Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla początkujących. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla początkujących. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 marca 2014

Epizod 65: Ocalony żyrardowski kirkut




       Wyjeżdżając z Żyrardowa starą drogą na Henryszew, czyli dzisiejszą Mireckiego,  na końcu tejże ulicy po prawej stronie, za starą drucianą siatką można zobaczyć pozostałości po żydowskim kirkucie, który na szczęście mimo upływu lat i nieprzychylnych historycznych wydarzeń nadal, choć tylko w niewielkiej części, ale jednak zachowuje w pamięci historię żydowskich rodzin żyjących w tym robotniczym mieście.
      Założony w 1874 roku, na terenie  wówczas odległym od najbliższych zabudowań, przeznaczony został na miejsce pochówku coraz prężniej rozrastającej się gminy żydowskiej. Teren ogrodzono płotem, a następnie kolejne rzędy nagrobków, macew, czy tych ostatnich z tumbami, czyli betonowymi półwalcami ustawianymi na macewami, wypełniał powoli przestrzeń cmentarza. Do dziś zachowało się ponad sto pomników, w różnym stanie. Niezależnie jednak  od tego, każda z macew zachwyca walorami artystycznymi, stylistyką oraz widocznym gołym okiem wybitnym poziomem sztuki kamieniarskiej i zdobniczej.
 
      Pionowe płyty z piaskowca zwieńczone zostały najpopularniejszymi symbolami wykuwanymi w ich górnej części. Czy to  świeczniki, lwy, orły, czy też puszki ofiarne, szafy z książkami oraz dłonie uniesione w geście błogosławieństwa.  Wieńczą one półokrągłe zakończenia, mówiąc przy okazji, kto został w danym miejscu pochowany. Mężczyzn z rodu Aarona reprezentowały błogosławiące dłonie, lekarzy – wąż Eskulapa, dzban i misa – potomków Lewiego, lew symbolizujący plemię Judy, czy w końcu jeleń jako pokolenie Naftalego. 
    W całych tych oznaczeniach poszczególne imiona, zawody bądź obejmowane stanowiska miały po prostu swój symboliczny odpowiednik.  W części środkowej macewy znajdują się inskrypcje w języku hebrajskim bądź jidysz, a na kilku pomnikach spolonizowanych Żydów również w języku polskim. Owe inskrypcje zawierały wiele informacji dotyczących zmarłego i jego życia, dzieląc się na części informacyjną, czyli kto został pochowany, laudacyjną – pochwałę życia zmarłego oraz lamentacyjną, wyrażająca ból. Żydzi prześcigali się w wychwalaniu cnót, zacności, pobożności, czy też bogobojności i dzielności osób zmarłych, jakże odmiennie od dzisiejszych standardów prezentowanych na katolickich cmentarzach.
        Sam rytuał przygotowania i pochówku przebiegał jakże odmiennie od naszego. Ciało musiało być pochowanie w przeciągu 24 godzin od śmierci. Organizacją zajmowała się grupa mężczyzn bądź kobiet w zależności od płci zmarłego. Ciało było dokładnie myte i czyszczone łącznie z przewodem pokarmowym, także za pomocą lewatywy. Zmarły nie mógł pozostać sam, aż do pogrzebu, co związane było z szacunkiem dla współbrata. Ciało zawijano w biały całun na znak oczyszczenia i układano je w zwykłej drewnianej trumnie, ponieważ po śmierci wszyscy są równi. Pochówku dokonywało się w ziemi i niedopuszczalne było kremowanie czy balsamowanie. Jak widać pogrzeb żydowski miał w sobie wiele tradycyjnych rytuałów ściśle przestrzeganych przez gminę. 
         
     Na żyrardowskim kirkucie znajduje się również symboliczny obelisk zakończony płomieniem, poświęcony pomordowanym przez hitlerowców Żydom oraz Samuelowi Meppen’owi, niestrudzonemu orędownikowi  odbudowania cmentarza po wojennych zniszczeniach. Żyrardowska nekropolia oprócz tradycyjnych macew zawiera również dwa obeliski z czarnego granitu poświęcone małżeństwu Oxner -  Benjaminowi i Salomei, żydowskiemu przedsiębiorcy, na tyle zasymilowanemu z Polakami, iż ich nagrobki zawierają także polskie napisy.
     Patrząc na wielkość terenu jaki został przeznaczony pod cmentarz, możemy być pewni, iż zachowane nagrobki to tylko niewielka część pierwotnej ich liczby. Potwierdza to również fakt brukowania m.in. wjazdu do szkoły muzycznej przez Niemców podczas II wojny światowej tymi właśnie macewami. Kilka furmanek płyt pokryło wjazd na teren starej szkoły, gdzie okupant rozlokował swoje tabory, dewastując w ten sposób delikatne macewy z piaskowca na zawsze zniszczył dużą część historii miasta Żyrardowa.

wtorek, 4 marca 2014

Epizod 61:Podblich, czyli dzielnica domów czynszowych

       Podblich, czyli jedna z historycznych dzielnic Żyrardowa zlokalizowany został wzdłuż ulicy Wiskickiej (dziś 1-go Maja) oraz odchodzących od niej prostopadle mniejszych ulic. Jakże charakterystyczną cechą Podblichu był czytelny podział na część przemysłową, obejmującą południowa stronę ulicy Wiskickiej wraz z "Bielnikiem" oraz typowo mieszkalną, po drugiej stronie głównej arterii Żyrardowa. Co do części południowej teren dzielnicy został historycznie, sztywno zaznaczony, jednak część północna, bliżej Teklinowa, płynnie zlewała się właśnie z pobliską, niemiecką wsią, dodatkowo własnie częściowo, na południowych gruntach Teklinowa, została założona dzielnica Podblich.
     
plan  Bielnika z 1921 roku
  Najstarsze ulice dzielnicy wytyczono w końcu XIX wieku. Miodowa, Kamienna, Piękna, Leszno czy Jasna zabudowane zostały w większości czynszowymi kamienicami, których włascicielami byli zamożni Niemcy, często posiadacze pobliskich gruntów, którzy zyski zaczęli przeznaczać na budowę murowanych, piętrowych domów popularnie zwanych "czynszówkami". Korzystali z nich głównie robotnicy pobliskich zakładów, gnieżdząc się w ciasnych izbach pozbawionych podstawowych i elementarnych "wygód".
      W ten oto sposób w historię dzielnicy jak i całego miasta wrosły rodziny i kamienice Wittów, Kunstów, Haeberle, Klattów, czy Szmidtów. Do tego stopnia wpłyneli oni na życie Podblichu, iż mieszkańcy dla nazwania poszczególncyh kamienic, czy nawet ulic, używali potocznych nazw pochodzących od ich właścicieli. Tak w świadomości osób zamieszkających Podblich funkcjonowały domy Ananiasza Klatta, ulica Karola Witta posiadacza młyna przy ulicy Ogrodowej 12, czy Szmidta własciela jednej z garbarni na Teklinowie, a także kamienica i piekarnia Jana Haeberle'go wraz z "przechodniakiem", który zachował sie do dnia dzisiejszego. Działała tam również popularna Ajzertówka, czyli stolarnia Ajzerta zajmowana w późniejszym okresie przez spółdzielnię stolarzy. Domy czynszowe znajdowały się również po zachodniej stronie ulicy Teklinowskiej, czy przy ulicy Bratniej (dziś Kilińskiego), przy której dla odmiany część domów należała do Żydów, mieszcząc wiele warsztatów szewskich i krawieckich.
stare zabudowania Podblichu
Podobnież właśnie jeden z takich domów, okazały drewniak z galerią na piętrze, został przeniesiony na ulice Tylną (16-go Stycznia), gdzie ostał się do lat sześdziesiątych. Dalsze ulice Podblichu, czyli Gdańska i Miodowa również zabudowane były drewnianymi domami czynszowymi, zamykającymi ich wyloty w kierunku Telkinowa.  Podblich graniczył od południa z Podlasem i "pałacykami", a od północy z pobliskim Teklinowem. Wschodnia granica stykała się z Osadą, zachodnia zaś rozlewała się w kierunku Starych Kozłowic. Teren budynków fabrycznych odgrodzony był od ulicy Wiskickiej długim, ponad półkilometrowym, białym murem, który został postawiony przez włoskich betoniarzy w latach 1910-1912, mur który niestety rozebrano wiele lat temu. 
plan z widokiem na Podblich i Teklinów z 1921 roku
Podblich to również koszary wraz ze stacjonującą sotnia kozaków, która na stałe wryła sie w obraz Żyrardowa po strajku z 1883 roku, zlokalizowane na terenie między innymi dzisiejszej staży pożarnej. Jako, że Podblich i pobliski Telkinów były we władaniu Niemców na końcu ulicy Wiskickiej ulokowano kościół baptystów, który zbudowano w 1895 roku.W końcu Podblich to również dwa krzyże "niebieski" i "złoty" stanowiące jakże charakterystyczne punkty odniesienia w terenie oraz górująca nad okolicą wieża strażacka, której niestety juz nie ujrzymy.
      Dawniej Podblich miał nawet swoja ulicę - Blichową, później Bielnikową, którą przechrzczono na Sławińskiego. Teren rozciągający się właśnie od tej ulicy, a po wybudowaniu koszar dla Kozaków, na wysokości ulicy Leszno zajmowała łąka, ciągnąca się aż do Starych Kozłowic. Na tej łące aż po horyzont, szeregi wbitych palików, a na nich rozpięte lniane płótna falowały na wietrze wybielając się naturalnie wystawione na działanie promieni słonecznych.
      Dziś tak po koszarach, jak i bezkresnych łąkach nie ma śladu. Nie ma śladu również po Ajzertówce. Pozostało jednak wiele domów pamiętających dawne lata, kiedy to codziennie, o bladym świcie, tłumy robotników zmierzały w kierunku pobliskiej fabryki.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Epizod 55: Szpital Fabryczny

         Organizując pierwszy żyrardowski szpital w przystosowanym do tego domu fabrycznym zdawano sobie sprawę, że jest to tylko działanie doraźne i  tymczasowe. Było to jednak konieczne zwłaszcza, że w okolicy po likwidacji wiskickiego szpitala nie było żadnego wyspecjalizowanego ośrodka pomocy zdrowotnej dla coraz to bardziej rozwijającej się populacji robotników fabrycznych. Stary szpital ze swoimi czterdziestoma miejscami nie spełniał nawet w połowie norm w ilości łóżek w ośrodkach zdrowotnych w Królestwie Polskim.
 Zdecydowano wówczas o jak najszybszym zaprojektowaniu i budowie nowego szpitala. W jego powstanie zaangażował się Karol Dittrich junior przeznaczając znaczne środki na jego budowę. Na wydzielonym placu o powierzchni 2/3 ha, w kwadracie ulic Długiej, Teklinowskiej, Szkolnej i Kościelnej, zaprojektowano przyszły szpital. Przebywający często w Prusach Karol Dittrich junior podpatrywał nowoczesne rozwiązania stosowane w tamtych szpitalach, a następnie przeniósł najlepsze i najnowocześniejsze na żyrardowski grunt. Tak oto, oglądając szpitale w Dreźnie, Poczdamie, czy Freinaldorfie, głównie jednak wzorując sie na szpitalu "Carola" z Drezna, udało się stworzyć jedną z najnowocześniejszych placówek służby zdrowia. Podczas owych podróży wielokrotnie korepspondował  m.in. z dr Hay'em omawiając przyszły kształt i funkcjonalności, praktycznie szacując koszty, nie szczędząc jednak środków, jeśli dana sprawa tego wymagała.
Przeznaczając 225 tyś. rubli, K.Dittrich junior mógł dowolnie i swobodnie kształtować przyszły wygląd i użyteczność według własnego wyobrażenia. Budowę rozpoczęto w 1892 roku i trwała ona dwa lata. Nowo powstały szpital składał się z budynku głównego połączonego z dwoma bocznymi pawilonami zgodnie z ówczesnymi zwyczajami podzielonymi na męski i żeński. Zgodnie z najnowocześniejszymi technologiami szpital posiadał centralne ogrzewanie typu wentylacyjnego, kanalizację oraz elektryczne oświetlenie korzystając z fabrycznego prądu. W budynku założono oddział chirurgiczny z własną salą operacyjną, oddział wewnętrzny, ginekologiczno-położniczy, zakaźny oraz psychiatryczny, ulokowany w odrębnym budynku. Szpital posiadał łącznie 80 łóżek. Ponadto na górnej kondygnacji wydzielono cztery pomieszczenia dla urzędników.
Budowę szpitala zakończono w 1894 roku, ale aż dwa kolejne lata przyszło czekać na wyposażenie w potrzebny sprzęt. Zapewne na otwarcie placówki trzeba by było czekać dłużej, gdyby nie nagła choroba jednego z dyrektorów fabryki i pilna konieczność hospitalizacji w styczniu 1896 roku. Pierwszym dyrektorem szpitala został dr Zenon Tokarski..

W 1898 roku wybudowano ponadto barak dla chorych na cholerę. Posadowiono go poza terenem szpitala na przedłużeniu drogi na cmentarz. W roku 1900 na tyłach , w ogrodzie, wybudowano altanę, a w 1903 roku werandę do leżakowania.
budynek dawnego oddziału psychiatrycznego

 Szpital stał sie jedną z najnowocześniejszych placówek w Królestwie Polskim. Wyposażenie szpitala dostarczały najprzedniejsze firmy, jak Siemens czy Wetter&Kelling. Ogrzewające szpital piece węglowe umieszczono w piwnicach, a centralne ogrzewanie dostarczyłą firma Emil Kelling z Drezna. Główne wejście znajdowało się od strony ulicy Długiej, na tyłach zaś zlokalizowano ogród, budynek oddziału psychiatrycznego, kostnicę, budynki gospodarcze, a nawet kurniki.

nagrobek pielęgniarki na cmentarzu ewangelickim

             Dziś otoczenie szpitala uległo diametralnej zmianie. Ulicę kościelna na odcinku Dluga-Teklinowska (Limanowskiego-Waryńskiego) wchłonął teren szpitala. Dawne pola uprawne obecnie zagospodarowano budynkami administracji, czy oddziałami neurologicznym i paliatywnym. Nie ma już starej kostnicy oraz budynków gospodarczych, a część dawnego ogrodu zajmuje nowy pawilon. Zamknięty został również na głucho dawny oddział psychiatryczny. Czas i wymuszone zmiany dotknęły również głowny budynek. Pierwotne wejście przerobiono na kolejne okno zagospodarowując dawny hol na gabinety. Same pawilony zmodyfikowano, a męski nie mieści już żadnego oddziału, przerobiony na ambulatorium, izbę przyjęć, czy gabinety zabiegowe. Również żeńska część zmieniła swoje pierwotne przeznaczenie, służąc obecnie najmłodszym pacjentom oraz oddziałowi otolaryngologii.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Epizod 49: Egzekucja pod ceglanym murem

            Dwudziestu czterech wychudzonych, ubranych w łachmany, ze związanymi rękami i zagipsowanymi ustami, Głowy ich tonęły w czarnych, papierowych niby workach. Gdzie się nie obejrzeć, wszędzie Niemcy. Szeregowcy, oficerowie, nawet pielęgniarki z pobliskiej szkoły im. Konopnickiej przerobionej przez okupanta na szpital wojskowy pojawiły się gnane ciekawością, a teraz nic nie robiąc sobie z dziejącego się dramatu flirtowały z obstawiającymi plac im. Hitlera żołnierzami. A oni stali już tak dłuższy czas, czekając na nieuchronne. Stali pod murem tkalni. 
       Dwudziestu czterech obywateli pojmanych kilka tygodni wcześniej na fali zakrojonych na szeroką skalę łapanek przetaczających się jak walec przez Generalna Gubernię. Dowieziono ich z Pawiaka, oskarżając o działanie na niekorzyść Rzeszy. Wiadomym było, że jest to jednak typowa akcja odwetowa, odwet za wcześniejszą śmierć żołnierza niemieckiego oraz ranienie dwóch innych. Można domniemywać, iż chodzi o nieudany zamach na Paprzyckiego, a konkretnie pomylenie jego osoby z Berentem, którego zastrzelili Skrowaczewski z Wolskim ps. Wilk"                 
      Dokładnie o godzinie 11:55 najpierw jedna, a następnie kolejna salwa zagrzmiały w centrum Żyrardowa. Kiedy ucichło echo wystrzałów, oczom obecnych ukazał się potworny widok. Dwadzieścia cztery ciała w rozszerzającej się kałuży krwi, leżały pod ceglanym murem tkalni. Tych, którzy się ruszali SS-man dobijał z pistoletu. Po wykonaniu „zadania” żołnierze załadowali ciała na ciężarówkę i wywieźli w nieznanym kierunku, natomiast inni za pomocą specjalnie przygotowanego piachu maskowali krwawe ślady. 
Niemcy do egzekucji przygotowali się w każdym calu. Droga przez miasto, od strony przejazdu była obstawiona przez żołnierzy, a sam plac odgrodzony kordonem wojska. Ludność polska dostała kategoryczny zakaz obserwowania egzekucji, a każda osoba przypatrująca się przez okna mogła liczyć się z utratą życia. Lufy karabinów omiatały pobliskie budynki czekając tylko na możliwość wypuszczenia serii. Na szczęście dla zachowania tejże tragicznej historii jeden z pracowników magistratu, Jan Gmurek z narażeniem życia obserwował skrycie poczynania Niemców na zewnątrz, czyny które następnie mógł przekazać. A mógł znaleźć się wsród zamordowanych. Tylko interwencja pracownicy Behnke, która zaręczyła za niego, iż nie można pozbyć się tak wykwalifikowanego księgowego oraz referenta budżetowego, uratowało go od niechybnej śmierci.  
        Co w takim razie wpłynęło na tak bestialską zbrodnię? Otóż nasilenie terroru związane było z wejściem w życie rozporządzenia gubernatora Hansa Franka z 2 października 1943 roku „o zwalczaniu zamachów na niemieckie dzieło odbudowy w Generalnym Gubernatorstwie”. Aby złamać polski ruch oporu postanowiono stosować odpowiedzialność zbiorową, a czyn dokonany traktowano na również z planowanym. Jedyną słuszną karą był wyrok śmierci z natychmiastowym wykonaniem. Starano się w ten sposób zastraszyć społeczeństwo polskie, a miejsca straceń wybierano celowo w centrach miast i miasteczek, aby w jak największym stopniu nadać wysokiego znaczenia pospolitemu mordowi. Celowe było również wywieszanie obwieszczeń informujących o wykonanym wyroku. 
       Oczywiście pod pojęcie „zamachów” podciągnięto nawet nielegalny handel, czy ubój. Wszystkie niemieckie posterunki zostały wyposażone w daleko idące pełnomocnictwa łącznie z powoływaniem doraźnych sądów, które wymierzały kary. Jakby tego było mało, od 25 września 1943 roku, dowódcą SS i Policji w dystrykcie warszawskim został mianowany Franz Kutschera zwolennik twardej ręki i masowych egzekucji jako jedynego środka na spacyfikowanie krnąbrnych Polaków. Za rządów Kutschery właśnie, na ulicach miast dystryktu, odbywały się egzekucje miejscowych obywateli dowożonych specjalnie wprost z Pawiaka. Taka właśnie egzekucja miała miejsce w Żyrardowie owego krwawego czwartku, 18 listopada 1943 roku.

       Następnego dnia na mieście, okupant porozwieszał obwieszczenia informując, iż m.in. za nielegalne posiadanie broni oraz udział w nielegalnych organizacjach, w dniu 17 listopada na karę śmierci zostało skazanych 46 osób. Pierwszych dwudziestu z listy rozstrzelano właśnie w Żyrardowie, następnych dwudziestu w Grodzisku Mazowieckim. Obwieszczenie mówiło tylko o dwudziestu. Jak widać dla Niemców cztery kolejne ludzkie życia były nic nie warte. Każdy jednak doskonale wiedział, że owo obwieszczenie było tylko fałszywym oskarżeniem. Tak naprawdę egzekucja pod murem była pospolitym i okrutnym odwetem.
     Pozostałe sześć osób zostało "dobrodusznie" uwolnionych, z przesłanką zadenuncjonowania kolejnych osób, winnych czy niewinnych, nie miało to znaczenia.

     Egzekucji dokonałi niesławni dla miasta oficerowie SS z 11 korpusu III batalionu 12 pułku SS wraz z miejscową policją. 

     Waschow, Leber, Karl Amman, Wilhelm Wiesel, Federmann, Pralle, Schund oraz Józef Hottinger, dowódca z willi "Wanda", to nazwiska zbrodniarzy, których ręce splamione zostały krwią polskich obywateli. Niestety żaden z nich nie poniósł kary za swoje niecne czyny.

      Po wojnie, Waschow pełnił funkcję oficera policji w Getyndze, mieszkając sobie spokojnie w podmiejskiej willi, Wiesel był policjantem w Hamburgu, Amman w Ulm, Pralle oraz Schund w Hanowerze. Wszyscy wiedli spokojne życie. Na fali protestów, które przetoczyły sie przez Żyrardów w latach 60-tych rozpoczęto miejscowe zbieranie świadków i dowodów zbrodni ludobójstwa, jednak to i nawet zeznania Franza Schattenmana - kucharza z Schuppo, który obsługiwał morderców w willi "Wanda" na łamach dziennika "Die Tet" nie przekonały zachodnioniemieckiego prokuratora do wszczęcia śledztwa, formalnie "z braku dowodów winy".

      Dwudziestu czterech polskich obywateli, żołnierzy AK, GL, działaczy PPR, czy w ogóle nie związanych z konspiracją, ojców, braci oraz dziadków  zginęło tego dnia pod ceglanym murem fabrycznym w Żyrardowie.


Stefan Zieliński                   Zygmunt Engelholm                 Kazimierz Bieganowski
Henryk Ekielski                    Stanisław Majorek                 Franciszek Flaszczyński
Bronisław Sentowski        Mieczysław Kotowicz              Karol Wiśniewski
Leonard Czarnecki            Karol Doczkał                            Mieczysław Maciejewski
Leon Nowak                       Aleksander Kubaj                     Edward Gogola
Stanisław Ruciński           Ryszard Kloc                              Jan Grabalski
Maksymilian Gutowski    Marian Ruciński                       Bolesław Pawłowski
Antoni Stasikowski          Mieczysław Pliszkiewicz         Stanisław Sztark

                                               Cześć ich pamięci!!!

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Epizod 47: Pałacyk Tyrolski, czy "Straszny Dwór" - historia najpiękniejszej żyrardowskiej willi


                Zwiedzając  fabryczny Żyrardów łatwo znaleźć pięknie odnowiony, utrzymany w jasnych kolorach charakterystyczny budynek zwany Pałacykiem Tyrolskim lub z racji swojej mrocznej historii „Strasznym Dworem”, a znajdujący się przy ulicy Limanowskiego.
Jednak jeszcze kilka lat temu zaniedbany i opuszczony straszył przechodniów swoim wyglądem, obdrapaną elewacją oraz zapuszczonym ogrodem na tyłach podsycając tym bardziej legendarną historię „damy z czerwoną różą we włosach” przechadzającą się o północy po niezliczonych pokojach willi i odstraszającej kolejnych właścicieli.
             

  Dziś, po generalnym remoncie, znów cieszy oczy mieszkańców miasta przypominając dawne świetlane czasy, kiedy to Osada zarabiała ogromne fundusze na korzyść właścicieli zakładów, a pałacyk był wizytówką Dittrichów.  
              Pałacyk Tyrolski wybudowany został w latach 1867-1871 jako reprezentacyjna willa właściciela Karola Augusta Dittricha. Na tyłach usytuowana była weranda, której dach stanowił taras wyższej kondygnacji. Jej okna wychodziły na piękny i malowniczy ogród z licznymi drzewami i krzewami pomiędzy którymi usadowiona została drewniana altana, którą po remoncie możemy podziwiać do dziś. Tuż obok wybudowana została piętrowa oficyna mieszcząca stajnie, pomieszczenia gospodarcze, a także pokoje gościnne. Owa oficyna również przetrwała do dnia dzisiejszego służąc obecnie jako budynek mieszkalny.

             
dawna oficyna
          Jednak to co najpiękniejsze, niedostępne było dla oczu zwykłych robotników żyrardowskich. Wnętrze willi urządzono bowiem z ogromnym przepychem i elegancją. Bogactwo szczegółów cieszyło oczy nielicznych, którzy mieli możliwość przekroczenia progu budynku. Marmurowe kominki, bogato zdobione boazerie, sufity z podwieszanymi żyrandolami, czy ściany obite drogimi tkaninami, a to wszystko przyozdobione kunsztownymi meblami, świadczyło o wielkim bogactwie właścicieli.  
Po ślubie córki starego Dittricha, Anny Luizy Fryderyki  z Ludwikeim Marcellinem młodzi zamieszkali w pałacyku. Mówi się, że w ten sposób Dittrich chciał aby nowy dom choć trochę przypominał Marcellin’owi – dyrektorowi w zakładach, jego rodzinne strony.

         Tragedia jaka wydarzyła się wkrótce w czterech ścianach pięknej willi, na zawsze już rzuciła złą sławę na pałacyk. Śmierć w pożarze miesięcznej córeczki młodych mieszkańców obrosła legendą.  Mimo, iż Dittrichowie opuścili miasto, zła sława pozostała. Zaczęto widywać w oknach na piętrze kobietę ubraną na biało, z czerwoną różą we włosach, przemieszczająca się po  pokojach. Z tego też powodu willa otrzymała mało zachęcająca, dla potencjalnych nabywców, nazwę „Straszny Dwór”.

drzeworyt z Tygodnika Ilustrowanego z 20 stycznia 1872 roku

            Po wyprowadzce właścicieli willa długo stała pusta, stając się w dwudziestoleciu międzywojennym własnością niesławnych "francuskich niszczycieli" fabryki.  W okresie II wojny światowej pałacyk szczęśliwie omijały działania zbrojne, a po zakończeniu konfliktu stał się siedzibą m.in: biura Zakładów Lniarskich, przychodni lekarskiej,  Związków Zawodowych, Zespołu Opieki Zdrowotnej, czy w latach 70-tych lokalizacją dla Biblioteki Miejskiej oraz redakcji „Życia Żyrardowa”.
 

         To tu również 27 października 1981 roku gościł Lech Wałęsa jako, że siedzibę w Pałacyku Tyrolskim miał Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”.





piątek, 20 grudnia 2013

Epizod 41: Jak Żyrardów prawa miejskie otrzymał


         Kiedy wojska niemieckie zbliżały się nieubłagalnie do Żyrardowa, Rosjanie w pośpiechu opuścili osadę, kierując swoje oddziały w stronę Mszczonowa. 18 IV 1915 roku oddziały niemieckie pod dowództwem rotmistrza von Armin’a opanowały Żyrardów.
       Kiedy rotmistrz pojawił się niespodziewanie w Domu Ludowym, gdzie odbywało się walne zebranie około 400 osób, na którym właśnie powoływano milicję obywatelską do utrzymywania porządku w mieście, i przedstawił listę dwunastu paragrafów nakładających kontrybucję na miasto, na sali zapanowała konsternacja. Przedstawione pismo odnosiło się do miasta Żyrardów, a przecież Żyrardów miastem nie był.
      

       Jakież było zdziwienie niemieckiego oficera, kiedy Józef Procner, przyszły, pierwszy burmistrz nowopowstałego miasta wstał i poinformował, że te przepisy nie mogą zostać zatwierdzone z tego oto błahego powodu. Dla Niemca było rzeczą nie do pomyślenia, że Żyrardów w rzeczywistości miastem nie był. Jako, że rotmistrz zdążył już wcześniej poznać osobę Procnera oraz wiedział, że ten oto człowiek zna język niemiecki wpisał jego nazwisko na dokumencie. Wpis ten niósł za sobą daleko idące konsekwencje, gdyż  kierował on bezpośrednio do Procnera rozkaz jak najszybszego, ale nie dłużej niż w przeciągu trzech dni, stworzenia granic miasta.
       

      Procner, jak na niego przystało, zabrał sięod razu do pracy. Razem ze swoim synem rozrysowali przyszłe granice, obejmując obszar zamieszkany przez około 30 tysięcy osób oraz zajmujący sześć wsi. Nowo określone granice obejmowały Osadę Fabryczną, Rudę, Podlas, Marjampol, część Teklinowa oraz Bieganów i Papiernię z Parkiem Ludowym. W granicach miasta został ujęty również folwark z browarem, garbarnia Schmidtów oraz trzy cmentarze.
      

       Zadanie to Procner wykonał bez najmniejszego zarzutu stając się pierwszym burmistrzem Żyrardowa. Niestety cały ten moment w historii miasta nie został szczegółowo opisany w literaturze, a praktycznie jedynym źródłem, jakim możemy się posiłkować, są pamiętniki Józefa Procnera, które wnoszą, mimo swojego oczywistego subiektywizmu oraz podeszłego wieku pisarza w momencie ich tworzenia, niezaprzeczalny i wiele znaczący wkład w ustalenie okoliczności w jakich Żyrardów stał się miastem.
       

     Tak oto 10 grudnia 1916 roku Żyrardów otrzymał prawa miejskie wraz z Pruszkowem, Otwockiem i Piasecznem.
      


    Może dziwić to, że Żyrardów tak późno otrzymał prawa miejskie, było to jednak zamierzone działanie Dittrichów,  najpierw ojca, a później syna. Otóż dużo bardziej opłacalne było pozostanie wsią w realiach zaboru rosyjskiego, chociażby z powodu konieczności nalożenia podatków na miasta. Ponadto oznaczałoby to konieczność zmiany statusu osady z prywatnej na państwową, z czym naturalnie wiązałoby się zwiększenie kosztów na utrzymanie administracji.

niedziela, 15 grudnia 2013

Epizod 40: Krótka historia kładki nad torami

      Historia dzieje się na naszych oczach. Co jakiś czas z panoramy Żyrardowa znika jakiś budynek, zagospodarowuje się nowe tereny, powstają nowe ulice. Nieczęsto jednak zdarza się aby tak charakterystyczny punkt miasta obrócił się w pył w kilka dni. Mowa o niezapomnianej, zwłaszcza dla podróżujących codziennie koleją, kładce nad torami, która niedawno przeszła do historii. Kładka, którą zburzono praktycznie w kilka dni przygotowując miejsce pod nowoczesne przejście podziemne, przetrwała 35 lat. 

rys. R.Smolińskiego
       Kiedy po wielu latach zgłaszania postulatów jej budowy, w 1977 roku w końcu postanowiono zrealizować tą inwestycję, zwłaszcza, że "po drugiej stronie torów" rozwijała sie prężnie dzielnica przemysłowa. Coraz więcej ludzi, aby skrócić sobie drogę do pracy, wybierało dzikiej przejście miast korzystać w tunelu. Fakt ten nie dziwił zbytnio, gdyż jedyne najbliższe przejście znajdowało się właśnie pod tunelem kilkaset metrów na południe. Dzięki temu dzikiemu przejściu można było zaoszczędzić kilka cennych minut. Taka sytuacja zmusiła Dyrekcję Kolei Państwowych do współpracy i postanowiono sfinansować inwestycję. Rozpoczęta w 1977 roku przeciągnęła się aż do wiosny 1978. Powodem, jak każdym przypadku  w tamtych czasach, były permanentne braki materiałów dostarczanych, w tym przypadku przez hutę "Pokój". Już jednak w sierpniu 1977 roku hucznie obchodzono symboliczne wkopanie kamienia węgielnego oraz puszki z aktem erekcyjnym w fundamentach pierwszego filara. 
    
    Akt erekcyjny głosił dumnie:

"Realizując zapotrzebowanie społeczne wyrażone w licznych postulatach mieszkańców, władze miasta i Dyrekcja Kolei Państwowych w Warszawie podjęły decyzję budowy nad torami kolejowymi kładki, która połączy miasto w rozbudowującą się dzielnica przemysłową. W dniu 24 sierpnia 1977 r. dokonano uroczystego wmurowania kamienia węgielnego pod budowę kładki nad torami kolejowymi w Żyrardowie."


       Mimo zapewnień, że budowa zakończy się w 1977 roku, szybko okazało się, że prace nie mogą przebiegać rytmicznie, gdyż wszystko uzależnione było od przydziału, nie tylko materiałów budowlanych, ale również dźwigów samojezdnych i kolejowych, niezbędnych do wykonania prac.
Dopiero w przeddzień 1-Majowego Święta w 1978 roku, po ponad 20 latach postulatów, Żyrardów otrzymał bezkolizyjne przejście nad torami, dzięki heroicznej pracy 13 Brygady Budowlano-Montażowej Przedsiębiorstwa Robót kolejowych. 
Robotnicy trzynastej brygady skrócili normatywny cykl budowy o dwa miesiące i doskonale wywiązali sie z powierzonego zadania. Tak brzmiało oświadczenie po zakończeniu robót. 
29 kwietnia 1978 roku serdeczne podziękowania dla brygady robotniczej oraz dla dyrektorów zaangażowanych w budowę kładki wyraziła nawet I sekretarz KM PZPR Elżbieta Bakuła. Po przecięciu wstęgi notable odbyli pierwszy spacer nad torami. Na kilka kolejnych dni żyrardowska kładka stała się centrum miasta, a tłumy mieszkańców co chwila dokonywały odbioru technicznego. Koszt budowy wyniósł 7 milionów złotych.

Dziś po kładce pozostały nam jedynie zdjęcia i wspomnienia.



         

środa, 11 grudnia 2013

Epizod 39:Żyrardowski "Familijniak"


          Dziś, po zgoła pięćdziesięciu latach od ostatniego kapitalnego remontu "Familijniak" znów nie prezentuje się najlepiej. Odpadające tynki, przestarzała konstrukcja oraz nieergonomiczne pomieszczenia, klatki schodowe oraz korytarze, aż proszą się o ponowny remont i dostosowanie do dzisiejszych realiów. Zwłaszcza, że mury te, pamiętają najstarsze dzieje Żyrardowa, kiedy to ulica Familijna kończyła się na wysokości Szkolnej, a osiedle "czerwoniaków", z których słynie miasto było tylko pieśnią przyszłości.
        Żyrardowski kolos, wybudowany w latach 60-tych XIX wieku, niesie ze sobą kawał historii miasta, fabryki, a przede wszystkim pokoleń jego mieszkańców, z których każdy mógły opowiedzieć swoją własną historię.


       W pierwotnych zamierzeniach "Familijniak" miał być tylko koszarami przejściowymi na czas budowy nowego osiedla robotniczego w Osadzie. Widząc jednak jego potencjał postanowiono umieścić w nim magazyn fabryczny. 
"Familijniak"
       Po pewnym czasie, kiedy produkcja zaczęła wzrastać, zagospodarowywano na sale fabryczne wszelkie izby (należy pamiętać iż w początkowej fazie rozwoju osady większość warsztatów ręcznych mieściła sę w mieszkaniach robotników) i oczywiście nie pominięto tego kolosa. W kilku salach, na ręcznych krosnach, wytwarzano piękne tkaniny. Kiedy większość ręcznych krosen zlikwidowano, zamieniając je na wydajniejsze, mechaniczne zlokalizowane w murach fabryki, budynek przerobiono w końcu na mieszkalny. 

      Po niezbędnych przeróbakch udał się wygospodarować kilkadziesiąt lokali. Przerobiono parter oraz II i III piętro, tworząc mieszkania jedno i dwuizbowe. I piętro, odmiennie od reszty budynku, zajmowały w większości cztery sale, wynajmowane najbiedniejszym osobom, głównie samotnym kobietom zwanym potocznie "salówki". Każda z nich miała swój skromny i niewielki kąt, przegrodzony przeważnie kotarą, zasłonką, szafą lub najzwyczajniejszą w świecie derką zamocowaną na sznurkach. Niewielka powierzchnia pozwalała jedynie na postawienie tam krzesła lub stołka oraz materaca lub niewielkiego łóżka. Panujący wewnątrz półmrok i otaczający zewsząd zaduch nadawały temu miejscu jakże ponury charakter. Jednak nawet za tak wątpliwe luksusy Zakłady pobierały tygodniową opłatę w wysokości piętnastu kopiejek.
       Jeśli chodzi o higienę osobistą to dostępna była toaleta, a raczej wygódka, jedna na piętrze, tak samo jak kran z w wodą Od strony ulicy Wiskickiej wybudowana została drewniana klatka schodowa z krętymi schodami służąca jako droga przeciwpożarowa. 

Niestety każdy nadmiernie eksploatowany budynek ma swoją wytrzymałość, zwłaszcza, jeśli nie jest w żaden sposób konserwowany.  W latach sześćdziesiątych XX wieku budynek na skutek braku jakichkolwiek remontów zaczął rozsypywać się w zastraszającym tempie, stwarzając realne niebezpieczeństwo dla mieszkańców. Budynek, w niemałymi kłopotami opróżniono i po skrupulatnych badaniach ekspertów... postanowiono odremontować. Nim jednak znaleziono wykonawcę robót został on rozszabrowany z każdej cokolwiek wartej części. 

        Dopiero w połowie lat 60-tych przystąpiono do remontu kapitalnego. Wymieniono praktycznie wszystko, łącznie ze stropami i ścianami. Zlikwidowano labiryntowe korytarze, w których jeszcze niedawno nieobeznany z budynkiem gość, mógł zabłądzić szukając wyjścia, wystarczyło jedynie skręcić w złą stronę. Zlikwidowano równiez tak charakterystyczne dla historii "Familijniaka" sale. Cały budynek skanalizowano, a we większych mieszkaniach założono osobne łazienki i ubikacje. Jedyne co pozostało niezmienione, to szara elewacja, która po dziś dzień przyjmuje coraz to ciemniejsze odcienie.

piątek, 29 listopada 2013

Epizod 36: Jak Ruda Guzowska Drogę Żelazną otrzymała - historia Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej



          Jak ważnym i perspektywicznym ośrodkiem przemysłowym na mapie Królestwa Polskiego była Ruda Guzowska w połowie XIX wieku, niech świadczy o tym lokalizacja czwartej z kolei stacji na linii Drogi Warszawsko-Wiedeńskiej, we wsi graniczącej bezpośrednio w Osadą Fabryczną i zakładami, których właścicielem, w momencie projektowania i planowania przyszłej trasy kolejowej, był hr. Łubieński. Ciężka sytuacja w Królestwie oraz szukanie nowych możliwości szybkiego transportowania surowców mineralnych zwłaszcza węgla ze Śląska, który był niezbędny dla nowo powstałych ośrodków przemysłowych  tak w Łodzi jak i w Rudzie, było przyczynkiem do zainteresowania tymże wynalazkiem. Kiedy do granic Królestwa ze swoimi liniami kolejowymi zbliżali się Austriacy, postanowiono połączyć te linie tworząc właśnie Drogę Żelazną Warszawsko-Wiedeńską. 

 Ważność Rudy Guzowskiej wynikała z prostego, ale jakże istotnego powodu, otóż właściciel, tak fabryki, jak i ziem otaczających ją, był również ważną osobistością Banku Polskiego oraz następnie współzałożycielem spółki, której Bank Polski wystawił koncesję na wyłączność budowy przyszłej Drogi Warszawsko-Wiedeńskiej. Hr. Łubieński po założeniu fabryki zwietrzył kolejną okazję do wzbogacenia się. Wzrok jego padł na najnowszy wynalazek pochodzący z Anglii, a mianowicie komunikację kolejową, która kilka lat wcześniej została otwarta na wyspach. Hrabia widząc szansę na pozyskanie ogromnego i perspektywicznego zarobku, a dodatkowo na rozwój zakładów, które od momentu założenia nie spełniały pokładanych w nich nadziei. Założył wówczas, wraz z Piotrem Steinkellerem spółkę, której Bank Polski, a de faco on sam, udzielił koncesji. Spółka zatrudniła inżyniera Stanisława Wysockiego, który miał za zadanie wytyczyć drogę przyszłej linii kolejowej aż do granic państwa w Maczkach  
       Droga jednak do rozpoczęcia budowy była nad wyraz długa. Kosztorys opiewający na 21 mln złotych okazał się nie do udźwignięcia przez spółkę, a dodatkowo kraj po powstaniu listopadowym nie doszedł jeszcze do jako takiej stabilizacji. Rozpoczęto więc rozmowy z bankami zagranicznymi.
kolej "na owies"
Aby zmniejszyć ogromne koszty przedsięwzięcia hr. Łubieński optował za budową linii kolejowej z napędem „na owies”. Siano i owies były wówczas tanie i łatwe do pozyskania. Kosztorys uwzględniający użycie koni zamiast parowozów opiewał na dużo niższą kwotę i jeśli chodziło o ograniczenie kosztów była to atrakcyjna propozycja. Długo rozważano i kalkulowano aż siedem wariantów, trzy trakcji konnej i cztery parowej. Brano pod uwagę nawet rodzaj szyn i sposób układania podkładów. Na szczęście dwóch partnerów spółki doszło do porozumienia, gdyż drugi z nich, Steinkeller, nie chciał słyszeć o koniach. Ustalono, że do Skierniewic napęd będzie parowy na szynach angielskich, dalej wagony pociągną konie. 


     Dopiero jednak 19 stycznia 1839 roku car Rosji Mikołaj I specjalnym ukazem zatwierdził umowę i projekt budowy Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Dekret ten nie przyspieszył jednak prac, a co gorsza niewywiązanie się spółki z zapisów umowy, trudności ze zbytem akcji założonego Towarzystwa Budowy Kolei Żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej oraz wstrzymanie środków z zagranicy doprowadziły do bankructwa i przejęcie inwestycji przez rząd Królestwa w 1842 roku. 
podróż III i IV klasą w XIX w.

       W 1843 roku powołano specjalny Zarząd Drogi Żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej pod kierownictwem niejakiego Dehna, a finansowanie przejął Bank Pożyczkowy Cesarstwa, podejmując się tego karkołomnego przedsięwzięcia, którego pierwszym etapem było wybudowanie odcinka torów z Warszawy do Skierniewic z przystankami w Pruszkowie, Grodzisku Mazowieckim oraz właśnie w Rudzie. 
      29 września 1844 roku dokonano pierwszej próby używając do tego maszyny parowej Cockerilla prowadzonej przez maszynistę Warda. 28 listopada tego samego roku odbyła się pierwsza oficjalna podróz z Warszawy do Pruszkowa. 
podróż I klasą w XIX wieku

      Pierwszy parowóz wiozący namiestnika królestwa i zaproszonych gości trwał 26 minut, co nawet w odniesieniu do dzisiejszych realiów było wynikiem spektakularnym.
     14 czerwca 1845 roku o godz 15 wyjechał z Warszawy pierwszy pociąg do Grodziska składający się z czternastu wagonów wraz z około dwustu zaproszonymi goścmi. Pierwszy wagon zajęła orkiestra wojskowa, która przygrywała przez cała drogę. 

     Warto nadmienić, że pierwsze wagony kolejowe poruszające się po nowo wybudowanej Drodze były to de facto przerobione karety, wozy lub powozy. Wymieniono w nich jedynie zwykłe koła na specjalne, okute, przypominające dzisiejsze koła pociągów, a klas wagonów było aż cztery. 

      Parowozy dostarczyła fabryka J. Cockerilla z Seraing w Belgii. Uroczystego odbioru dokanał namiestnik carski Paskiewicz-Erywański, uroczyście wyświęcając maszyny butelkami szampana. a nadano im jakże polskie nazwy "Wisła", "Rawka", "Warszawa", "Bzura" i "Rogów". Jako pierwsza do eksploatacji weszła "Warszawa" a stało się to 29 września 1844 roku.

     Niespełna 3 miesiące później także Ruda uzyskała połączenie w Warszawą. 

   Wkrótce wybudowano bocznice kolejowe dla Żyrardowskiej fabryki zyskując dogodny środek transportu.


Cała inwestycja zakończyła się w 1848 roku

    I jeszcze na koniec taka ciekawostka. W związku z coraz to silniejszym ruchem pomiędzy Guzowem a Żyrardowem, w 1856 r. geometra Oxner stworzył projekt budowy połączenia pomiędzy stacją Ruda Guzowska, a właśnie Guzowem. Lokalna linia kolejowa miała być obsługiwana trakcją konną lecz nie wiadomo z jakich powodów projekt został zarzucony, mimo szczegółowego planu trasy i przystanków.


niedziela, 3 listopada 2013

Epizod 30: Nie całkiem zapomniany nagrobek - Leon Waligóra


         Niski, niepozorny grób (E3/2/9) ukryty pomiędzy nowszymi i bogatszymi pomnikami zupełnie nie przypomina wzniosłych mogił polskich żołnierzy, na których corocznie zapalone przez tłumy przybyszów, świecą się ogromne ilości przeróżnych lampek i zniczy, przypominając nam o tamtych okrutnych latach okupacji. Również on, Leon Waligóra, wniósł swój wielki wkład w walkę z okupantem, oddając swoje życie za wolność.
     
 
        Leon Waligóra trafił do Żyrardowa po klęsce września 39 r. i pozostał na tym terenie ukrywając się przez hitlerowcami. Dla zmylenia okupanta zmienił nazwisko na Kuran i podjął pracę w cegielni w Radziejowicach.
Tam nawiązał kontakty z żyradowskim ruchem oporu stając sie w krótkim czasie dowódcą 13 plutonu zajmującego się organizowaniem akcji dywersyjnych oraz wykonującego wyroki śmierci.
Leon Waligóra "Leon"

          To pod jego dowództwem udało się zlikwidować volksdeutscha "granatowego" Mathiasa Hegenbardta, czy uszkodzić radiostację w Grodzisku Mazowieckim. Pluton Waligóry zajmował się również wysadzaniem torów, akcjami dywersyjnymi na mleczarnie czy przeprowadzaniem pouczających rozmów z volksdeutschami, którzy zbyt gorliwie traktowani swoje obowiązki po podpisaniu list.  


       Nadszedł niestety pamiętny 5 września kiedy "Leon" został najprawdopodobniej zdradzony. Mówi się nieoficjalnie, że przez zaufanego kompana "Sępa", którego krótko wcześniej aresztowano w Warszawie na ul. Żabiej,. ale nie są to informacje do końca pewne. 
        Niemniej jednak Waligóra wraz z dwoma kompanami został osaczony przez gestopowców w gajówce u zaprzyjaźnionego z AK-owcami Józefa Wiśniewskiego na Piotrowinie, lokalu gdzie czuł się całkowicie bezpieczny. Zaskoczeni partyzanci nie byłi w stanie skutecznie się bronić, gdyż właśnie w tamtym momencie zajęci byli czyszczeniem broni. 





Trzech żołnierzy AK Leon Waligóra, Zdzisław Wolski "Wilk" oraz Józef Kowalczyk "Cietrzew" rzucili się instynktownie do ucieczki. Każdy w innym kierunku. "Leon" boczną furtką wybiegł na pole i zaczął biec w stronę pobliskiego lasu. "Wilk" przeskoczył przez płot na sąsiednią posesję i ukrył się w studni i w ten sposób udało mu się ocalić życie. "Cietrzew" natomiast, jako że wybiegł ostatni, puścił sie przebojem przez podwórko i główną furtkę. Na jego szczęście Niemcy rozbiegli sie po posesji zostawiając jedynie kierowcę przy samochodzie. Zupełnie zaskoczony Niemiec schował się za nim, co pozwoliło partyzantowi dobiec do torów kolejowych, gdzie trafiony został w nogę. Udało mu się jednak, mimo upływu krwi, dostać się do leśniczówki Piotra Kłosiewskiego w Puszczy Mariańskiej. Mniej szczęścia miał Waligóra. Mimo podjętej próby ucieczki, został trafiony i upadł w połowie drogi do lasu na polu buraków, a następnie dobity strzałem w głowę.
miejsce śmierci Leona Waligóry

      Dziś w miejscu śmierci "Leona" stoi pamiątkowy kamień, przed którym praktycznie zawsze świecą się znicze.