wtorek, 2 września 2014

Epizod 93: Wybitny żyrardowski solista - Kazimierz Worch



     Żyrardowskie karty historii zapisane są wieloma znamienitymi nazwiskami. Część z nich wymieniamy jednym tchem, część kojarzy nam się z pewnymi pojedynczymi wydarzeniami w tej tak krótkiej, aczkolwiek burzliwej historii miasta. Istnieją też postacie zupełnie zapomniane, a zasługujące na swoje miejsce w naszej pamięci. Postacie nietuzinkowe i nad wyraz wybitne, ale z niewiadomych powodów usunięte gdzieś na margines wspomnień.
     Doskonałym przykładem pasującym do powyższych słów jest postać znamienitego śpiewaka operowego, gwiazdy XX międzywojennego, postaci jak najbardziej wartej przypomnienia, Kazimierza Worcha. 
    Urodził się on w 1892 roku w Żyrardowie, w wielodzietnej rodzinie majstra Zakładów Żyrardowskich. Po zakończeniu edukacji pracował jako fryzjer, jednak świadomy swoich zdolności wokalnych oraz zachęcany przez przychylnych i życzliwych ludzi rozpoczął naukę śpiewu u pani J. Żarskiej co wkrótce, w 1916 roku, zaowocowało rozpoczęciem występów w zespole H.Halickiego w Lublinie. Ambitny młodzieniec nie poprzestał na tym.  Dalej kontynuował naukę, ucząc się śpiewu u S.Dobrowolskiej i samego  Zygmunta Mossoczego, wielkiego i cenionego solisty, a następnie dyrektora Opery Warszawskiej.
    Debiut Kazimierza przypadł na 15 grudnia 1917 roku w warszawskim Teatrze Nowości, gdzie pracował do lipca 1919 roku. Z Teatru Nowości przeniósł się do „Czarnego Kota”, aby po kolejnych dwóch latach dostać angaż w Teatrze Nowym, tym samym gdzie występował Julian Tuwim.  Znając charakter kontraktowej pracy ówczesnych artystów widać to jak na dłoni w przebiegu kariery Worcha, tą charakterystykę w dążeniu do coraz to większej doskonałości, co przekładało się na coraz to atrakcyjniejsze angaże. Często wówczas przemierzał wraz z zespołem Polskę wzdłuż i wszerz z humorystyczno-operowymi występami.
   Lata 1922-1930 to szczyt jego kariery. Worch  koncertuje i śpiewa w Stanach Zjednoczonych, gdzie o mały włos ten znamienity wówczas śpiewak, nie stracił życia w wypadku samochodowym.Okres amerykański to prawdopodobnie najlepszy okres w jego karierze, czego ukoronowaniem były występy wraz  z Adą Sari, polską wybitną śpiewaczką operową oraz nagranie kilku płyt.
   Po powrocie do kraju występował w „Komecie” oraz Teatrze Wielkim we Lwowie jako jeden z solistów . Tu ponownie miał zaszczyt towarzyszyć Adzie Sari, występując wraz z nią w „Cyruliku Sewilskim” Rossiniego jako sam Figaro.Jego przyjemny, barytonowy głos dał mu szansę występów w takich partiach jak Lorenty w „Manewrach jesiennych”, Juszkowa w „Hotelu Imperial”, Marcelego w „Cyganerii” oraz Fryderyka w „Lakme”, niestety trochę za niski wzrost uniemożliwiał partnerowanie primadonnom zwłaszcza tym wysokiego wzrostu.
   Ostatnim Teatrem, którym występował był „Teatr 8.30„ założony przez Leopolda Brodzińskiego, gdzie spędził sezon 1933-34. Niestety teatr nie przetrwał. Kazimierz Worch stał się bezrobotnym, a czarę goryczy tej jakże wrażliwej i artystycznej duszy, przelała odmowa wspólnika dotycząca zorganizowania wspólnej imprezy operetkowej, w której Worch pokładał wielkie nadzieje.
   8 lutego 1935 roku tragiczna śmierć dosięgnęła Kazimierza Worcha, o czym z wielkim smutkiem i donosił m.in. „Goniec Częstochowski” z 15 lutego 1935 roku. Przedwczesna śmierć wybitnego artysty była ogromnym wstrząsem dla rodziny oraz szerokich kręgów artystycznych. 

   Na szczęście pozostały nam wspomnienia i duma, iż taka osobowość wydeptywała te same ścieżki co my. Warto o nim pamiętać i odwiedzić grób na naszym cmentarzu, gdzie Kazimierz Worch spoczywa.
  

wtorek, 26 sierpnia 2014

Epizod 92: Zamach przed żyrardowskim dworcem – akcja ekspropriacyjna Gwardii Ludowej


       Żyrardowski dworzec jak co dzień tętnił życiem. Pasażerowie przetaczali przez niego w sobie tylko wiadomych kierunkach. Co bardziej rzucającego się w oczy Niemcy legitymowali. Z resztą cały otaczający dworzec teren nie był dogodnym miejscem do przeprowadzenie jakichkolwiek działań zbrojnych. Blisko siedziby Schuppo, czy Gestapo, a do tego posterunek na dworcu. Jakby tego było mało częste patrole niemieckich żołnierzy.
  I właśnie w takim otoczeniu członkowie GL oddziału "Burza", dokonali 19 czerwca 1943 roku brawurowego aczkolwiek nie w pełni przemyślanego napadu rabunkowego na pracowników fabryki Józefa Szczepańskiego, Władysława Lipińskiego oraz dwóch werkschutzów Filipa i Kebera pełniących role ochroniarzy, którzy właśnie tego dnia przywieźli wypłatę dla oczekujących robotników żyrardowskich zakładów..
Można gdybać i analizować czy owa akcja była w pełni uzasadniona, faktem jest jednak to, że podczas jej przeprowadzenia a zwłaszcza po jej zakończeniu wiele niewinnych osób straciło życie, osób nie mających nic wspólnego z jakąkolwiek konspiracją.
         Rozwijając się i rozrastając GL jak na gwałt potrzebowała dozbrojenia. Niewielkie ilości posiadanej broni, czy materiałów wybuchowych skutecznie ograniczały jej możliwości działań dywersyjnych. Z tego też, jakże istotnego powodu dowództwo postanowiło wykorzystać nadarzającą się okazję i dokonać napadu na powracających z Warszawy pracowników zakładów, pracowników którzy według danych wywiadowczych wieźli ze sobą niebagatelną sumę 1 miliona złotych. Do wykonania tego zadania delegowano Stefana Jodłowskiego, Władysława Lasockiego, Antoniego Mińkowskiego ps. "Antek", Józefa Kuczkowskiego ps. "Józek", Henryka Nowaka ps. "Gotlib", Stanisława Komosińskiego ps. "Cichy" oraz Janusza Bieńskowskiego ps. "Biały". 
        Tuż przed godziną jedenastą, 19 czerwca 1943 roku, ulice wylotowe z placu przed dworcem zostały obsadzone żołnierzami GL. Kiedy czterej nieświadomi mężczyźni wsiedli do dorożki Gmurka, znanego żyrardowskiego dorożkarza, tuż za nimi wskoczyli Stefan Jodłowski ps. "Stefan" oraz Władysław Lasocki ps. "Wołodyjowski".
Czujni ochroniarze zareagowali szybko. Wywiązała się chaotyczna strzelanina, a dodatkowo ze wsparciem przyszli żołnierze stacjonujący na dworcu. Na miejscu zginął Kerber oraz Lipiński (C1/4/1). Dorożka z ostrzeliwującymi się gwardzistami wpadła w ulicę Sienkiewicza, gdzie po zabraniu walizki  z wypłatą, rabusie rozpłynęli się, uciekając opłotkami przez podwórka. 
      Niemcy wpadli w szał. Zastrzelili Bogu ducha winnego Gmurka oraz dwóch przechodniów. Nasilone zostały rewizje  i obławy. Ponad tysiąc mieszkańców trafiło do obozów koncentracyjnych. 
     Czy warte to było takiego poświęcenia, zwłaszcza, że zagrabionych pieniędzy było czterokrotnie mniej niż się spodziewano?
    Trzeba jednak pamiętać, iż takie akcje ekspropriacyjne były przeprowadzane dość często.  Związane było to z zaprzestaniem pierwotnej działalności administracyjnej na terenach przejętych przez okupanta, a co za tym idzie wiele organizacji konspiracyjnych pozbawiono zaplecza finansowego czy pomocy materialnej, co skutecznie ograniczało ich możliwości. Jedynie Armia Krajowa, której źródło finansowania przeniosło się do Londynu mogła liczyć na jakiekolwiek wsparcie.   

    
     Dzisiaj jedyną pamiątką przypominającą tenże zamach jest pomnik gwardzisty odsłonięty w 1952 na skwerze przed dworcem, pomnik, który nie wiedzieć czemu "zgubił" swój pierwotny podpis.

czwartek, 14 sierpnia 2014

Epizod 91: Tunel pod torami

     We wrześniu 1969 roku znaczenie „za przejazdem” nabrało symbolicznego wydźwięku. Zniknęły zatory w tym jakże niebezpiecznym miejscu, przeprawie „na drugą stronę” Żyrardowa. Kolizyjne skrzyżowanie z torami kolejowymi przestało istnieć już jednak cztery lata wcześniej, kiedy to spokojną dotychczas ulicę Rewolucji Październikowej przemienioną w najruchliwszą arterię miasta, budując tam tymczasowy przejazd przez tory, a stary przejazd powoli i mozolnie przebudowywano, tworząc dzisiejszy tunel.

tymczasowy przejazd na ulicy Rewolucji Październikowej
    Oddany do użytku, jak się jednak wkrótce okazało nie tak do końca, z wielką fetą oraz obowiązkową obecnością sekretarza PZPR, a także innych notabli dawnego systemu, okrzyknięty został „cudem żyrardowskiej techniki”. Zaprojektowany w Centralnym Biurze Studiów i Projektów Budownictwa Kolejowego miał stać się lekiem na bolączki miasta, przeciętego przez Drogę Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. 

    56 mln złotych. W takiej kwocie inwestycja została zamknięta. Przecięto wstęgę, mieszkańcy rozeszli się do domów, do swoich codziennych zajęć. Powoli zapominano o utrudnieniach i niedogodnościach na jakie narażeni byli przez ostatnie 4 lata praktycznie wszyscy obywatele Żyrardowa, najbardziej jednak mieszkańcy „Osady Młyńskiej i okolic” próbujący przedostać się „do miasta”. 

   Tuż po rozpoczęciu robót ekipy PRK15 napotkały na pierwszy, ale jakże istotny problem. Okazało się bowiem, iż natrafiono na kurzawkę oraz wody podskórne uniemożliwiające prowadzenie prac. Ciężka gleba, trudno przepuszczalna, a dodatkowo wody gruntowe podnoszące się przy byle ulewie niebezpiecznie blisko powierzchni, skutecznie opóźniały prace. Postanowiono wówczas wybudować przepompownię, która miała wspomóc brygady robotników. 

  Na budowę tunelu zużyto około 13 tyś metrów sześciennych betonu oraz 1 020 ton stali zbrojonej. Wyburzono wiele domów kolidujących z budową tunelu łącznie ze spółdzielnią "Rolnik”, gdzie w fundamentach znaleziono akt erekcyjny wmurowany tam przez Niemców. W końcu Tysiącletnia Rzesza miała trwać wiecznie. Jak już nadmieniłem koszt budowy wyniósł 56 mln złotych, co stanowiło wówczas równowartość 12 bloków mieszkalnych, kwota zaiste niebotyczna, biorąc jednak pod uwagę obliczenia ekspertów, corocznie gospodarka narodowa traciła około 17,5 mln złotych właśnie z powodu kolizyjnego przejazdu.   

    Dziś, po ponad 40 latach, tunel nadal spełnia swoją rolę, nabywając jeszcze większego znaczenia przy ogromnym wzroście liczby pojazdów przetaczających się nim w obu kierunkach.

    Co jednak zrobiono z ogromnymi ilościami ziemii, którą wydobyto pod wykop? Otóż 30000 metrów sześciennych, czyli ponad połowa, trafiła na bagno przy torze, obok stawu na Rudzie, podwyższając ten teren średnio o metr. To jednak temat na inny artykuł.  

   I pozostaje tylko pytanie, czy wybór tunelu miast wiaduktu, z perspektywy lat, był dobrym wyborem?




        

czwartek, 7 sierpnia 2014

Epizod 90: Biblioteka Fabryczna


     Biblioteka fabryczna wydaje się istnieć „od zawsze”. Co prawda zmieniała kilkukrotnie lokalizację, niemniej jednak w świadomości mieszkańców funkcjonuje jako ta najstarsza, z własną fascynującą historią wartą wspomnienia. Fakt, powstały kolejne filie, a nawet ona sama stała się jedna z nich, ale mimo tych zmian nadal budzi wśród mieszkańców nieskrywany sentyment. Dodatkowym atutem pozostaje jej umiejscowienie w historycznej części dawnej Osady. W fabrycznym budynku, w samym centrum. Tak jakby dla podkreślenia jej rangi, dla uzmysłowienia nam, iż mamy bezcenną możliwość zapoznania się z historią jej powstania, jej losami oraz unikatowymi dziełami skrytymi w zakamarkach jej „czterech ścian”. 
     Pokłosie rewolucji 1905 roku władze carskie zmuszone zostały do przychylenia się do wielu ustępstw względem ludności polskiej. Jednym z nich było właśnie wyrażenie zgody na założenie Biblioteki Robotniczej Towarzystwa Akcyjnego Zakładów Żyrardowskich, potocznie zwanej "fabryczną", zgody datowanej na dzień 16 grudnia 1906 roku, a podpisanej przez gubernatora warszawskiego, niejakiego Martynowa. Historia jej powstania nierozłącznie związana jest z dwoma znaczącymi postaciami. Po ucieczce kapitalistów z Osady do Zarządu Zakładów wprowadzono dwie osoby, które wpłynęły na powstanie tejże biblioteki – Albina Żbikowskiego oraz Tadeusza Popowskiego, krewnego przyszłej bibliotekarki, kierowniczki oraz zarządczyni - Teodory Popowskiej. Uzyskując zgodę na jej stworzenie maszyna ruszyła. Rozpoczęto mozolne kompletowanie księgozbioru oraz urządzanie lokalu. Cztery malutkie pokoiki w czynszowym domu przy ulicy Marchlewskiego musiały wystarczyć na bibliotekę, czytelnię oraz magazyn. Jakże znamiennym pozostaje fakt, iż założona w tym samym czasie biblioteka dla urzędników zajęła Resursę. Rozpoczynając działalność księgozbiór wynosił 2792 tomy, jednak już tego samego roku zakupiono kolejne 850 woluminów, a głównymi dostawcami zostali E.Wende i spółka, księgarnia Arcta, "Księgarnia Polska" J.Sikorskiej, a także księgarnia Gebethnera wszystkie z Warszawy. 
     Biblioteka udostępniała dzieła codziennie przez 3 godziny 55 minut z wyjątkiem niedziel oraz świąt. Korzystać z księgozbioru mogli jedynie pracownicy zakładów oraz uczniowie, ale biorąc pod uwagę fakt, iż w fabryce pracowało ponad 8 tysięcy osób, niewiele było tak naprawdę pozbawionych tego przywileju. Według źródeł historycznych początkowo kobiety stanowiły tylko około 30% czytelników, co spowodowane było zapewne wieloma obowiązkami domowymi, jakimi obciążone były one poza praca zawodową. Jak na prężnie rozwijającą się bibliotekę ilość nowych dzieł wzrastała bardzo szybko, a liczba korzystających z jej księgozbioru systematycznie rosła. Powstanie ogólnodostępnej biblioteki dawało spragnionym robotnikom dojście do dzieł literatury światowej, klasycznej tak różniącej się od książek w domowych bibliotekach, gdzie królowały podręczniki szkolne, książeczki do nabożeństwa, żywoty świętych czy nieliczne powieści przygodowe. Korzystanie z biblioteki było zasadniczo płatne, a jedynie uczniowie mogli nie ponosić tych wydatków. Biblioteka wspomagana była również stałym funduszem przeznaczonym na jej działalność, a pochodzącym z TAZŻ, co pozwalało na rozszerzenie księgozbioru oraz prenumerowanie prasy. 
   Znamiennym pozostaje fakt, iż biblioteka nie nabywała powieści sensacyjnych, które obecnie w ogromnej ilości zalewają kolejne półki wszystkich żyrardowskich bibliotek. Gros wypożyczeń stanowiły wówczas powieści obyczajowe, historyczne, podróżnicze oraz literatura dla młodzieży. Kolejnym przykładem zmiennych gustów i zapotrzebowań użytkowników jest fakt, iż około 85-90% wypożyczeń obejmowało literaturę piękną, zastąpioną dziś łatwo dostępną oraz wszechobecną, często wątpliwej jakości kulturotwórczej, książką sensacyjną, gdzie głęboki aspekt obyczajowy czy duchowy, został zastąpiony litrami krwi oraz coraz to wymyślniejszymi sposobami popełnianych zbrodni, przesiąkniętych ludzką tragedią zmarginalizowaną do taniej sensacji. 
 Wracając jednak do dzieł i ich autorów, jakie korzystający z biblioteki wypożyczali możemy wymienić m.in. Kraszewskiego, Orzeszkową, Sienkiewicza, Prusa, Żeromskiego, Reymonta, Mickiewicza, Kasprowicza, Konopnicką, Rodziewiczówną, Zapolską, Mniszkówną, Gąsiorowską, Londona, Verne'a, Kiplinga, Mayn-Reida, Cervantesa, Amicisa, Tołstoja, Hugo, Dumasa, Andersena, Stowe'a, Shakespeare'a, Dostojewskiego, Czechowa, Dickensa czy Maya. Ponadto korzystano z czasopism m.in „Mucha”, „Tygodnik Ilustrowany”, „Świat”, czy „Bluszcz”.
   Trudne lata I wojny światowej wpłynęły również na funkcjonowanie biblioteki. Wielu stałych czytelników opuściło miasto, a wiele dzieł zaginęło. Niemniej jednak funkcjonowała ona nadal. 
 Również lata XX-lecia międzywojennego odcisnęły swoje piętno na jej historii. Po przejęciu zakładów przez konsorcjum francuskie bibliotece bardzo zaczął doskwierać brak funduszy na jej funkcjonowanie oraz zakup nowych dzieł. Wkrótce z powodu trudnej sytuacji lokalowej zamknięto czytelnię, a na skutek wszechobecnej biedy i nędzy panującej w mieście, korzystanie z uroków literatury odeszło na daleki plan. Zmniejszała się liczba książek, a biblioteka czynna była tylko 3 razy w tygodniu przez 6 godzin. Na początku lat 30-tych odeszła znamienita bibliotekarka Teodora Popowska, a jej następczynią została Maria Bogołowska. Działania wyzyskiwaczy francuskich doprowadziły do sytuacji, kiedy w roku 1934 tylko 200 osób figurowało na liście korzystających.
   Wybuch kolejnej wojny również nie położył kresu jej istnienia, ba, już w 1943 roku zlikwidowano Bibliotekę Zrzeszenia Urzędników zlokalizowaną w Resursie, a cały jej księgozbiór przeniesiono do "fabrycznej". Z kierownictwa zrezygnowała pani Maria Bogołowska, na której miejsce mianowano Walerię Reichelt, a wkrótce kolejne panie zajmowały się jej funkcjonowaniem i działalnością (Eugenia Klotz D1/1/1 oraz Karolina Biedrzycka E2/3/4).
   Po zakończeniu działań wojennych bibliotekę przemianowano na Bibliotekę Związkową Zakładów Żyrardowskich Przemysłu Włókniarzy. Po 43 latach działalności w ciasnym domu czynszowym, w 1949 przeniesioną siedzibę do pałacyku w parku, następnie do pałacyku tyrolskiego, gdzie zaszczycali nas swoją obecnością Maria Dąbrowska, Melchior Wańkowicz, Edmund Niziurski, czy Lucjan Rudnicki. Pałacyk stał się ponadto miejscem spotkań ludzi wybitnych,  prozaików, poetów, czy publicystów. Ot choćby Jarosława Iwaszkiewicza. 
   Ostatnim etapem przemian tej sędziwej już ponad 100-latki było wchłonięcie jej przez Bibliotekę Miejską i dalsze funkcjonowanie do dzisiaj jako filia nr 6 przy ulicy 1-Maja 52 w dawnym budynku fabrycznym.

czwartek, 31 lipca 2014

Epizod 89 - Ulica, której nie ma - Świętojańska

       Miasto z gęstością zaludnienia plasującą je w czołówce krajowej. Tak to Żyrardów. To tutaj ludność rozpoczęła ekspansję praktycznie w każdym kierunku, wchłaniając wkrótce sąsiadujące wsie. Jakby tego było mało, a było, sieć coraz to nowych ulic połykała kolejne hektary lasów oraz pól uprawnych  otaczających kształtujące się miasto.
w tle, dawny ciąg ulicy Świętojańskiej
      Wykorzystywano praktycznie każdy skrawek niezagospodarowanego terenu łącznie z śródmiejskimi mokradłami i bagnami, aby następnie stawiać niekończące się szeregi  domów.  Istnieją jednak w Żyrardowie miejsca, które pomimo deficytu powierzchni oraz zabudowań zniknęły na stałe z kart bieżących map, także próżno szukać ich śladów w ówczesnym krajobrazie Żyrardowa.


       Za jeden z takich przykładów możemy uznać nieistniejącą ulicę Świętojańską, która przed wieloma laty rozpłynęła się w mrokach historii. 
    
     Dawniej, przedłużenie ulicy Ciasnej dawało połączenie z ulicą Radziwiłłowską, kończąc swój bieg tuż przed linią kolejową Drogi Warszawsko-Wiedeńskiej. Dawne przedszkole, a dzisiejsza biblioteka miejska przy Mostowej  zostało pobudowane w miejscu wyznaczającym jej historyczny początek. Przebiegała równolegle do ulicy Pańskiej (dziś Legionów Polskich) oraz Leśnej ( dziś 11 Listopada), natomiast od strony północnej do nieistniejącego początkowo fragmentu ulicy Wschodniej (Wyspiańskiego), kończącej się wtedy przy zapomnianym już mostku na Pisi łącząc się w tym miejscu z ulicą Mostową.

     Świętojańska stanowiła wówczas północny skraj Podlasu, granicząc bezpośrednio z terenami zielonymi należacymi do Zakładów Żyrardowskich, dziś zabudownymi m.in. siedzibą KRUS-u, czy gimnazjum. Ulica ta nawet w XX-międzywojennym nie była zabudowana, granicząc poprzez tereny zielone z meandrującą wówczas Pisią, która dziś przecina ten obszar jakby odrysowana od linijki.
    W latach 30-tych XX wieku wpierw zniknął odcinek pomiędzy dzisiejszą Batorego, a Radziwiłłowską wypełnioną obecnie osiedlem mieszkaniowym. Po II wojnie światowej kolejne odcinki wykreślone zostały z oficjalnych map i planów Żyrardowa. A nam pozostały jedynie stare arkusze, na których możemy na własne oczy przekonać się, że taka ulica istniała oraz ukryta w gąszczu winorośli ostatnia tabliczka.
      

piątek, 27 czerwca 2014

Epizod 88: Pierwszy żyrardowski chór - Zyrardower Gesangsverein


       Podczas tej jakże krótkiej historii istnienia Żyrardowa przewinęło się przez miasto wiele towarzystw czy stowarzyszeń. Jedne zniknęły krótko tuz po założeniu, inne z mniejszym bądź większym sukcesem działają po dziś dzień. Istniały również takie, które mimo, iż już dawno rozpłynęły się w annałach historii, odegrały niebagatelną rolę kulturotwórczą, której owoce i plony zbieramy do dziś. Jednym z nich było pierwsze żyrardowskie towarzystwo śpiewacze, ponad czterdzieści lat starsze od osławionych "Echa" i "Liry", a mianowicie "Zyrardower Gesang Verein".
Gazeta Toruńska 1902 rok

      Pierwsze żyrardowskie towarzystwo śpiewacze zostało założone w 1861 roku, a inicjatorem jego powstania był pracownik administracji Zakładów Żyrardowskich - Józef Sandmann. Wśród pierwszych założycieli wymienić wypada Alberta Altmana, Teodora Austa oraz Johana i Jakuba Bajerów. Jak sama nazwa wskazuje zostało ono utworzone przez niemieckich pracowników fabryki. Początkowo, spotkania odbywały się w nieistniejącym dziś budynku przy dawnym Placu Wolności 6, na miejscu którego dziś funkcjonuje Ochronka. Jako że kadra pochodzenia niemieckiego i czeskiego systematycznie wzrastała, tak i zwiększała liczba członków towarzystwa. Wzrastała również jego ranga, a co za tym idzie chór wyszedł w końcu poza mury lokalu. W roku 1864 chórzyści dali swój pierwszy oficjalny koncert, który odbył się na stacji kolejowej, a jego pierwszymi słuchaczami mieli zaszczyt być oficerowie rosyjscy stacjonujący w pobliskich Skierniewicach. Kolejnym milowym krokiem w historii towarzystwa było otrzymanie w 1870 roku nowego lokalu do prób oraz uznanie samego Karola Dittricha, czego potwierdzeniem stały się koncerty w leśnej rezydencji magnata przy drodze do Sokula
      Biorąc pod uwagę wpływ rodzin właścicieli na życie Osady, nie może nikogo dziwić objęcie prezesury towarzystwa przez syna Karola Hielle - Edwarda, który przyczynił się do sprowadzenia, w celu podwyższenia umiejętności i poziomu chóru, dyrygenta Rottera. Tuż po jego wyjeździe z Żyrardowa w 1887 roku, kolejny mistrz batuty Roman Rezler, rozwinął działalność poszerzając program o część teatralną, także krótko po tym wystawiona zostaje pierwsza operetka "Drużyna z Bord".
      Jednak tym, który miał największy i przełomowy wpływ na funkcjonowanie chóru był Alojzy Groh, absolwent wyższej szkoły muzycznej w Berlinie, który przybył do fabrycznego miasta w 1889 roku. Wówczas to chór zaczął coraz częściej występować poza granicami Osady i Rudy, dając koncerty m.in. w Łodzi czy w Warszawie. Wprowadził on również do repertuaru utwory wybitnych twórców m.in. Schumanna, Schuberta, Wagnera, a także co ciekawe arię z "Halki" Moniuszki.
      Wybuch rewolucji 1905 zmusił część członków do opuszczenia Żyrardowa, ale już w 1907 roku wznowiono działalność uczestnicząc wkrótce w wielu zjazdach chórów niemieckich. Tuż przed wybuchem I WŚ, chór można było traktować jako duży zespół liczący około 150 członków. Szczęśliwie udało się zorganizować i uczcić obchody 50-lecia istnienia. Odbyły się one w dniach 26-28 sierpnia 1911 roku pod kierownictwem dyrektora zakładów i jednocześnie prezesa towarzystwa - Artura Nuemanna.
    Ten jakże prężny rozwój chóru został brutalnie przerwany przez wybuch wojny. Jego dalsze losy przypieczętowała decyzja władz carskich, która wykreśliła wszystkich Niemców, Czechów i Austriaków z wszelkich towarzystw. 

Najstarszy żyrardowski chór przestał istnieć.   

wtorek, 17 czerwca 2014

Epizod 87: Szkoły prywatne w dawnym Żyrardowie

     Dawny Żyrardów to fabryka. Dawny Żyrardów to cała otoczka socjalna z taką konsekwencją wdrożona przez właścicieli. Niemniej jednak żyrardowski świat na fabryce się nie kończył. Nie każdy w końcu pracował w dittrichowskiej faktorii. Czy rzemieślnicy czy kupcy, mimo iż żyli w symbiozie z wszechobecnymi zakładami, działali obok, na własną rękę i we własnych mniejszych bądź większych biznesach.
     Również dzieci robotników swoimi wszechobecnymi rękoma obejmowała fabryka. Dzieci niepracujących w zakładach rodziców musiały kształcić się poza dostępnymi dla robotniczych pociech placówkami i właśnie dla ich potrzeb funkcjonowała niewielka szkoła gminna zlokalizowana w fabrycznym budynku, szkoła przeznaczona na około setkę dzieci, jakże skromna i niewielka w porównaniu z fabrycznymi.
Marcelina Jaworowska właścicielka prywatnej pensji

    Przyszła jednak rewolucja 1905 roku i tak wypatrywane zmiany na lepsze. Zgodnie z ukazem carskim, po 1905 roku, można była zakładać szkoły z wykładowym językiem polskim, szkoły te jeszcze bez praw publicznych. Permanentne i głębokie braki placówek szkolnych w Żyrardowie szybko zaczęły być nadrabiane. Już w 1906 roku powstał Zakład Naukowo-Wychowawczy Heleny Heymarowej, w którym to po kilku latach nauki pobierało już około 60 uczniów. Wykładano w nim cztery języki (polski, niemiecki, rosyjski oraz francuski), a ponadto program obejmował arytmetykę, geografię, historię Polski oraz Rosji, przyrodę, rysunek, a także robótki ręczne. Jedną z nauczycielek w tej młodej szkole była Marcelina Jaworowska, która w 1909 roku stała się jej właścicielką. Osoba ta to absolwentką Instytutu Maryjskiego w Kamieniu Podolskim dzięki czemu posiadała prawo do nauczania w szkołach średnich. Po I wojnie światowej szkoła została przemianowana na 8-klasowe humanistyczne gimnazjum żeńskie i działała nieprzerwalnie do 1928 roku mieszcząc się przy dawnej ulicy Ogrodowej, dziś Mielczarskiego. W 1928 roku, po przejęciu przez Magistrat dwóch żyrardowskich gimnazjów żeńskich przekształcone je w jedno.
    Niemniej znaną i ekskluzywną szkołą była pensja Janiny Motylińskiej, która podobnie do poprzedniczki przetrwała do roku 1928 idąc jej śladem. Obie wspomniane szkoły były znane i cenione w Żyrardowie na stałe wpisując się historię żyrardowskiej oświaty. Nie były to jednak jedyne szkoły średnie założone po roku 1905.
    W dwupiętrowym budynku przy dzisiejszej ulicy 11-Listopada, na początku XX wieku, zostało założone przez Ksawerego Dąbrowskiego Seminarium Nauczycielskie, które niestety z powodu trudności finansowych zostało zamknięte w 1912 roku. Mieściło się ono pośród pięknego ogrodu, w bliskości lasu sosnowego, niecałe pół wiorsty od stacji Ruda Guzowska, a dyrektorem, z racji braku takich uprawnień u K.Dąbrowskiego, został Florian Łagowski. Zadaniem tego Seminarium było kształcenie nauczycielek ludowych, które po ukończenie szkoły miały służyć społeczeństwu, tak w szkołach prywatnych jak i ludowych.
    Inaczej sprawa miała się z pierwszą średnią szkołą techniczną dla chłopców, której właścicielem  był Bolesław Zielowski. Początkowo lekcje odbywały się w domu Chodaka, jednak szybko rozwijająca się placówka oraz zwiększająca się liczba uczęszczających dzieci wymusiła rozpoczęcie starań o postawienie nowego budynku. Założono wówczas Towarzystwo Szkoły Średniej oraz wydano broszurkę z prośbą o wsparcie. Wkrótce szkoła otrzymała bezpłatnie od hrabiego Sobańskiego działkę pod budowę. Zlokalizowana ona była pomiędzy dawną Aleją Dittricha a ulicą Tylną oraz dzisiejszą Sienkiewicza. Udało się ponadto zebrać 6 tysięcy rubli oraz deklarację hrabiego o wpłacie kolejnych 10 tysięcy. O pokrycie pozostałych kosztów zwrócono się do Zakładów Żyrardowskich. Szybkie i skuteczne działania pozwoliły w 1914 roku na wzniesienie nowego budynku szkoły. Podczas I wojny Światowej, w 1915 roku, szkołę przejeło Zrzeszenie Nauczycieli pod kierunkiem Motylińskiej, a także przy udziale dr. Tokarskiego oraz inż. Demela. W tym układzie szkoła funkcjonowała do roku 1918, kiedy to przejął ja Magistrat przekształcając w Gimnazjum Męskie, aby po prawie stu latach przenieść w nowe miejsce, a budynek po generalnym remoncie zagospodarować na potrzeby Sądu.
     Aby uzupełnić to krótkie zestawienie żyrardowskich szkół średnich należy wymienić tu również dwuklasową szkołę prowadzoną przez Amalię Berent w dawnym Archiwum Państwowym oraz jednoklasówkę Michaliny Rucińskiej mieszczącą sie narożnym budynku przy skrzyżowaniu ulic Kościuszki i Ossowskiego. Do tych najmniejszych należą dodatkowo jednaklasówki Stanisława Wiśniewskiego, Jana Szuszkowskiego czy  w końcu Natalii Klark.
    Mimo, iż prywatne szkoły przynosiły szansę nauki jedynie około 600 dzieciom, co w odniesieniu do całego Żyrardowa stanowiło niewielkie wsparcie, niemniej jednak dawały możliwość uczenia się w języku polskim budując świadomość obywatelską oraz dając nadzieję na lepsze jutro.
                 

środa, 11 czerwca 2014

Epizod 86: Filmowa akcja Mirosława Krajewskiego ps."Pietrek", czyli jak młody gwardzista wystrychnął Niemców na dudka


         Jak zawiłe aspekty polityczne potrafią determinować nasz odbiór i perspektywę postrzegania tak rzeczywistości jak i przeszłości, może świadczyć znamienne podejście do faktów historycznych oraz odpowiednie uwypuklenie bądź deprecjonowanie wielkich osiągnięć czy bohaterskich, często szalonych czynów, które odbiły się szerokim echem w ówczesnej rzeczywistości, dziś niestety odsunięte na krawędź pamięci i praktycznie wymazane z kart historii.

       Nie inaczej przedstawia się wspomnienie jak z sensacyjnego filmu, fakt przez większość dziś żyjących zapomniany. Mirosław Krajewski, bo o nim mowa był komendantem oddziałów bojowych ZWM, postacią zupełnie nie pasującą do dzisiejszych czasów oraz do snucia fascynujących opowieści o widowiskowych akcjach żołnierzy Armii Krajowej. Niemniej jednak ten oto Mirosław Krajewski ps. "Pietrek" był jednym z wykonawców głośnego zamachu z 11 lipca 1943 roku na Cafe Club w Warszawie w odwecie za masowe egzekucje przeprowadzane przez Niemców na terenie spalonego doszczętnie getta. Problemem jednak notorycznym i zasadniczym był permanentny brak broni i materiałów wybuchowych. Dla "Pietrka" nie było jednak rzeczy niemożliwych. Działając w okolicach Żyrardowa wiedział, iż w Szkole Podstawowej nr 2 im. Marii Konopnickiej, Niemcy założyli szpital wojskowy, a skoro jest szpital są i żołnierze, to musi również być broń. Nie mylił się. Ranni "soldaten" oraz dochodzący do siebie rekonwalescenci deponowali swój ekwipunek, który został umieszczony na ostatnim piętrze budynku.
      "Pietrek" o tym wiedział, a ponieważ broń i amunicja były im bardzo potrzebne, postanowił zagrać okupantowi na nosie i po prostu wykraść przynajmniej część tych dóbr. Akcja z góry wydawała się być skazaną na niepowodzenie, zadaniem szalonym i niebezpiecznym. Jednak wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi Krajewski ułożył sobie plan, który następnie zrealizował krok po kroku. Do budynku dostał się przez okno na pierwszym piętrze. Jak przemknął przez korytarze pełne kręcących sie Niemców niezauważony, trudno dociec. Być może świadomi swojej siły i absurdalności takiej akcji, w ogóle nie brali pod uwagę możliwości dostania się do wewnątrz osób postronnych. Rzeczywiście, mieli pełne prawo tak sądzić. Inaczej jednak myślał "Pietrek". Po bezszelestnym dostaniu się na klatke schodową, bez butów, wyposażony jedynie w siekierę, przemknął schodami na ostatnie piętro, używając narzędzia podważył skobel i ostatecznie dostał się do arsenału. Obładowany karabinami, pistoletami i amunicją tą samą drogą wydostał się z budynku, aby rozpłynąć sie w mrokach żyrardowskiej nocy. Niemcy byli w szoku. Pod ich nosem, przy tak ogromnym zabezpieczeniu, jeden, praktycznie nieuzbrojony chłopak wystrychnął ich na dudka organizując iście filmową akcję jak z  najlepszej produkcji sensacyjnej. Dokładając do tej brawurowej eskapady, tragiczną śmierć Krajewskiego, zamordowanego 1 stycznia 1945 roku w miejscowości Drzewicz pod Sochaczewem, przez ukraińskiego faszystę, długo nie trzeba było czekać na uhonorowanie jego postaci. Wkrótce po wojnie ulicę Strażacką przemianowano na Mirosława Krajewskiego, tą ulicę którą doskonale widać z okien "zdobytej" szkoły.
       Dziś jednak trudno szukać tabliczki z jego nazwiskiem. Ponownie ulica Strażacka wróciła na dawne miejsce, a praktycznie zapomniany Mirosław Krajewski spoczywa na cmentarzu powązkowskim.

 

piątek, 6 czerwca 2014

Epizod 85: Nowa Szkoła Fabryczna, czyli kaganek oświaty dla przyszłych robotników


          Kształtująca się pod koniec XIX wieku Osada Fabryczna zagospodarowana została, przez nad wyraz przedsiębiorczych i przezornych właścicieli fabryki, we wszystkie niezbędne do samowystarczalnego funkcjonowania budynki socjalne, skupione wokół Zakładów Żyrardowskich. W przyszłym Żyrardowie wybudowana została bowiem ochronka dla najmłodszych latorośli, szpital fabryczny, ambulatorium, czy nawet biblioteka fabryczna. Osada posiadała kościoły różnych wyznań oraz trzy szkoły, ze ściśle przypisanymi zadaniami kształcenia odpowiedniej przyszłej kadry. I tak, Kantoratschule miał za zadanie "dostarczyć" w przyszłości urzędników, natomiast zadanie wykształcenia głównie przyszłych robotników fabrycznych spoczęło na Nowej Szkole, dziś funkcjonującej pod patronatem Marii Konopnickiej.
          Otóż owa szkoła została wybudowana w latach 1882/83, na obszernym placu między ulicami Szkolną i Długą, zgodnie z projektem lipskiego architekta A.Bergera. Poczatkowo posiadała tylko jedno piętro, jednak w 1914 roku dobudowano kolejne dwa, przy czym ostatnie mieściło tylko obszerną salę gimnastyczną. Sam budynek został wyposażony w oświetlenie gazowe oraz piecowe ogrzewanie.
        Szkoła im. M.Konopnickiej była jednostką trzyoddziałową z klasa wstępną, a sam proces nauki trwał od 4 do 6 lat. Obowiązywało w niej oczywiście kryterium wyznaniowe, także w polskich klasach uczyli sie Katolicy, natomiast w niemieckich - Ewangelicy.
     Szkoła, w początkowych latach, posiadała 11 sal lekcyjnych, w których uczyło się około1300 uczniów. Program szkolny obejmował dość szeroki zakres przedmiotów, a mianowicie czytanie i pisanie w języku rosyjskim, podstawy rachunkowości, geografię, przyrodę, historię cesarstwa rosyjskiego, religię oraz robótki ręczne, co w odniesieniu do dzisiejszych czasów i programów szkolnych stanowiło nie lada wyzwane dla młodych adeptów. Dodatkową trudnością był fakt łączenia klas, wstępnej z pierwszą i drugiej z trzecią. Po ukończeniu szkoły, tak na oko trzynastoletnie dzieci, rozpoczynały swoją "karierę" zawodową. Jeśli były zdolne i wyróżniały się w szkole, trafiały do kantoru, jeśli nie, stawały się sukcesorami ścieżki kariery wydeptanej przez swoich rodziców zgodnie z "tradycją" zakładów lniarskich.
Nowa Szkoła obecnie
       Wybuch I wojny światowej przerwał rozwój placówki, a stacjonujące w tymczasowych koszarach wojska oraz ulokowany tam następnie szpital przyczyniły się do powstania znacznych zniszczeń, które po odzyskaniu niepodległości przez Polskę należało jak najszybciej usunąć i przywrócić szkole funkcje dydaktyczne. Jako, że zabrano się energicznie do działania, już w roku 1919 wprowadziła się do budynku Publiczna Szkoła Powszechna im. M.Konopnickiej, a pierwszą kierowniczką została Ludwika Halina Frydrych.
       Wubuch II wojny światowej był jak deja vu. Już w grudniu 1939 roku Niemcy nakazali opuścić budynek, przekształcając go w szpital wojskowy. Na szczęście część majątku oraz pomoce naukowe udało sie wynieść i umieścić w lokalach prywatnych, gdzie nadal prowadzono nauczanie, tuż pod nosem okupanta.
      Po zakończeniu działań wojennych, mimo niewielkich zniszczeń, trudno było uruchomić ją w takim samym zakresie jak przed wojną. Wielu młodych ludzi nie było w stanie rozpocząć nauki, z prostego powodu, ważniejszą rzeczą było zarabianie na życie, na jakże potrzebny chleb. Lata mijały, a szkołę coraz bardziej nadgryzał ząb czasu. W końcu nadszedł długo wyczekiwany remont, który trwał aż 7 długich lat (1977-1984). W tym czasie uczniowie zostali rozdzieleni po innych placówkach edukacjnych, szkołach nr 1, 6 i 7. Po powrocie, w roku 1985, rozpoczęli w końcu naukę w nowo wyremontowanym budynku.
      Dziś Szkoła Podstawowa nr 2, po przekształceniu w 2002 roku, funkcjonuje jako Publiczne Gimnazjum nr 2 im. M. Konopnickiej.

 

piątek, 30 maja 2014

Epizod 84: Kościół Matki Bożej Pocieszenia jako perła Mazowsza


          Już w trakcie budowy Kościoła pod wezwaniem Karola Boromeusza wiadomym było, że będzie on służył tylko tymczasowo, tylko do momentu pobudowania nowego, większego, monumentalnego obiektu kultu, jak plac, który od wielu lat stał zarezerwowany na ten cel. W nie tak odległych planach bowiem istniała już wizja stworzenia kościoła filjalnego, obecnej żyrardowskiej fary, która miała stać się wizytówką tworzącego się miasta, perełką całego Mazowsza.

        O dalekosiężnych planach i zamiarach włascicieli Żyrardowa świadczy fakt, iż na długo przed rozpoczęciem budowy świątyni, zarezerowano miejsce pod jego lokację. Plac targowy znajdujący się naprzeciwko głównej bramy Zakładów Żyrardowskich łączył się z drugim, podobnym placem, który miał w przyszłości stać się właśnie lokalizacją dla planowanego kościoła farnego. Krótko po objęciu stanowiska rektora kościoła filjalnego przez ks. Władysława Żaboklickiego, w dniu 12 lipca 1897 roku, przystąpiono do działania.
22 maja 1898 roku metropolita warszawski, arcybiskup Wincenty Teofil Chościak-Popiel, erygował rzymskokatolicką parafię pod wezwaniem Matki Bożej Pocieszenia w Żyrardowie, jednocześnie mianując ks. Władysława Żaboklickiego na urząd proboszcza. Tak oto  ks. Władysław Żaboklicki zostaje pierwszym proboszczem kościoła Matki Bożej Pocieszenia.
         W 1899 roku hrabia Sobański ostatecznie, na mocy prawa, przekazał plac pod budowę nowego kościoła, a Karol Dittrich junior przeznaczył 90 tyś. rubli na ten zbożny cel. Wkrótce został utworzony komitet budowy, w którego skład wchodzili biskup Ruszkiewicz, Karol Dittrich oraz hrabia Kazimierz Sobański. Na członków nowo powstałego komitetu powołano proboszcza Żaboklickiego, Józefa Wątróbskiego, Józefa Krauze, Franciszka Kotlińskeigo oraz Czesława Oppenheima - same znakomitości żyrardowskiego świata duchownego, społecznego, jak i przemysłowego.


         Proboszcz Żaboklicki przedstawił projekt przyszłego kościoła, który wyszedł spod pióra wyśmienitego architekta Józefa Piusa Dziekońskiego, a koszt jego budowy zamykał się kwotą 134 680 rubli. Prace przy budowie postępowały bardzo szybko. 30 kwietnia 1900 roku rozpoczyna się długo oczekiwana inwestycja, która po trzech latach, 11 października 1903 roku, dobiega końca i kościół można konsekrować. Pięknym i jakże znamienitym dowodem na ogromne zaangażowanie mieszkańców w jego powstanie jest fakt, iż przeznaczyli oni około 100 tyś. rubli, z własnych oszczędności. Zaprezentowany i wcielony w życie projekt Dziekońskiego dostarczyl miastu i obywatelom przepiękny kościół w stylu neogotyckim o imponujących 75-metrowych wieżach, Budowla została doskonale wkomponowana w achitekturę centralnej części Osady.
       W budowę nowego kościoła zaangażowało się wiele osób, a ona sama obrosła legendą przekazywaną z ust do ust, jakoby aby przyspieszyć budowę, mieszkańcy przyszłego miasta utworzyli ludzki łańcuch aż do cegielni w Radziejowicach, podając sobie cegły z rąk do rąk, by budowa zakończyłą sie jak najprędzej. Ile w tym prawdy? Prawdą jednak jest, że do jego budowy użytko ponad 3 mln cegieł, a dostarczano je kolejką wąskotorową z Radziejowic, kolejką, po której ślady na polach i w lasach radziejowickich pozostały do dzisiaj.

       Nadzór nad budową objął sam Andrzej Chodak, mistrz mularski i przewodniczący żyrardowskich cechów, a przez samej budowie swoje nieprzeciętne umiejętności i fach pokazali Chodakowicz, L.Ruppel, J.Radzki, W.Jaszcz, A.Mendrygał, J.Nowakowski, J.Piekarski, L.Sokołowski, A,Krupski i J.Przybylski. 
     Żyrardów zyskał w końcu kościół na miarę swoich aspiracji, jedną z najokazalszych budowli sakralnych na całym Mazowszu. Smukłe 75-metrowe wieże oraz sama kubatura 12870 m sześciennych, czyni kościół farny obiektem monumentalnym. Elewacja frontowa została bogato zdobiona, z profilami, galerią oraz wielkimi oknami u podnóża wież oraz ogromną rozetą maswerkową nad galerią. Front kościoła ozdabiają jakże charakterystyczne dla chrześcijaństwa figury salamander oraz pseudorzygacze ozdobione postaciami gargulców.  Sam kościół podobny jest do kościoła wiedeńskiego, ale również porównuje się go do katedry kolońskiej, wydaje się jednak iż trochę nad wyraz.

      Niemniej jednak Kościół pw. Matki Bożej Pocieszenia możemy zaliczyć do tego typu podobnych świątyń, których projekty wyszły spod ręki Józefa Piusa Dziekońskiego, Katedry Św. Michała Archanioła i Św. Floriana Męczennika w Warszawie, Bazyliki Mniejszej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Białymstoku czy Katedry Opieki Najświętszej Maryi Panny w Radomiu. Gdyby nie nieodwracalne zniszczenia podczas II wojny światowej kościoła praskiego, charakteryzował je zbliżony wystrój i łatwe do zauważenia podobieństwo.
      To co zachwyca nasze oczy na zewnątrz, w podobnym, a może i nawet większym stopniu cieszy, kiedy przekroczymy drzwi prowadzące do wewnątrz fary. Bogactwo i unikalność wystroju oraz ogrom przestrzeni pozostawia ślad w pamięci na długi czas. To jednak temat na inną okazję.