Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dittrich. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dittrich. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 lipca 2015

Epizod 117 - Żyrardowski Bielnik - początki

      Nim ktokolwiek pomyślał o powstaniu żyrardowskiego bielnika, młyn Szyszka wypełniał przestrzeń obejmującą obecnie teren naprzeciwko kościoła przy ulicy Stefana Żeromskiego, w parku, w pobliżu dawnego basenu przy ulicy Farbiarskiej.
      Kiedy to na początku XIX wieku zdecydowano o przeznaczeniu tego terenu pod budownictwo fabryczne, z góry skazano młyn Szyszka na likwidację, wykorzystując dogodne tereny pod posadowienie bielnika, którego tak brakowało w początkowych latach funkcjonowania żyrardowskiej fabryki.            
       Temat ten był pilny i naglący, gdyż w pierwszej dekadzie po powstaniu zakładów żyrardowskich, wszystkie tkaniny bielono w Łodzi. 
      W cztery lata po rozpoczęciu lniarskiej historii miasta powstał pierwszy żyrardowski bielnik założony przez Tadeusza Łubieńskiego, bielnik który rozpoczął swą działalność w 1837 roku. Po kilku latach, w styczniu 1844 roku, tenże bielnik za 39 tysięcy rubli kupił od Tadeusza Tomasz Wenthort Łubieński (i to nie zbieżność nazwisk), który stary młyn Szyszka rozebrał. Po przejęciu fabryki przez Bank Polski w 1847 roku, wkrótce, czyli w 1850 roku Bank Polski nabył również blicharnię Szyszka, aby już po roku, a konkretnie 15 X 1851, w ich posiadaniu znajdowały się dodatkowe 32 morgi i 112 prętów ziemi zlokalizowanej tuż obok bielnika, przy drodze na Kozłowice.
        Po przejęciu zakładów przez Hiellego i Dittricha fabryka została szczegółowo zinwentaryzowana, a z ówczesnych dokumentów wynika, iż żyrardowski bielnik składał się z apertury przerobionej na magazyn, ługowni, domu dyrektora, szopy, czworaków oraz placu "smugowego" do bielenia płótna. A wszystkie te budynki były otoczone płotem. Wbrew powszechnemu mniemaniu bielnika nie nabyto równolegle z fabryką, a dopiero w 1861 roku, od ręki montując wówczas nową maszynę do bielenia przędzy. Przeprowadzona inwentaryzacja wykazała, iż ze wszystkich cząstkowych zakładów w najlepszym stanie znajduje się właśnie bielnik, a związane to było niedawnymi inwestycjami Banku Polskiego oraz samych Łubieńskich, którzy chcieli poprawić jakość produkcji i upłynnić towar zalegający w magazynach.      
      Po nabyciu bielnika przez Dittricha i Hiellego, przedsiębiorcy szybko zainwestowali w teren przylegający do niego, a mianowicie "Podszyszkę", która wówczas należała do Piotra Garvie oraz Adolfa Martina, czyli teren pomiędzy bielnikiem nad Pisią, a starą fabryką przy stawie na bielniku.   
         Sama "Podszyszka", w latach 50-tych XIX wieku, kilkukrotnie zmieniała właścicieli. W 1852 roku Henryk Łubieński sprzedał ją Antoniemu Żemińskiemu. Następnie, ów Antoni w 1853 roku część praw do działek odstąpił Garviemu i Martinowi, aby w 1856 im ją w całości sprzedać.W końcu, w 1861 roku, nabyli ją Hielle i Dittrich. Bielnik rozrastał się. W 1874 roku nowi właściciele zakładów ponownie go rozbudowali nabywając teren pomiędzy drogą na Wiskitki a Kozłowicami, teren przeznaczony wkrótce pod suszenie płócien. 
          Lata 80-te XIX wieku to dalsza rozbudowa bielnika, mającą swój finał w nabyciu tej części zakładów, w dniu 22 marca 1886 roku, przez Towarzystwo Akcyjne Zakładów Żyrardowskich za sumę 265 tysięcy rubli.                

środa, 17 czerwca 2015

Epizod 116 - Jak to z emerytami za Dittrichów było, czyli dawny przytułek



       Mówiąc, iż Dittrichom na sercu leżało dobro i zadowolenie wyzyskiwanych do granic możliwości robotników, było by jawną nadinterpretacją. Raczej pragmatyzm i zimna kalkulacja. Niemniej jednak stworzenie całego zaplecza niezbędnego do życia swoich pracowników oraz uzależnienie ich dokumentnie od wszechobecnej fabryki, oraz łaski i niełaski możnowładców, spowodowało, iż wszelkie przejawy opieki odbierane były jako szczodrość i wielki gest ze strony panów. Szczęśliwie, zakres tejże objął również okres po zakończeniu wyczerpującej i wieloletniej pracy w Zakładach Żyrardowskich, co choć w minimalnym stopniu pozwoliło egzystować emerytom, samotnym starszym, robotnikom oraz urzędnikom.
Jednym z tych, określanych przez Dittricha „najwyższą troską o losy swoich robotników” było wybudowanie przytułku. W tym celu w latach 80-tych XIX wieku wzniesiony został pierwszy budynek, który od roku 1896 znacznie przebudowano i rozbudowano. Powstał wówczas trzykondygnacyjny gmach przeznaczony na czterdziestu sześciu pensjonariuszy.  Wewnątrz wydzielono siedem pokoi czteroosobowych oraz dziewięć dwuosobowych. Dla polepszenia wygody swoich podopiecznych oraz zapewnienia dostępu do natury wybudowano aż trzy werandy, a jedno z pomieszczeń urządzono jako świetlicę. Zgodnie z panującymi w Osadzie trendami budynek skanalizowano oraz wyposażono w elektryczne oświetlenie. Całość dopełniał zaś 1600 metrowy ogród. Na obsługę przytułku przeznaczane były zupełnie symboliczne kwoty, który nigdy nie przekroczyły 8 tysięcy rubli rocznie, a przy milionowych zyskach fabryki, wyglądały naprawdę żałośnie skromnie.
      Aby emerytowanych robotników i urzędników dodatkowo wesprzeć Dittrichowie stworzyli wewnętrzny system emerytalny obejmujący tak urzędników jak i zwykłych robotników.  I tu się podobieństwa kończą. Doskonałym porównaniem dysproporcji w przydziale emerytur jest podział kwotowy pomiędzy obie klasy pracowników. Sumy przeznaczone na wypłaty emerytur dla robotników nigdy nie przekroczyły 15 tysięcy rubli w skali roku, co w porównaniu z corocznie wzrastającymi sumami przeznaczonymi dla urzędników oscylującymi pomiędzy trzydziestoma, a w 1910 roku prawie 70 tysiącami rubli  w skali roku, pokazują jak ogromne dysproporcje występowały nawet po zakończeniu wieloletniej pracy. Aby nie zagłębiać się w szczegóły warto dodać iż średnia wysokość emerytury robotnika była około 100 razy niższa niż dawnego urzędnika.
   Dziś, dawny przytułek jest "nieokreśloną mieszanką stylów architektonicznych"  i doskonałym przykładem jak można sprofanować i zbeszcześcić piękny i stylowy budynek.

    

poniedziałek, 31 marca 2014

Epizod 69: Wald-wille, czyli letnia willa Dittrichów w lesie sokulskim

          Jeszcze jakiś czas temu na tej podmokłej łące, w okresie zimowym, można było jeździć na łyżwach. Śródleśne lodowisko, po lewej stronie drogi na Sokule, przyciągało okoliczne dzieci, a w okresie grzybobrania tłumy zbieraczy zapełniały teren w poszukiwaniu dorodnych prawdziwków czy koźlaków.
szkic dawnej willi Dittrichów autorstwa A.Dreli
      Dziś po łączce nie ma już śladu, a las odsunął się bliżej Sokula. Dziś nie ma również śladu po letniej rezydencji Dittrichów wybudowanej właśnie na tej polanie.
     Historia nieistniejącego już "pałacyku" sięga roku 1882, kiedy to Karol Dittrich wydzierżawił od hrabiego Sobańskiego ponad 10 ha lasu wraz z ową łąką, na której postawiono willę wraz z budynkami gospdarczymi oraz stajniami, w których trzymano między innymi wyścigowe konie Dittrichów. W tej oto willi, wśród niezmąconej ciszy leśnej często przebywała żona Karola Dittricha - Teresa Dittrich z domu May. Żona starego Dittricha była osobą nad wyraz melancholijną, osobą znudzoną zgiełkiem fabrycznego życia, które napędzało jej męża. Przebywała ona często pośród sosnowego lasu kurując swoją duszę.
      Sama willa została zbudowana jako powilon, całkowicie z drewna z wielkimi weneckimi oknami i rzeźbionym ręcznie dachem ze wspornikami. Pomiędzy dwoma skrzydłami znajdował się taras, ulubione miejsce odpoczynku starej Dittrichowej. Wubudowana na niewielkiej polanie, wśród sosnowego lasu poprzecinanego gdzieniegdzie brzozowymi zagajnikami, z wolno i monotonnie wijącym się strumykiem, pozwalała oderwać od zgiełkliwej i głośnej rzeczywistości fabrycznej.
     Aby ustrzeć "panów Żyrardowa" od wścibskich oczu przechodniów, ogrodzono teren drewnianym płotem, a strażnicy z psami skutecznie odstraszali nieproszonych gości.
Kiedy stary Dittrich opuścił fabryczne miasto, syn jego Karol Dittrich junior urządził tam imponujący zwierzyniec z sarnami, jeleniami, danielami, bażantami, a nawet kozicami. W stajniach trzymano czystej krwi konie, wykorzystywane od czasu do czasu do organizowanych na polanie wyścigów dla członków "Reitt Picknik Club" zrzeszającego elitę urzędniczą. "Pałacyk", czy to z okazji urodzin, czy też kolejnych rocznic nabycia zakładów, gościł urzędników wraz z rodzinami na organizowanych przez właścicieli piknikach, podczas których tańczono, delektowano się występami artystów, a także organizowano loterie fantowe.
       Kiedy Karol Dittrich junior opuścił na zawsze miasto fabryczne, willa powoli zaczęła popadać w ruinę. Stopniowo ją rozbierano, a reszty dokonał upływający czas. Dziś nie pozostał nam po niej żaden ślad, tylko wspomnienie przekazywane z pokolenia na pokolenie tak jak niesłabnące echo rodu Dittrichów.
       

poniedziałek, 10 lutego 2014

Epizod 55: Szpital Fabryczny

         Organizując pierwszy żyrardowski szpital w przystosowanym do tego domu fabrycznym zdawano sobie sprawę, że jest to tylko działanie doraźne i  tymczasowe. Było to jednak konieczne zwłaszcza, że w okolicy po likwidacji wiskickiego szpitala nie było żadnego wyspecjalizowanego ośrodka pomocy zdrowotnej dla coraz to bardziej rozwijającej się populacji robotników fabrycznych. Stary szpital ze swoimi czterdziestoma miejscami nie spełniał nawet w połowie norm w ilości łóżek w ośrodkach zdrowotnych w Królestwie Polskim.
 Zdecydowano wówczas o jak najszybszym zaprojektowaniu i budowie nowego szpitala. W jego powstanie zaangażował się Karol Dittrich junior przeznaczając znaczne środki na jego budowę. Na wydzielonym placu o powierzchni 2/3 ha, w kwadracie ulic Długiej, Teklinowskiej, Szkolnej i Kościelnej, zaprojektowano przyszły szpital. Przebywający często w Prusach Karol Dittrich junior podpatrywał nowoczesne rozwiązania stosowane w tamtych szpitalach, a następnie przeniósł najlepsze i najnowocześniejsze na żyrardowski grunt. Tak oto, oglądając szpitale w Dreźnie, Poczdamie, czy Freinaldorfie, głównie jednak wzorując sie na szpitalu "Carola" z Drezna, udało się stworzyć jedną z najnowocześniejszych placówek służby zdrowia. Podczas owych podróży wielokrotnie korepspondował  m.in. z dr Hay'em omawiając przyszły kształt i funkcjonalności, praktycznie szacując koszty, nie szczędząc jednak środków, jeśli dana sprawa tego wymagała.
Przeznaczając 225 tyś. rubli, K.Dittrich junior mógł dowolnie i swobodnie kształtować przyszły wygląd i użyteczność według własnego wyobrażenia. Budowę rozpoczęto w 1892 roku i trwała ona dwa lata. Nowo powstały szpital składał się z budynku głównego połączonego z dwoma bocznymi pawilonami zgodnie z ówczesnymi zwyczajami podzielonymi na męski i żeński. Zgodnie z najnowocześniejszymi technologiami szpital posiadał centralne ogrzewanie typu wentylacyjnego, kanalizację oraz elektryczne oświetlenie korzystając z fabrycznego prądu. W budynku założono oddział chirurgiczny z własną salą operacyjną, oddział wewnętrzny, ginekologiczno-położniczy, zakaźny oraz psychiatryczny, ulokowany w odrębnym budynku. Szpital posiadał łącznie 80 łóżek. Ponadto na górnej kondygnacji wydzielono cztery pomieszczenia dla urzędników.
Budowę szpitala zakończono w 1894 roku, ale aż dwa kolejne lata przyszło czekać na wyposażenie w potrzebny sprzęt. Zapewne na otwarcie placówki trzeba by było czekać dłużej, gdyby nie nagła choroba jednego z dyrektorów fabryki i pilna konieczność hospitalizacji w styczniu 1896 roku. Pierwszym dyrektorem szpitala został dr Zenon Tokarski..

W 1898 roku wybudowano ponadto barak dla chorych na cholerę. Posadowiono go poza terenem szpitala na przedłużeniu drogi na cmentarz. W roku 1900 na tyłach , w ogrodzie, wybudowano altanę, a w 1903 roku werandę do leżakowania.
budynek dawnego oddziału psychiatrycznego

 Szpital stał sie jedną z najnowocześniejszych placówek w Królestwie Polskim. Wyposażenie szpitala dostarczały najprzedniejsze firmy, jak Siemens czy Wetter&Kelling. Ogrzewające szpital piece węglowe umieszczono w piwnicach, a centralne ogrzewanie dostarczyłą firma Emil Kelling z Drezna. Główne wejście znajdowało się od strony ulicy Długiej, na tyłach zaś zlokalizowano ogród, budynek oddziału psychiatrycznego, kostnicę, budynki gospodarcze, a nawet kurniki.

nagrobek pielęgniarki na cmentarzu ewangelickim

             Dziś otoczenie szpitala uległo diametralnej zmianie. Ulicę kościelna na odcinku Dluga-Teklinowska (Limanowskiego-Waryńskiego) wchłonął teren szpitala. Dawne pola uprawne obecnie zagospodarowano budynkami administracji, czy oddziałami neurologicznym i paliatywnym. Nie ma już starej kostnicy oraz budynków gospodarczych, a część dawnego ogrodu zajmuje nowy pawilon. Zamknięty został również na głucho dawny oddział psychiatryczny. Czas i wymuszone zmiany dotknęły również głowny budynek. Pierwotne wejście przerobiono na kolejne okno zagospodarowując dawny hol na gabinety. Same pawilony zmodyfikowano, a męski nie mieści już żadnego oddziału, przerobiony na ambulatorium, izbę przyjęć, czy gabinety zabiegowe. Również żeńska część zmieniła swoje pierwotne przeznaczenie, służąc obecnie najmłodszym pacjentom oraz oddziałowi otolaryngologii.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Epizod 47: Pałacyk Tyrolski, czy "Straszny Dwór" - historia najpiękniejszej żyrardowskiej willi


                Zwiedzając  fabryczny Żyrardów łatwo znaleźć pięknie odnowiony, utrzymany w jasnych kolorach charakterystyczny budynek zwany Pałacykiem Tyrolskim lub z racji swojej mrocznej historii „Strasznym Dworem”, a znajdujący się przy ulicy Limanowskiego.
Jednak jeszcze kilka lat temu zaniedbany i opuszczony straszył przechodniów swoim wyglądem, obdrapaną elewacją oraz zapuszczonym ogrodem na tyłach podsycając tym bardziej legendarną historię „damy z czerwoną różą we włosach” przechadzającą się o północy po niezliczonych pokojach willi i odstraszającej kolejnych właścicieli.
             

  Dziś, po generalnym remoncie, znów cieszy oczy mieszkańców miasta przypominając dawne świetlane czasy, kiedy to Osada zarabiała ogromne fundusze na korzyść właścicieli zakładów, a pałacyk był wizytówką Dittrichów.  
              Pałacyk Tyrolski wybudowany został w latach 1867-1871 jako reprezentacyjna willa właściciela Karola Augusta Dittricha. Na tyłach usytuowana była weranda, której dach stanowił taras wyższej kondygnacji. Jej okna wychodziły na piękny i malowniczy ogród z licznymi drzewami i krzewami pomiędzy którymi usadowiona została drewniana altana, którą po remoncie możemy podziwiać do dziś. Tuż obok wybudowana została piętrowa oficyna mieszcząca stajnie, pomieszczenia gospodarcze, a także pokoje gościnne. Owa oficyna również przetrwała do dnia dzisiejszego służąc obecnie jako budynek mieszkalny.

             
dawna oficyna
          Jednak to co najpiękniejsze, niedostępne było dla oczu zwykłych robotników żyrardowskich. Wnętrze willi urządzono bowiem z ogromnym przepychem i elegancją. Bogactwo szczegółów cieszyło oczy nielicznych, którzy mieli możliwość przekroczenia progu budynku. Marmurowe kominki, bogato zdobione boazerie, sufity z podwieszanymi żyrandolami, czy ściany obite drogimi tkaninami, a to wszystko przyozdobione kunsztownymi meblami, świadczyło o wielkim bogactwie właścicieli.  
Po ślubie córki starego Dittricha, Anny Luizy Fryderyki  z Ludwikeim Marcellinem młodzi zamieszkali w pałacyku. Mówi się, że w ten sposób Dittrich chciał aby nowy dom choć trochę przypominał Marcellin’owi – dyrektorowi w zakładach, jego rodzinne strony.

         Tragedia jaka wydarzyła się wkrótce w czterech ścianach pięknej willi, na zawsze już rzuciła złą sławę na pałacyk. Śmierć w pożarze miesięcznej córeczki młodych mieszkańców obrosła legendą.  Mimo, iż Dittrichowie opuścili miasto, zła sława pozostała. Zaczęto widywać w oknach na piętrze kobietę ubraną na biało, z czerwoną różą we włosach, przemieszczająca się po  pokojach. Z tego też powodu willa otrzymała mało zachęcająca, dla potencjalnych nabywców, nazwę „Straszny Dwór”.

drzeworyt z Tygodnika Ilustrowanego z 20 stycznia 1872 roku

            Po wyprowadzce właścicieli willa długo stała pusta, stając się w dwudziestoleciu międzywojennym własnością niesławnych "francuskich niszczycieli" fabryki.  W okresie II wojny światowej pałacyk szczęśliwie omijały działania zbrojne, a po zakończeniu konfliktu stał się siedzibą m.in: biura Zakładów Lniarskich, przychodni lekarskiej,  Związków Zawodowych, Zespołu Opieki Zdrowotnej, czy w latach 70-tych lokalizacją dla Biblioteki Miejskiej oraz redakcji „Życia Żyrardowa”.
 

         To tu również 27 października 1981 roku gościł Lech Wałęsa jako, że siedzibę w Pałacyku Tyrolskim miał Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”.





poniedziałek, 6 stycznia 2014

Epizod 45: Szkoła oszczędzania Dittricha - "Fundacja Dittricha" i "Kasa przezorności dla urzędników"


            Wpływ Zakładów Żyrardowskich na życie robotników można było znaleźć w każdej dziedzinie życia. "Ojcowskie traktowanie" dotyczyło tak edukacji, wychowania, jak i opieki zdrowotnej. Dittrich ingerował i przywiązywał do wszechobecnych zakładów praktycznie każdego, kto pracował w fabryce.
            Owe "ojcowskie traktowanie" to jednak nie tyko powyższe przykłady. To również system kar, który mobilizował do ciężkiej i nienagannej pracy oraz nowoczesny, jak na owe czasy, system premiowania najbardziej oddanych, dla których Karol Dittrich junior ustanowił "Fundacje Dittricha" oraz "Kasę przezorności dla urzędników". Były to pewnego rodzaju sposoby oszczędzania środków, aby na starość robotnicy mieli za co żyć. 
"Fundacja Dittricha", nazwana tak na cześć ojca była wymyśloną przez syna szkołą oszczędzania i tak marnych zarobków robotników. Fundusze gromadzone były na książeczkach oszczędnościowych z początkowym wkładem 50 rubli. Rok w rok najstarsi robotnicy otrzymywali takie książeczki. Zadaniem ich była zgoda na odprowadzanie 3% miesięcznych zarobków, do czego Zakład dodawał od siebie taką samą kwotę. Na koniec roku doliczano co najmniej 6%, a jeśli dywidenda przekroczyła te 6%, to dopisywano odsetki w takiej wysokości. Warunkiem, aby środki odkładały się na owóch książeczkach, było nie korzystanie z tych oszczędności aż do końca pracy w zakładach. W środowisku prostych robotników żyrardowskich było to odbierane jako wspaniałomyślność Dittricha, który tym oto sposobem zjednywał sobie poparcie dając dodatkową możliwość zarobku za długie lata pracy.
          W podobnym tonie funkcjonowała "Kasa przezorności dla urzędników" z tą róznicą, że tyczyłą się urzędników. Warunkiem, pobodnie jak w "Fundacji" było odprowadzanie do kasy 5% miesięcznych zarobków, a zakłady dotowały w twej samej wysokości wielkość odłożonych funduszy. Ponadto, również oni otrzymywali na koniec roku 6% od zgromadzonego kapitału z założeniem, że urzędnicza pensja nie rzekroczyła 1200 rubli rocznie.
          Na pierwszy rzut oka taka hojność właścieciela musiała wzbudzać szacunek, warto jednak uzmysłowić sobie, że wypłaty tychże środków były sporadyczne,a  środki odkładane przez robotników znaczne. Jak ogromne były to sumy lokowane w "Fundacji" i "Kasie" może uzmysłowić fakt, iż w roku 1913/14 ponad 1,5 mln rubli zasiliło kasę, co stanowiło ponad 6% przychodów przedsiębiorstwa. Srodki te przenzaczano głównie na cele gospodarcze.
        Mimo tej świadomości moralne oddziaływanie "ojcowskich szkół oszczędzania" było dla Dittricha bezcenne, dając mu kolejna możliwość wpływania na podległych sobie robotników. 
     
  

piątek, 20 grudnia 2013

Epizod 41: Jak Żyrardów prawa miejskie otrzymał


         Kiedy wojska niemieckie zbliżały się nieubłagalnie do Żyrardowa, Rosjanie w pośpiechu opuścili osadę, kierując swoje oddziały w stronę Mszczonowa. 18 IV 1915 roku oddziały niemieckie pod dowództwem rotmistrza von Armin’a opanowały Żyrardów.
       Kiedy rotmistrz pojawił się niespodziewanie w Domu Ludowym, gdzie odbywało się walne zebranie około 400 osób, na którym właśnie powoływano milicję obywatelską do utrzymywania porządku w mieście, i przedstawił listę dwunastu paragrafów nakładających kontrybucję na miasto, na sali zapanowała konsternacja. Przedstawione pismo odnosiło się do miasta Żyrardów, a przecież Żyrardów miastem nie był.
      

       Jakież było zdziwienie niemieckiego oficera, kiedy Józef Procner, przyszły, pierwszy burmistrz nowopowstałego miasta wstał i poinformował, że te przepisy nie mogą zostać zatwierdzone z tego oto błahego powodu. Dla Niemca było rzeczą nie do pomyślenia, że Żyrardów w rzeczywistości miastem nie był. Jako, że rotmistrz zdążył już wcześniej poznać osobę Procnera oraz wiedział, że ten oto człowiek zna język niemiecki wpisał jego nazwisko na dokumencie. Wpis ten niósł za sobą daleko idące konsekwencje, gdyż  kierował on bezpośrednio do Procnera rozkaz jak najszybszego, ale nie dłużej niż w przeciągu trzech dni, stworzenia granic miasta.
       

      Procner, jak na niego przystało, zabrał sięod razu do pracy. Razem ze swoim synem rozrysowali przyszłe granice, obejmując obszar zamieszkany przez około 30 tysięcy osób oraz zajmujący sześć wsi. Nowo określone granice obejmowały Osadę Fabryczną, Rudę, Podlas, Marjampol, część Teklinowa oraz Bieganów i Papiernię z Parkiem Ludowym. W granicach miasta został ujęty również folwark z browarem, garbarnia Schmidtów oraz trzy cmentarze.
      

       Zadanie to Procner wykonał bez najmniejszego zarzutu stając się pierwszym burmistrzem Żyrardowa. Niestety cały ten moment w historii miasta nie został szczegółowo opisany w literaturze, a praktycznie jedynym źródłem, jakim możemy się posiłkować, są pamiętniki Józefa Procnera, które wnoszą, mimo swojego oczywistego subiektywizmu oraz podeszłego wieku pisarza w momencie ich tworzenia, niezaprzeczalny i wiele znaczący wkład w ustalenie okoliczności w jakich Żyrardów stał się miastem.
       

     Tak oto 10 grudnia 1916 roku Żyrardów otrzymał prawa miejskie wraz z Pruszkowem, Otwockiem i Piasecznem.
      


    Może dziwić to, że Żyrardów tak późno otrzymał prawa miejskie, było to jednak zamierzone działanie Dittrichów,  najpierw ojca, a później syna. Otóż dużo bardziej opłacalne było pozostanie wsią w realiach zaboru rosyjskiego, chociażby z powodu konieczności nalożenia podatków na miasta. Ponadto oznaczałoby to konieczność zmiany statusu osady z prywatnej na państwową, z czym naturalnie wiązałoby się zwiększenie kosztów na utrzymanie administracji.

wtorek, 19 listopada 2013

Epizod 34: Jak Dittrich w karty z hrabią Krasińskim wygrał



           Mówi się, że kto ma szczęście w kartach nie ma szczęścia w miłości. Powiedzenie to pasuje, jak ulał do losów Karola Dittricha podczas swojej roli dziejowej w Żyrardowie. 

          Otóż małżonka przedsiębiorcy znana była z notorycznych migren i zmian nastrojów, a także wiecznego narzekania na swoją niedolę, kobiety będącej na utrzymaniu swojego męża.   Cała historia rozpoczęła się po zakupie działki w Radziejowicach od hr. Krasińskiego, działki pod budowę cegielni, którą Hielle i Dittrich postawili w 1870 roku. Ziemie radziejowickie znane były z wysokiej klasy gliny, który rostropni właściciele Osady postanowili wykorzysatać. Cegielnia zaopatrywała przedsiębiorców w wysokiej klasy ciemnoczerwoną cegłę używaną między innymi do stawiania, jakże charakterystycznej, zabudowy osady. 
pałac w Radziejowicach
        
Wracając jednak do kart, Dittrich często przebywał w swojej ciegielni, która graniczyła z posiadłością Krasińskich, czyli pałacem w Radziejowicach. Krasińscy po zniesieniu pańszczyzny nie potrafili odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Okazało się, że nie mają smykałi do prowadzenia interesów i zarządzania w sposób jak najbardziej efektywny posiadaną ziemią, a jedyne co im wychodzi, to wydzierżawienie gruntów. 

        Podupadającemu na majątku oraz znudzonemu egzystencją hrabiemu bardzo imponowali przedsiębiorczy właściciele pobliskiego Żyrardowa. Im natomiast interesownie było zadawać się z mającym szerokie znajomości i kontakty Krasińskim. Obie strony przypadły sobie do gustu, a wolny czas spędzali często właśnie na grze w karty, a konkretnie w wista, protoplastę dzisiejszego brydża. Zamiłowenie do tego stopnia ich połączyło, że grali oni o naprawdę wysokie stawki. W ten oto sposób pewnego wieczora duet Hielle i Dittrich wygrali on Krasińskeigo całe Radziejowice, pałac, ogród angielski, okoliczne wsie, grunty orne i lasy. 
        Następnego dnia hrabia, do którego zapewne dotarł bezmiar straty, wysłał do Osady proboszcza parafi Radziejowice, aby przekonał on obcokrajowców od odstąpienia od wygranej. Proboszcz tylko sobie znanymi sposobami osiągnął połowiczny cel.
       Udało mu się uzyskać zwrot Radziejowic z pałacem oraz gruntów rolnych. W rękach zwycięzców pozostały wsie: Korytów i Hamernia wraz ze stawami oraz około 100 włók lasów, stanowiących według dzisiejszych miar około 17 km kw. dorodnego drzewostanu.

      Niech uzmysłowi nam ogrom porażki Krasińskeigo fakt, że dzisiejszy Żyrardów zajmuje powierzchniowo niewiele więcej niż 14 km kw.




wtorek, 24 września 2013

Epizod 17: Pośmiertne losy Karola Augusta Dittricha


grobowiec rodziny Dittrich
      Jedyny ślad rodu Dittrichów na żyrardowksim cmentarzu, to niewielki, ale za to nad wyraz piękny nagrobek wnuczki Karola Augusta Dittricha. Kilka grobów innych znamienitych osobistości tamtych czasów również znajduje się na żyrardowskiej nekropolii. Możemy jednak żałować, że tak Karol August jak i jego syn Karol jr. nie zdecydowali się na własny pochówek w mieście, bądź co bądź, będącym wytworem ich umiejętności zarządczych i zmysłu architektonicznego. Niestety obaj przedsiębiorcy zdecydowali się spędzić końcowe lata swojego życia poza miastem, które stworzyli praktycznie od podstaw. 
            Karol Dittrich jr wybrał miejscowość Weissen Hirsch koło Drezna, natomiast ojciec, poważnie schorowany, spędził końcowe lata w rodzinnych stronach swojej żony, czyli Krasnej Lipie, w dzisiejszych Czechach. Karol August Dittrich zmarł 11 stycznia 1886 roku.
            Tuż po śmierci głowy rodu, rodzina zamówiła u Juliana Carla Raschdorf'a, berlińskiego architekta, wybudowanie na miejscowym cmentarzu w Rumburku pięknego grobowca rodzinnego, w renesansowym stylu, wraz z kotłownią służącą do podgrzewania wnętrza w krótkie, zimowe dni i utrzymywania odpowiedniej temperatury.
grobowiec rodziny Dittrich
Piekny, kamienny sarkofag oraz ołtarz modlitewny dawał możliwość spokojnej, niezmąconej kontemplacji. Ściany wewnątrz zostały pokryte malowidłami wykonanymi przez "nadwornego" malarza rodziny Dittrichów, Augusta Frinda, który stworzył również kilka obrazów, do dziś zdobiących m.in. kościół Karola Boromeusza, czy ściany Muzeum Mazowsza Zachodniego.
Budowa tego cmentarnego kompleksu trwała dwa lata i już w 1887 roku grobowiec był gotowy, budząc zachwyt swoim przepychem i bogactwem wystroju.

          Dziś, niespełna sto dwadzieścia lat później, obraz grobowca rodzinnego Dittrichów jest zgoła odmienny. Nie budzi on już zachwytu i zapewne mało kto pamięta, jak ta wpływowa rodzina, jeszcze sto lat temu decydowała o losach tysięcy mieszkańców niewielkiego miasta Żyrardowa, gdzieś daleko na północnym wschodzie.

Obecnie, jedynie niewielka tablica informacyjna, umieszczona w pobliżu zdewastowanego grobowca, informuje o tym, do kogo należał. Brak niestety informacji o związkach Dittrichów z naszym miastem. 
 

kotłownia


Zniszczony sarkofag



sobota, 7 września 2013

Epizod 12: Samotna, mała Marie

Pałacyk Tyrolski - "Straszny Dwór"
      Tylko dwadzieścia pięć dni trwało ogromne szczęście rodziny Marcellinów. Tylko tyle dni pozwolono im cieszyć się nowo narodzoną córeczką Marie, pierwszym dzieckiem Anny Luisy Dittrich – córki Karola Augusta Dittricha oraz Ludwika Marcellina, pochodzącego z Austrii kupca, który przybył do Żyrardowa skuszony możliwościami zrobienia kariery i perspektywami dorobienia się pokaźnego majątku. To tutaj młodzi poznali się i zakochali ze wzajemnością. Młody Ludwik wydał się dobrą partią dla jednej z trzech córek przedsiębiorcy, a majątek przez niego posiadany musiał być wystarczający, gdyż nie oponował stary Dittrich przed ich ślubem, a nawet podarował im dom, zwany Pałacykiem Tyrolskim.
          To właśnie w tym miejscu, na poddaszu, w przestronnym i bogato urządzonym pokoiku dla dziecka rozegrała się tragedia, która z biegiem lat obrosła legendą, powtarzaną z pokolenia na pokolenie i przenoszona z ust do ust.
          Otóż z niewiadomych przyczyn, wydaje się jednak iż nie z powodu przeciągu, zwróćmy uwagę, że był to styczeń, środek zimy, a poza tym mamy do czynienia z niemowlęciem, w pokoju małej Marie wybuchł pożar. Czy spowodowało go nieostrożne odchodzenie się z ogniem, czy może iskra ze świecy zaprószyła ogień, fakt faktem, mała Marie zginęła.
           I tu pojawiają się dwie zupełnie różne wersje dalszych wydarzeń.
Według lokalnej legendy, po śmierci córki, zrozpaczeni rodzice opuścili na zawsze miasto. Matka z nieopisanej rozpaczy straciła rozum, a  ojciec natomiast zmarł wkrótce ze zgryzoty. Do dnia dzisiejszego, nocami, pojawia się w oknie, na piętrze, ubrana na biało postać z czerwoną różą, niechybnie jest to matka, która szuka swojej zmarłej tragicznie córeczki. Z tego też powodu kolejni lokatorzy nieruchomości szybko z niej uciekali, nie mogąc dłużej przebywać w „Nawiedzonym Dworze”.
Grób małej Marie
    

        Rzeczywistość jednak przyniosła całkiem inne, mniej romantyczne rozwiązanie. Wiemy, że Ludwik Marcellin został mianowany jednym z dyrektorów Zakładów Żyrardowskich… ale dopiero od 1885 roku, czy ponad rok po śmierci córeczki. Ponadto, według historycznych informacji matka Marie żyła 75 lat i zmarła nie zaraz po swojej córeczce, tylko dopiero w 1932 roku 


       Jedno jest pewne.Na żyrardowskim cmentarzu wciąż stoi piękny, wzruszający nagrobek, przypominający zasunięte nad dziecinnym łóżeczkiem firaneczki, usiane gwiazdkami.  Samotna mała Marie spoczywa tam na wieczność.
      A tak, poza tym, Marie nie była pierworodną córeczką. Elwira urodziła się 2 lata wcześniej.



      Dla Nas jednak legenda wydaje się bardziej wiarygodna.