w stronę Mszczonowa. 18 IV 1915 roku oddziały niemieckie pod dowództwem rotmistrza von Armin’a opanowały Żyrardów. Józef Procner, który dzień wcześniej tylko sobie znanymi sposobami wrócił z Warszawy do Żyrardowa, z Warszawy gdzie został wysłany i jak się szybko okazało, nie miał możliwości powrotu koleją, przechodził ulicą Parkową (dziś Armii Krajowej) kierując się na róg ulic Bielnikowej i Wiskickiej, gdzie znajdowała się siedziba Kwatermistrzów, do których należał. Spieszno mu było, aby zniszczyć dokumentacje przed przejęciem jej przez Niemców. Spostrzegł wówczas kilku oficerów niemieckich przemierzających ulice z planem Żyrardowa w dłoni, lustrujących okolice, planem który przed kilkoma dniami widział Procner na własne oczy w zakładach. Zainteresował się co też planują okupanci, podszedł i po niemiecku zaproponował pomoc, z której podobno Niemcy skorzystali.  
        Kiedy tego samego dnia wieczorem rotmistrz pojawił się niespodziewanie w Domu Ludowym, gdzie odbywało się walne zebranie około 400 osób pod przewodnictwem dr. Tokarskiego i księdza Taczanowskiego, na którym właśnie powoływano milicję obywatelską do utrzymywania porządku w mieście, do której został wybrany również Józef Procner jako zastępca komendanta Polkowskiego i ten oto von Armin przedstawił listę dwunastu paragrafów nakładających kontrybucję na miasto, na sali zapanowała konsternacja. Przedstawione pismo odnosiło się do miasta Żyrardów, a przecież Żyrardów miastem nie był.
fot. "Pamiętniki Józefa Procnera"
Gdyby Procner nie zagaił rotmistrza, tegoż samego dnia wcześniej, nie wychylał się spośród tłumu, ten nie wpisałby jego nazwiska na dokumencie pieczętując zwykłym ołówkiem powołanie Procnera na pierwszego burmistrza Żyrardowa. Ruchem tym zobowiązał go jednak do jak najszybszego, ale nie dłużej niż w przeciągu trzech dni, stworzenia granic miasta, nowego miasta.
       

      Procner zabrał się od razu do pracy. Razem ze swoim synem Bronisławem rozrysowali przyszłe granice, obejmując obszar zamieszkany przez około 30 tysięcy osób oraz zajmujący sześć wsi. Nowo określone granice obejmowały Osadę Fabryczną, Rudę, Podlas, Marjampol, część Teklinowa oraz Bieganów i Papiernię z Parkiem Ludowym. W granicach miasta został ujęty również folwark z browarem, garbarnia Schmidtów oraz trzy cmentarze.
      
       Zadanie to Procner wykonał bez najmniejszego zarzutu stając się tak oto pierwszym burmistrzem Żyrardowa oczywiście z niemieckiego nadania. Niestety cały ten moment w historii miasta nie został szczegółowo opisany w literaturze, a praktycznie jedynym źródłem, jakim możemy się posiłkować, są pamiętniki głównego zainteresowanego, które wnoszą, mimo swojego oczywistego subiektywizmu oraz podeszłego wieku pisarza w momencie ich tworzenia, niezaprzeczalny i wiele znaczący wkład w ustalenie okoliczności w jakich Żyrardów stał się miastem.
Procnerowi jako pionierowi Żyrardowa jako miasta przypadła bardzo niewdzięczna i trudna rola. Jako społecznik znał trudy i problemy życia w Żyrardowie, dlatego też czynnie zaangażował się w choćby niewielką poprawę bytu ludności. Pomagał obywatelom podczas załatwiania spraw urzędowych, pisał i redagował wnioski i pisma, ale będąc niestety w opozycji do okupanta niewiele mógł zdziałać. Żyrardów znajdujący się praktycznie na linii frontu niezwykle ucierpiał podczas działań wojennych. Panował w nich chaos, bieda i głód. Wielu mieszkańców opuściło granice przyszłego miasta szukając pomocy i lepszego życia w innych częściach okupowanej Polski. Procner starał się jak mógł wykorzystując swoje znajomości. Brał również udział w utworzeniu zarządu miasta składającego się z kilku ławników oraz założył sąd prowizoryczny. Dla poprawy stanu kasy miejskiej wprowadził podatek drogowy za przejazd przez miasto stawiając na krańcach rogatki pilnowane całą dobę, zwłaszcza, że największy ruch był w godzinach wieczornych i nocnych.
fot. "Pamiętniki józefa Procnera"
Mijały miesiące i sytuacja stawała się coraz trudniejsza. Okupant wzmacniał kary, niejednokrotnie skazując nawet na śmierć. Procner dość często stawał w opozycji do działań okupanta, dlatego też na początku 1917 roku Niemcy przysłali do miasta nadburmistrza, którym został wpierw kapitan Geiss, a po kilku miesiącach Pruffer, wspominany jako "niezła kanalia", a następnie jeszcze inny o nazwisku Hertsch, przez co Józef Procner zszedł jakby na drugi plan, a wszelkie decyzje musiał konsultować i czekać na aprobatę Niemców. Odzyskanie niepodległości to praktycznie koniec dla Józefa Procnera jako włodarza miasta. Nowe władze szybko, bo już na trzeci dzień wybierają "swojego burmistrza" mianując nim Stefana Millera, który na skutek swojej chwiejności i lękliwości w podejmowaniu decyzji zostaje zastąpiony po kilku miesiącach przez jeszcze bardziej politycznego Jakuba Wołoszyna, który nieszczęśliwie dla siebie zaraził się tyfusem i wkrótce zmarł. Józef Procner znów przez kilka tygodni pełnił funkcję burmistrza, ale przybycie Rajmunda Jaworowskiego zakończyło ten krótki okres urzędowania. Zaproponowano mu nawet burmistrzowanie w Gostyninie, ale kiedy pojawił się na miejscu okazało się, że to tylko praca tymczasowa, może na rok i pozbawiony dłuższych perspektyw powrócił do pewniejszej, urzędniczej posady w zakładach żyrardowskich. Niemniej aż do 1926 pracował w Magistracie na stanowiskach urzędniczych.

Józef Procner urodził się w 1864 roku. Dzieciństwo i młodość spędził w Niwce tuż przy ówczesnej granicy. Do niemieckiego gimnazjum chodził w Mysłowicach, gdzie nauczył się, z oczywistych powodów języka niemieckiego. Początkowo pracował w Warszawie i Wilnie, a gdy zamieszkał w Żyrardowie przenieśli się tam jego rodzice. W 1896 zmarła jego matka Aleksandra z Duchanowskich Procner i została pochowana na żyrardowskim cmentarzu.
    Już w wieku 20 lat, pracował w Zakładach Żyrardowskich i czynnie reprezentował fabrykę również poza granicami kraju. Biorąc pod uwagę prawie pięćdziesięcioletni staż zawodowy Józef Procner osobiście poznał właściciela fabryki Karola Dittricha jr, czy to pracując jako kierownik sali deseni i wzorów, czy składu fabrycznego, czy jako zastępca kierownika w Warszawie i Wilnie. Józef Procner odbył również dwie podróże handlowe odwiedzając m.in. Piotrków, Brześć Kujawski, Wilno, Szawle, Libawę, Mitawę, Poniewież, Kowno, Mińsk, Kijów, Baranowice czy Sławutę. Najmilej i najlepiej jednak wspominał kilkumiesięczny pobyt we Wiedniu.
  
Józef Procner to jednak nie tylko pierwszy burmistrz, ale to jeden z głównych propagatorów utworzenia miejskiego muzeum. Sam kolekcjonował pamiątki, opisywał je i gromadził ku przyszłym pokoleniom. Niestety najpierw trudne czasy XX-międzywojennego, a następnie II wojna światowa nie stanowiły dobrego czasu na tego rodzaju przedsięwzięcia.

Jako osoba mająca w krwi społecznictwo należał również do wielu stowarzyszeń. 'Gesang Verein", Towarzystwo Śpiewacze "Lira", gdzie pełnił funkcję prezesa, czy w końcu członkostwo w Towarzystwie "Wychowanie" i klubie kręglarskim "Blauer Montag". 

piątek, 27 grudnia 2019

Epizod 163 - Morderstwo po przyjacielsku


Lata 60-te w Żyrardowie nie przysporzyły miastu renomy. Brutalne pobicia, morderstwa, gwałty. Wertując czasopisma z tamtych lat ma się wrażenie, że w Żyrardowie nie działo się nic chwalebnego i godnego uwagi. 
W ten fatalny i niegodny proceder wpisuje się wyrachowane i brutalne zabójstwo, którego dokonano przy ówczesnej ulicy Marchlewskiego 18 (dziś Limanowskiego) w mieszkaniu nr 8.. Perfidię tego czynu podkreśla również stosunek panujący pomiędzy zabójcą a denatem, dozgonna przyjaźń.
A wszystko rozbiło się jak zwykle o pieniądze.  W nocy z 22 na 23 marca 1961 roku w mieszkaniu przy ulicy Marchlewskiego 18 dokonano makabrycznej zbrodni. Już tego samego ranka dokonano odkrycia. Zwłoki zamordowanego Władysława K. były zakneblowane, ręce skrępowane sznurem od żelazka, które następnie okręcono wokół szyi i użyto do uduszenia. Szybko udało się ustalić, iż stało się to na tle rabunkowym. Poprzewracane meble, powysuwane szuflady, ogólny bałagan. Wielkie znaczenie miał też fakt, iż pan Władysław od dłuższego czasu odkładał pieniądze na zakup motocykla, a kilka dni wcześniej odebrał całą kwotę od siostry mieszkającej pod Skierniewicami, która to przechowywała zebrane oszczędności brata. O tym, że planuję zakupić motocykl wiedziało kilka osób, m.in. kolega z pracy, Marian P. , który ponadto był wielkim przyjacielem pana Władysława. Kilka dni przed odebraniem pieniędzy od siostry zdarzyło się nawet, że przyjaciel pozostał na noc u niedoszłego właściciela pojazdu. O fakcie tym, podczas rozmowy z siostrą nadmienił zamordowany, co stało się punktem wyjściowym do prowadzonego śledztwa.
Szybko ustalono najbardziej podejrzanego i po upływie niecałych 24 godzin ujęto go pod Rawa Mazowiecką. 
Podejrzany był jednak bardzo sprytny. Jako, że był przyjacielem zamordowanego mógł przebywać w jego domu.  Na każdy z argumentów milicji Marian P. miał swoją odpowiedź. Wkrótce jednak zmienił swoje zeznania i szedł w zaparte, iż w mieszkaniu Władysława K. nigdy nie był i znał go tylko z widzenia, co było wierutną bzdurą. Śledczy, mimo iż od początku podejrzewali Mariana P. nie mieli twardych dowodów. Jednak powoli i metodycznie pętla zaciskała się na szyi Mariana P. Argument o nieprzebywaniu w mieszkaniu przy ulicy Marchlewskiego obalono znajdując odciski całej dłoni podejrzanego w mieszkaniu denata. Wtedy zaczął wymyślać kolejne historyjki, które spowalniały śledztwo. Twierdził np. iż w momencie popełnienia zabójstwa pracował w Warszawie. I rzeczywiście pracował tylko, że pojawił się tam dopiero po południu, co nie dawało mu alibi na cała dobę. Nawet tak oczywisty fakt, jak zakup motocykla już na drugi dzień po zabójstwie próbował wyjaśnić posiadaniem wieloletnich oszczędności. Jednak przy dokładniejszym przeanalizowaniu jego sytuacji materialnej wyłaniał się obraz zapożyczonego i zadłużonego człowieka, który dla 18 tysięcy ówczesnych złotych był w stanie zaplanować i zamordować z zimną krwią przyjaciela. Obraz perfidnego, bezwzględnego, ale i głupiego mordercy wyłonił się z zebranego materiału. Karany już wcześniej za kradzieże morderca otrzymał karę dożywotniego pozbawienia wolności.                 

środa, 25 września 2019

Epizod 162 - Cmentarna hiena na żyrardowskim kirkucie


Pozowane zdjęcie, jak go nazywano „zwyrodniałego zbrodniarza” zajmuje praktycznie połowę, trzeciej strony, piętnastego numeru „Światowida” z 19 kwietnia 1930 roku. Zacięta twarz, zapewne dowódcy oraz tors z przypiętymi odznaczeniami. Trudno jednak dopatrzeć się rangi każdego z trzech funkcjonariuszy Policji Państwowej. Pomiędzy nimi ustawiono winnego „straszliwego procederu” Jana Dudzińskiego, któremu zapewne kazano wyraźnie zaprezentować narzędzie, jakim posługiwał się podczas grabieży. W dłoni dzierży on szpadel, którym rozkopywał groby, natomiast tuż obok widzimy wbity w ziemię kij z zamocowanym na jego końcu bagnetem, którym podważał i otwierał trumny.  Jakby tego było mało po obu stronach aresztowanego umieszczono dowody jego zbrodni, białe pomięte prześcieradła oraz, aby wyraziście zilustrować rangę i wagę popełnionych czynów, zaprezentowano tablicę pokrytą hebrajskimi napisami. Chciano w ten sposób podkreślić, iż „straszliwy proceder” jaki uprawiał Dudziński dotyczył w głównej mierze gminy żydowskiej, tak wrośniętej i rozbudowanej na terenie Żyrardowa.
Cała sytuacja miała miejsce na początku 1930 roku, kiedy to patrol policji podczas rutynowego obchodu miasta dotarł na jego peryferie, daleko poza centrum. Jakież musiało być zdziwienie policjantów, kiedy to wieczorową porą przechodząc obok żydowskiego cmentarza zauważyli jakiś ruch i z zaskoczeniem stwierdzili, iż z grobu wychodzi mężczyzna. Zaskoczeni i zapewne oszołomieni funkcjonariusze zanim zareagowali na tą dziwną sytuację spostrzegli, iż „duch” jak go później nazwali, zauważył ich i szybko wziął nogi za pas. Jednak na swoją zgubę na miejscu porzucił tobołek, który wyciągnął z rozkopanego grobu. Policjanci z góry założyli ,iż rzezimieszek powróci po swoją zgubę. I nie mylili się. Skryli się za macewami i cierpliwie czekali na ponowne przybycie złodzieja. Długo nie musieli. Kiedy tylko pojawił się na ich celowniku został ujęty.
Jak się okazało szybki powrót miał swój błahy i prozaiczny powód. Otóż grabieżcą grobów okazał się nie kto inny jak dozorca kirkutu, Jan Dudziński, grabarz znany społeczności żydowskiej Żyrardowa, postać która za swój obowiązek miała zajmowanie się cmentarzem. Okazało się, iż już od pewnego czasu, tuż po kolejnych pochówkach, opuszczał swój pobliski dom, a że znajdował się on na terenie cmentarza mógł niepostrzeżenie poruszać się po kirkucie, rozkopywać jeszcze świeże groby, które sam już wcześniej przygotowywał,  odwijać ciała z białych prześcieradeł i kraść. Następnie, ze zrabowanej bielizny, szył podobnież koszule na sprzedaż. Jednak czy naprawdę tak było?
Niemniej, po przeprowadzonym śledztwie ustalono, iż tego hańbiącego i ohydnego procederu dopuścił się co najmniej dziesięciokrotnie, stawiając mu również zarzut profanacji zwłok pochowanych kobiet.
Za ten złodziejski, ale i odważny proceder został on skazany przez Sąd Okręgowy na rok więzienia.   

czwartek, 19 września 2019

Epizod 161 - Tragedia na Piłsudskiego


     XX-lecie międzywojenne w Żyrardowie to okres największej degrengolady i wszechobecnej biedy. Złodziejska działalności francuskich właścicieli fabryki doprowadzała mieszkańców do skrajnych zachowań, do czynów jakich nigdy by się nie dopuścili. Zakłady zwalniały robotników na potęgę, w mieście, mimo organizowania robót publicznych i doraźnej pomocy, ludność cierpiała głód i skrajną biedę. W całą tą sytuację wpisywała się wszechobecna przemoc, złodziejstwo oraz próby zarobienia jakichkolwiek pieniędzy bez względu na sposób i konsekwencje. Czy w tym przypadku była to walka o przetrwanie w mieście biedy? Czy może standardowy sposób zarobkowania "na czarno". Nic nam na ten temat nie mówi "Goniec Częstochowski" z grudnia 1925 roku opisujący poniższą sytuację.

     W ten jakże przerażający obraz Żyrardowa wpisuje się doskonale tragedia rodziny Dawidowskich zamieszkałej przy ówczesnej ulicy Piłsudskiego. Pierwszy i jakże istotny element miał miejsce w połowie 1925 roku, kiedy to zapadł wyrok 5 lat więzienia dla matki trzech mężczyzn. Okazało się, iż pełniąca zawód akuszerki pani Dawidowska celowo i konsekwentnie wykraczała poza swoje umiejętności dokonując niedozwolonych operacji, za co inkasowała pieniądze, dorabiając w ten sposób do niewielkich zarobków swoich synów pracujących w żyrardowskich zakładach. Jakby tego było mało w październiku tego samego roku w tragicznym wypadku zginął jeden z braci, pogrążając rodzinę w żałobie. Ale to dopiero początek tragedii jaka miała spaść na całą rodzinę Dawidowskich.

      Otóż 9 grudnia 1925 roku, wieczorem w fabrycznym mieszkaniu przy tejże ulicy J. Piłsudskiego rozegrał się finalny akt rodzinnego dramatu. Co było powodem bójki pomiędzy dwoma braćmi? Nie wiadomo. Niemniej, mieszkańców zaniepokoiły odgłosy dochodzące z sąsiedniego lokalu. Jako, że rumor nie ustawał, wezwano pomoc. Po dostaniu się do środka okazało się, że na podłodze leży starszy 32-letni brat Władysław. Rzucając tylko okiem widać było, iż jego stan nie napawa optymizmem. Wezwane pogotowie zabrało mężczyznę do szpitala, a młodszego 27-letniego Mariana przesłuchano. Podczas przesłuchania okazało się, iż między braćmi wywiązała się karczemna awantura, od słowa do słowa, aż puściły wszelkie hamulce, jednak młodszy z braci nie wskazał jej powodu. O życie ciężko pobitego starszego brata lekarze walczyli kilka godzin. Niestety obrażenia jamy brzusznej, jak później stwierdzono „pęknięcie opony brzusznej” spowodowane najprawdopodobniej kopaniem leżącego były tak poważne, iż Władysław Dawidowski zmarł w męczarniach w żyrardowskim szpitalu tego samego dnia. Tragedia to niesłychana, kiedy w przeciągu kilku miesięcy cała rodzina rozpada się i pozostaje po niej tylko puste mieszkanie. Tak, cała rodzina, bowiem gdy Marian Dawidowski ochłonął i dotarło do niego jakiego czynu się dopuścił, w skrajnych emocjach targnął się na swoje życie wypijając aż dwie butelki esencji octowej, środka bardzo „modnego” w XX-leciu międzywojennym, używanego do bardzo bolesnego odchodzenia z tego świata. Środka tak łatwo dostępnego i tak skutecznego, iż ponad trzydzieści procent samobójców używało go do popełnienia samobójstwa.
     
     Czy zabójca przeżył? Tego nie wiemy. Niemniej jeśli było to samobójstwo udane, to hańba jaka spadłaby na rodzinę byłaby znacznie większa, niż jeśli jednak jakimś cudem przeżyłby próbę samobójczą. Samobójca wszak piętnował i naznaczał rodzinę na lata, a morderca, w tym wypadku najpewniej skruszony, cóż, zdarzyło się, przepraszam i proszę o najniższy wymiar kary. W końcu czasy były ciężkie.