poniedziałek, 8 maja 2017

Epizod 146 - Dom Krastyna jako przykład kamienicy czynszowej początków XX wieku

Dawna, czynszowa kamienica przy ulicy 1-go Maja 25 (ulica Wiskicka 18) popada od dłuższego czasu w ruinę. Opuszczone, zawilgocone lokale, obdrapane klatki schodowe czy odpadające sztukaterie zniechęcają do wejścia i zapoznania się z tym jakże historycznym budynkiem, pierwszym „drapaczem chmur” w Żyrardowie.  Jednak pomimo katastrofalnego stanu domu nazwanego na cześć jego pierwszego posiadacza, domem „Krastyna” nadal możemy dostrzec w nim kunszt i piękno dawnej kamienicy czynszowej z elementami secesji.
Patrząc na frontową ścianę kamienicy możemy łatwo dostrzec podział kondygnacji zgodnie z poszczególnymi funkcjami użytkowymi. Wysoki parter przystosowany został do lokali usługowych, pierwsze piętro to „piano nobile” czyli najbardziej reprezentacyjna część mieszcząca apartamenty. Piętra drugie i trzecie to typowe lokale mieszkalne, ostatnia zaś kondygnacja przeznaczona była dla najbiedniejszych  oraz na pomieszczenia gospodarcze. Pomimo znacznych zniszczeń nadal jednak możemy zauważyć ornamentykę charakterystyczną dla secesji.
I tak nad bramą, po której zachowały się jedynie kotwy w ścianach, umieszczona została głowa kobiety. Nad oknami poszczególnych kondygnacji umieszczone zostały dekoracje floralne bardzo podobne do tych na budynku Towarzystwa Wzajemnego Kredytu. Wkraczając wjazdem bramnym na sklepieniu ujrzymy motywy industrialne. Od strony oficyny widok przygnębia jeszcze bardziej. Zniszczone i opuszczone podwórze sprawia, że aż trudno uwierzyć, iż kiedyś na tyłach kamienicy tętniło życie towarzyskie, a dawna sala kina „Terra” mieściła tłumy głodnych X muzy widzów.
Wiecznie otwarte drzwi wejściowe pozwalają dostać się na kolejne piętra budynku. Tutaj skala zniszczeń jest największa. Wilgoć i zaduch odstraszają eksploratorów. Napuchnięte od wilgoci odpadające tynki, nabrzmiałe i napuchnięte futryny. To wszystko dopełnia ogromu zaniedbań.  Można jednak jeszcze znaleźć tutaj kunsztownie zdobione balustrady z drewnianymi poręczami oraz widoczne na półpiętrach pozostałości ozdobnej terakoty.
Budynek kamienicy został wpisany do rejestru zabytków ze względu na wartość historyczną i artystyczną dopiero w roku 2013. Stanowi on typowy przykład kamienicy czynszowej z początków XX wieku, jakich w Żyrardowie wiele nie ujrzymy. Również tylko na starych fotografiach możemy zauważyć, iż „dom Krastyna” w oryginalnej formie posiadał balkony z ozdobnymi wspornikami, dziś zastąpione balconettami. Oprócz walorów estetycznych budynek posiada również bogatą historię.
Od kilku lat niepozorna, marmurowa tablica na dawnym domu Myszkowskich zwanym również Domem Krastyna, informuje przechodniów o historycznym przeznaczeniu lokali tego monumentalnego budynku. To tutaj, tuż po zajęciu miasta przez niemieckiego okupanta, została otwarta, oczywiście za zgodą władz, Szkoła Handlowa.
Przeniesiona z zajętego Gimnazjum przy ulicy Sienkiewicza w roku 40-tym XX w., funkcjonowała nieprzerwalnie przez trzy długie lata okupacji. 
W pierwszych dniach po wybuchu II wojny światowej Gimnazjum zamknięto, a jej mury zajęli polscy żołnierze. Jednak już w dwa dni po kapitulacji miasta, zostało przemianowane na niemieckie koszary.
Grono pedagogiczne zmuszone do znalezienia nowej, tymczasowej lokalizacji szybko doszło do porozumienia z właścicielem kamienicy. Podnajęto kilka pomieszczeń, w których urządzono klasy, a nawet dwa internaty: żeński i męski. Dyrektorem zostal ostatni dyrektor Gimnazjum, Karol Wyroba, który pełnił tę funkcję do 43 roku, kiedy to po aresztowaniu i przesłuchaniu zdecydował się opuścić miasto w trosce o swoje i swojej rodziny życie. Funkcję dyrektora przejęła Joanna Froehlich, która pełniła ją do dnia wyzwolenia, do 1943 roku w kamienicy Myszkowskich, a przez kolejne dwa lata w szopie przy ulicy Teklinowskiej.
 Pod zalegalizowaną Szkołą Handlową, gdzie wykładane były mało istotne z ideologicznego punktu widzenia rachunkowość, czy matematyka, odbywały się tajne komplety, na których narażający swe życia nauczyciele, zapoznawali uczniów z literaturą, czy historią, krzewiąc w sercach i umysłach młodzieży idee patriotyczne.
  Rozwój i edukacja były dodatkowo wspierane zbiorami bibliotecznymi, które udało się wynieść z przejętego gimnazjum ukrywając je przez wszystkie lata okupacji, właśnie w kamienicy Myszkowskich.
Jak można zauważyć  z  „domem Krastyna” związała się rodzina Myszkowskich.
Wilhelm Szymon Myszkowski, właściciel między innymi kin w Żyrardowie. Aresztowany 18 października 1940 roku został przewieziony na Pawiak, a następnie, na początku 1941 roku, do Oświęcimia, gdzie zginął.

    Wilhelm Szymon Myszkowski w dwudziestoleciu międzywojennym był jednym z najbogatszych i najbardziej szanowanych obywateli miasta Żyrardowa. Nie był jednak autochtonem. Przybył to miasta z Myszkowic ze Śląska. Już na terenie swojego pochodzenia dał o sobie znać jego patriotyzm, zwłaszcza w obronie szkół. Po pierwszej wojnie, w której również wykazał się aktywnością tak w P.O.W. jak i Legionach Polskich , otrzymał od samego Józefa Piłsudskeigo Krzyż Legionowy, a od Rydza-Śmigłego – Krzyż P.O.W. 
Po przybyciu do Żyrardowa wszedł właśnie w jedną z najbogatszych rodzin ówczesnego Żyrardowa – Krastynów, właścicieli największej wówczas kamienicy w mieście oraz kina „Terra” znajdującego się w podwórku, w specjalnie do tego celu zbudowanej sali. 
Po zaaklimatyzowaniu się w Żyrardowie jeszcze bardziej rozwinął swoją karierę polityczną. Począwszy od 1924 rodu zasiadał w Radzie Miejskiej, a po zamachu majowym włączył się w działalność Bezpartyjnego Bloku Współpracy z rządem zostając jego  prezesem w Żyrardowie. Dodatkowo w latach 1930-1934 sprawował funkcję przewodniczące Rady Miasta. 
Biorąc ślub z Jadwiga Krastyn – córką Marcina Krastyna, którego grób jeszcze niedawno znajdował się na cmentarzu ewangelickim, stał się jednocześnie monopolistą na rynku kinematograficznym. Będąc właścicielem kin „Słońce” i „Len”, a dodatkowo posiadanie kina „Terra” przez żonę Wilhelma, pozwalało im dyktować warunki na jakże chłonnym rynku. Dodatkowo był właścicielem hotelu zlokalizowanego przez ulicy Sienkiewicza 1, o światowo brzmiącej nazwie „Royal”.               
Hotel ten w trakcie drugiej wojny służył żołnierzom Ochrony Pogranicza za siedzibę. Podczas bombardowania miasta, w pierwszych dniach września, zrzucona bomba przebiła dach budynku , podłogę i wylądowała na parterze, szczęśliwie nie wybuchając. 
Wilhelm Myszkowski doczekał się czwórki dzieci: Barbary, Edmunda, Heleny i Marii., a śladem dawnej rodziny na żyrardowskim cmentarzu jest grób Heleny, która zmarła w 2006 roku. 

Niestety przeszłość polityczna oraz wysoka pozycja w społeczeństwie nie umknęły uwadze okupanta, a okrutną tego konsekwencją była śmierć w Oświęcimiu. Na domiar złego żona Jadwiga wraz z córką Barbarą zmarły w obozie tuż po wyzwoleniu.



czwartek, 6 kwietnia 2017

Epizod 145 - Żyrardowskie latarnie gazowe

Trudno sobie dziś wyobrazić ciemne ulice nieoświetlone światłem ulicznych latarni. Automatycznie uruchamiane po zmroku wymagają jedynie nadzoru i kontroli przeprowadzonych co jakiś czas.
Praktycznie każda ulica w mieście oświetlona jest mniej lub bardziej przyjemną barwą światła i nawet nie zastanawiamy się jak radzili sobie nasi przodkowie zmierzający w grobowych ciemnościach przed godziną 5 rano do górujących nad miastem zakładów. A stan ten utrzymywał się w Żyrardowie dość długo, gdyż dopiero po ponad 50-ciu latach od kiedy to warszawskie ulice rozświetlały tysiące gazowych latarń, kilka ulic przyszłego naszego miasta rozbłysło strumieniem światła. A stało się to w 1909 roku.
Dziś po ponad stu latach pozostały nam jedynie namiastki tych dawnych latarń gazowych  rozlokowane w reprezentacyjnych punktach Żyrardowa. Park im. K.Dittricha, Aleja Partyzantów, przed Resursą, czy w końcu przed dworcem. Ze swoimi przodkami łączy je tylko ogólny wygląd, choć nawet materiał, z którego zostały wykonane jest zupełnie inny. Firma Art Metal Łapino, która je dostarczyła to specjalista w dziedzinie małej architektury.
Kiedy w końcu Zarząd Gminy Żyrardowa zdecydował się wykorzystać dobrodziejstwa techniki postanowiono uruchomić kilkanaście czteropłomiennych lamp gazowych  wyposażonych prawdopobnie w siatki żarowe „Auera”, błędnie nazywanych  w bibliografii pojawiającej się na żyrardowskim rynku książek historycznych „typu Aurora”, gdyż typ „Aurora” dotyczył nie latarń, a gazowego aparatu dostarczającego paliwo.
Koszulka Auera było to wówczas topowe osiągnięcie w technice oświetlenia gazowego, chociaż wprowadzenie go do Żyrardowa tak późno, praktycznie na skraju jego stosowania może budzić kontrowersje, zwłaszcza że istniała już wówczas elektryfikacja i w większych miastach wypierała oświetlenie gazowe.
Zastosowanie koszulek typu Auera było wielkim osiągnięciem. Pozwoliło ono na wykorzystanie z natury słabego płomienia gazu, który jest słabszy od światła świecy, czy lampy naftowej do oświetlenia spowitych w mroku ulic miast.
Zasada działania opierała się na zastosowaniu bawełnianej siateczki nasyconej solami toru i ceru. Po pierwszym uruchomieniu koszulka wykonana z bawełny, a naciągnięta na palnik ulegała spaleniu. Tworzył się wówczas dość kruchy kokon składający się w 99% z dwutlenku toru  (ThO2) i 1% dwutlenku ceru (CeO2) rozżarzający gaz, co dawało intensywne białe światło. Zastosowany w nich tor sprawiał, iż używane koszulki były promieniotwórcze, emitując promieniowanie alfa, beta i gamma. Z tego też powodu koszulki sprzedawano często już w postaci gotowych, wypalanych w fabryce, ale można było również nabyć jako nieużywane, które dopiero na miejscu naciągano na żarnik. Z promieniotwórczością radzono sobie stosując metalową pokrywę lampy, powietrze w środku oraz grube, matowe szkło. Ale nawet stłuczenie szyb nie wpływało bezpośrednio na skażenie, gorzej było gdy uszkodzeniu ulegała koszulka. Powstawał wówczas drobny, promieniotwórczy  pył.
Samą lampę gazową wynalazł William Murdoch i w 1772 roku zastosował ją do oświetlenia mieszkania. Jak na ironię właśnie późniejsza konieczność doprowadzenia gazu do mieszkań spowodowała, iż nie przyjęły się one jako źródło domowego światła. William Murdoch w swoim domu przy Cross Street w Redruth dokonał przełomowego odkrycia. W domowej retorcie dokonywał pirolizy węgla, której jednym z efektów jest wytworzenie się gazu. Systemem rurek doprowadzał go do pomieszczeń mieszkalnych, gdzie spalał się dając światło. Tak to rodzinny dom Murdocha stał się pierwszym budynkiem z gazowym oświetleniem, a pierwszym miastem Soho, które w 1798 roku otrzymało nowe latarnie. Przełomowy wynalazek rozświetlił ulice Anglii, Francji, czy Niemiec. Birmingham i Londyn otrzymały pierwsze latarnie gazowe w 1804 roku, Paryż – 1818, Berlin – 1829.
W Polsce pierwsze latarnie gazowe na stałe zostały zamontowane Krakowie i Warszawie w roku 1856, gdy koncesję na ich montowanie otrzymało Niemieckie Kontynentalne Towarzystwo Gazowe z Dessau. Pierwsze latarnie to lampy odkrytopłomienne z tzw. palnikiem szczelinowym, gdzie światło emitowały rozżarzone do białości cząsteczki węgla. Wszak wówczas gaz miejski był gazem węglowym. Uruchomienia tychże lamp dokonywał latarnik przy pomocy lampy olejowej umieszczonej na długim kiju. I taki rodzaj lamp funkcjonował praktycznie do końca XIX wieku. Dopiero wynalazek Karla Auera von Welschbacha z 1892 roku wymusił zmiany w lampach gazowych.
Opracował on wspominaną siatkę żarową co stanowiło wielki przełom w technice oświetlenia. Tego typu żarniki zastosowano w Warszawie w 1898 roku, a w Żyrardowie, jak wiemy, w 1909.
Analizując historyczne fotografie, możemy stwierdzić iż laratnie montowane na ulicach miasta wyglądały identycznie jak te zachowane przed Muzeum Woli w Warszawie, które świecą po dziś dzień, a gdy znajdują się w stanie spoczynku niewielki płomień drga wewnątrz oszklonej kopuły.
Latarnie jakie pojawiły się w Żyrardowie to latarnie gazowe czteropłomienne  wysokości  około 4 metrów o trzonie z żeliwnego odlewu będącego wiązką czterech kolumn z czterema przewiązkami. Szczyt zwieńczała sześcioboczna głowica z szybami w metalowych ramkach rozszerzając się ku górze. Sześciospadowy daszek wieńczący latarnię ozdobiono wieńczącą sterczyną. W podobnych tego typu latarniach umieszczano cztery palniki z siatkami Auera typu „Ring 1562”. Trudno dzisiaj dowieść, iż takie wypełniały żyrardowskie modele, ale skoro były one używane w warszawskich latarniach najpewniej również żyrardowskie były w nie wyposażone, zwłaszcza iż projekt przedstawiony przez zwycięska firmę zawierał informację o instalowaniu latarń typu warszawskiego. 
Rozmieszczono je początkowo w ilości 41 sztuk na ulicach Familijnej, Wiskickiej, Wąskiej, Szerokiej, Tylnej, Ogrodowej i Fabrycznej, rozszerzając stopniowo ich zasięg na inne drogi Osady.
Jednak już po kilku latach rozpoczęto projekt wprowadzenia oświetlenia elektrycznego na Teklinie.
Sam proces zamówienia oraz oferty doskonale zachowały się w Archiwum Państwowym dając nam obraz nieporuszanego dotychczas tematu początków oświetlenia miasta.  

Pomysł zainstalowania w Żyrardowie latarń ulicznych był rozpatrywany pod różnymi kontekstami. Wiele miast w Polsce od dawna posiadało swoje systemy, a w Osadzie nadal panowały egipskie ciemności.  Ponadto coraz częściej używano argumentu o konieczności oświetlenia najniebezpieczniejszych fragmentów i skrzyżowań w rozrastającym się przyszłym mieście.

Zgodnie z zachowaną dokumentacją możemy dokładnie prześledzić ten proces i zapoznać się z ciekawymi ofertami przedsiębiorców, czy inżynierów z całej Polski.
Jednym z oferentów był Kazimierz Sommer – inżynier Biura Technicznego w Warszawie mieszczącego się przy ulicy Marszałkowskiej 141, który wystosował zapytanie dnia 13 sierpnia 1908 r. do wójta gminy Żyrardów w sprawie dostarczenia lamp dla oświetlenia ulic miasta. Powołuje się on na rozmowy z panem Albinem Rossowieckim i proponuje lampy naftowo-żarowe systemu „La Washington”. Proponowane modele to nr 9 w cenie 160 rubli od sztuki oraz nr 8 z regulacją światła po 185 rubli, a do tego słupy drewniane po 10 rubli za sztukę. Dostarczył również protokół z Politechniki Kijowskiej z prób różnych systemów potwierdzające wyższość ich lamp nad innymi.

Wśród akt możemy znaleźć odręcznie napisany list wskazujący konieczność oświetlenia ulic Żyrardowa ze wskazaniem miejsc ich rozmieszczenia. Autor powołuje się na konieczność rozświetlenia ciemności i usunięcia zła. Proponuje skrzyżowanie ulic Familijnej i Alei Dittricha, Fabrycznej i jej skrzyżowania, około Schlachtuza, około szpitala, za szpitalem na Teklinowskiej, przy gminnej kancelarii, przy skrzyżowaniach ulicy Nowy Świat, przy skrzyżowaniu Fabrycznej i przy końcu ulicy Nowy Świat, czy w końcu na ulicy Długiej. Próbną lampę zamontowali przy ulicy Fabrycznej na skrzyżowaniu ulic i zwraca się do zarządu o poddanie jej próbie co do siły światła i zużycia nafty.

Kolejną osobą proponującą swoje wyroby był R. Stodolski, inżynier reklamujący gazowe aparaty AURORA, gazolinowe, amerykańskie przenośne lampy WELSCHBACH i Co” oraz gazolinowe amerykańskie lampy „REX”. 8 lutego 1909 roku nadesłał pismo do Zarządu Gminy Żyrardów wraz z projektem i szczegółowym kosztorysem oświetlenia Osady Fabrycznej gazowym aparatem AURORA. Kosztorys ten dzielił Osadę na dwie części połączone ze sobą ulicą Radziwiłłowską. W związku z tym do oświetlenia proponuje dwa aparaty w celu zmniejszenia kosztów rur. Jak wiadomo gaz doprowadzony byłyby nimi do poszczególnych lamp. W pierwszej części ograniczonej ulicami Wiskicką, Przejazd, Kolejową, Piaskową, Nowym Światem oraz Familijną proponuje rozmieszczenie lamp co 50 metrów, a przy ul. Wiskickiej i Fabrycznej jeszcze mniejsze odległości, co daje w sumie 164 lampy po 100 świec każda, rozmieszczone po obu stronach ulic. Oszacowano, iż konieczne będzie dostarczenie 40 m kubicznych gazu przy pomocy aparatu nr 6 za 2080 rubli. Pozostałe niezbędne oprzyrządowanie to przegrzewacz dla wody przy aparacie za 300 rubli, manometr dla określenia ciśnienia gazu za 18 rubli, hermetyczne połączenia dla napełniania rezerwoaru za 60 rubli, gazomierz za 400 rubli, rezerwoar dla pomieszczenia 20 m. kw. za 2500 rubli oraz koszt montażu opiewający na 500 rubli. Do tego rury za 21089 rubli. Firma nie proponuje konkretnego modelu lamp a jedynie powołuje się na latarnie żelazne za 4100 rubli oraz studzienki murowane rewizyjne za 800 rubli. Całkowity koszt dla tej części osady to 31 797 rubli.
Druga część ograniczona ulicami Jasną, Świętojańską, Radziwiłłowską i Leśną miała być oświetlona 56 latarniami po 100 świec każda. Do obsługi zaproponowano aparat nr 3, a całkowity koszt wyniósłby 11 452 ruble. Sumarycznie całkowity koszt to 43 249 rubli, bez kosztów budynków, które gmina musiałaby sama wybudować. I tu zostały określone ich wymiary 5 na 8 metra oraz 3,5 na 6 metra. Inżynier przedstawia również kosztu oświetlenia szacując je na 10 kopiejek za wyprodukowanie 1 m sześciennego gazu. Dla szacowanych 164 latarń będzie to 2 ruble na godzinę dla większej części Osady oraz 67,2 kop dla mniejszej. Szacując czas palenia latarń w ciągu roku na 2000 godzin to koszt roczny to 5344 rubli. Uważa on również, iż będzie w stanie odzyskać od prywatnych odbiorców 2440 rubli za domowe oświetlenie. Jak widać oferta została przygotowana bardzo sumienie i skrupulatnie rozpisana.
W czerwcu 1909 roku kolejna firma PROMIEŃ – Instalacje oświetleń i biuro techniczne J. Naimski i Z. Korycki z Warszawy z siedzibą przy ulicy Włodzimierskiej 1 proponuje 100 lamp żarowo-naftowych systemu „SECULAR” o sile światła 500 świec, bez sztucznego pompowania powietrza łącznie z kroksztynem słupowym, linką stalową służącą do opuszczania lamp i prowadnikiem za 120 rubli za sztukę. Tu również słupy miałby dostarczyć Zarząd. Proponują również angielskie lampy z fabryki KITSON o sile światła 1000 świec po 160 rubli lub systemu KITSON o sile 500 świec za 135 rubli za sztukę, ale w ofercie miała również o sile 100 świec – 0,6 funta, 750 – 0,4 funta oraz 300- 0,3 funta.
Po rozpatrzeniu ofert do konkursu wezwano następujące firmy: La Washington”, „PROMIEŃ”, „LUX”, Zawistowski oraz inż. R. Stodolski (Warszawa, ul. Marszałkowska 79). Wójt gminy  zaprosił wymienione firmy do zaprezentowania swoich lamp w dniach 21 lipca - 3 sierpnia i zamontowania ich na ulicy Fabrycznej w celu ich oceny. Zalecane było dostarczenie tych o największej sile światła. Postanowiono również, iż lampy o najmniejszym zapotrzebowaniu na naftę zostaną zaakceptowane przez 23-osobowy komitet i w ilości około 50 sztuk nabyte.
Jedną z zaproszonych firm było Towarzystwo Akcyjne „ LUX” z Rygi, które w swojej ofercie miało różne rodzaje lamp,  typu J.L. o sile 750 świec i zużyciu 0,6 funta nafty na godzinę, czy J3 – 750 świec.
Firma „LUX” zaproponowała 2 typy lamp: C.X.B. na ciśnienie powietrza lub kwasów węglowych wraz w kroksztynem windką i linką oraz drewnianą skrzynką do schowania cysterny blaszanej za cenę 142, 5 rubli, oraz drugi typ J.S. wraz kroksztynem, windką i linką za 121,5 rubla. Obie dawały światło o sile 750 świec, rekomendując jednak lampę pierwszą a to ze względu na łatwiejsze kontrole zużytej nafty, dając na to  2- letnią gwarancję.
Adolf Zawistowski z Warszawskiej Fabryki Wyrobów Metalowych z siedzibą w Warszawie przy ulicy Leszno  numer 91 proponuje lampę SYRENĘ o sile 1200 świec, samozapalająca się i bez sztucznego ciśnienia. Prostej konstrukcji i łatwej eksploatacji za 100 rubli wraz z kroksztynem, windką i stalową linką, oczywiście tu również Zarząd miałby dostarczyć słupy. Lampa SYRENA zbudowana była z aluminium i według dostawcy nie mogła się równać z koszulkową „LIRĄ” starszej konstrukcji i innymi wszystkimi funkcjonującymi za pomocą sztucznie wywołanego ciśnienia.
Po przeprowadzonych testach wybór padł na projekt inżyniera Stodolskiego. Można przypuszczać, iż oferta ta zwyciężyła ze względu na kompleksowość systemu, począwszy od aparatu po latarnie. Zarząd Gminy zdecydował się zainstalować nowe latarnie w łącznej liczbie 41 sztuk rozmieszczone na siedmiu ulicach, Wiskickiej 10 sztuk, Ogrodowej 6, Targowej 2, Szerokiej 3, Familijnej 2, Fabrycznej 8 i Tylnej 5 sztuk. Koszt całego przedsięwzięcia oszacowano na 12 161 rubli i 40 kopiejek. Ponadto sam koszt latarni wyniósł 35 rubli za sztukę, czyli znacznie mniej od konkurencji.
Jak widać sam typ latarni nie odgrywał tu znaczącej roli, gdyż umowa zobowiązywała do dostarczenia słupków latarnianych żelaznych, ciągnionych z rur 3 cale, 2 ½ cala oraz 2 calowe typu warszawskiego, co w odniesieniu do lamp rozmieszczonych w stolicy oraz archiwalnych fotografii Żyrardowa sugeruje instalację latarń czteropłomiennych wysokości około 4 metrów z siatkami Auera.

piątek, 10 marca 2017

Epizod 144 - Wspomnienia z dawnej ulicy Tylnej


Zachowany przez mamę pani Ewy rysunek wykonany został w formacie A3 jako praca w temacie „Rysunek ołówkiem z natury” na zajęcia plastyki w żyrardowskim LO. Pani Ewa dziecięce i młodzieńcze lata spędziła w domu państwa Skalskich, w którym mieszkała jej rodzina od 1954 roku.
  Pani Ewa wspomina: „Przed Skalskimi (Jakubowscy to też rodzina Skalskich) to tam nikt nie mieszkał. Bo to oni właśnie po wojnie zagospodarowali parter tego budynku (jedną sień). W latach 50-tych Państwo zagospodarowało drugą sień i dobudowało piętra nad całością. Pozostali lokatorzy zamieszkali w 1954 r. Część nad i za bramą pozostała niezagospodarowana i po czasie popadła w ruinę. Dodam, że parter budynku murowanego przed wojną wybudowali państwo Wolniewiczowie. Przez wojnę stał niezadaszony”.
   Narysowany drewniak zamykał odcinek ulicy 16-go Stycznia pomiędzy G.Narutowicza, a W. Łukasińskiego. Pani Ewa wspomina. „Za tamtym domem patrząc w kierunku ul.F. Dzierżyńskiego (dziś G. Narutowicza) był niski, murowany otoczony ogrodem dom ze sklepem państwa Obłąkowskich. Kupowało się tam trzymany w kamiennych garnkach barszcz oraz owoce i włoszczyznę, którą Pani Obłąkowska wybierała przy kliencie bezpośrednio z grządek. Można też było za niską opłatą wypożyczyć szatkownicę do przygotowania kapusty w beczce na zimę.
   Na moim rysunku do drewnianego domu z lewej strony przylega płot . Za tym płotem był właśnie ogród pani Obłąkowskiej. Na starej fotografii (z zbiorów Czesława Tkacza) widać (od drewniaka ) wysoki płot, później niski, furtkę i tam gdzie znowu zaczyna się wysoki płot za moich czasów stał budynek murowany z poddaszem. Stał on frontem do ogrodu i szczytem do ulicy 16-go Stycznia.  W szczycie było okno sklepowe i drzwi. Tu początkowo był sklep pani Obłąkowskiej ( ja tego nie pamiętam) a później sklep spożywczy Społem. Natomiast wchodząc przez furtkę można było, jak już mówiłam, kupić u pani Obłąkowskiej zieleninę prosto z ogródka, biały barszcz w butelce itp.
  Inny charakterystyczny dom drewniany w sąsiedztwie tzw. Belwederek, który stał na rogu ul. 16-go Stycznia i F. Dzierżyńskiego (dziś G.Narutowicza) spłonąl ok. 1976 roku. Nikt tam już wtedy nie mieszkał”.
    Wracając do domu z czasów młodości pani Ewy sprawa z nim wyglądała następująco. „Państwo Wolniewiczowie wybudowali  cały parter budynku przed wojną. W skład parteru wchodziły: 4 okna od ul. Dekerta i 4 okna od podwórza ( sień 1), 2 okna od Dekerta i dwa okna od 16-stycznia (sień 2), brama , 1 okno od 16-stycznia i jedno od podwórza ( sień 3). W takiej niezadaszonej, surowej formie budowa przetrwała czas okupacji. Pani Wolniewiczowa była osobą chorą. Po jej śmierci majątek odziedziczył mąż, siostra i opiekunka.  Zaraz po wojnie od spadkobierców państwo Skalscy odkupili i zagospodarowali część parteru ( sień 1). Dopiero w latach 50-tych Państwo zagospodarowało następną część parteru (sień 2) i dobudowało piętra. Czyli pozostali lokatorzy (poza Skalskimi) zamieszkali 1954 r (a wśród nich moi rodzice, brat i roczna ja). Część nad i za bramą (sień 3) pozostała niezagospodarowana i po czasie popadała w ruinę, tworząc zagrożenie. Rozebraną ją dopiero po 2008 roku, ponieważ wcześniej bano się naruszyć konstrukcję nośną budynku (fot. Ewa Gabrylewicz).
    Jeśli chodzi o lokatorów to jedni się wyprowadzali inni wprowadzali, a jeszcze inni mieszkali tu do końca życia. Z tego co pamiętam mieszkali tam : Skalscy, Jakubowscy, Leniarski (Roch), Kowalscy, Malikowie, Liszewscy, Skudlarscy, Wojciechowscy, Puczyńscy, Podgórscy, Stangretowie itd.
Do dziś dnia na podwórku stoi budynek z czerwonej cegły, który by tam zanim się wprowadziliśmy. Do niego przylegał warsztat ślusarski pana Skalskiego, po którym jeszcze niedawno można było zauwayć ślady na bocznej ścianie, dziś zakryte przez nowobudowany kompleks. Początkowo podwórko dla mieszkańców naszego domu było nieduże. Wzdłuż przebiegał drewniany płotek i dzielił podwórze na wspólne 1/3 i Skalskich 2/3”.
   „Za drewniakiem z rysunku była m.in. piekarnia Kubickiego.  Po drugiej stronie ul. J. Dekerta naprzeciwko domu Skalskiego, w głębi, stał parterowy długi domek, w którym mieściły się jakieś biura spółdzielni. Szczyt domu przypadał prawie na wprost ul. G. Narutowicza (wówczas F. Dzierżyńskiego). Przed tym budynkiem do ul. J. Dekerta był plac porośnięty trawą z wydeptaną na skos ścieżką. Rodzice nazywali go „Psi plac”. Często bawiliśmy się tu piłką, graliśmy w klasy, w wojnę, ale też oprócz piesków można było spotkać np. pana Leona ze swoim koniem. Przychodziła też pani z trzema kozami.
   Na rysunku znajduje się również drugi już nieistniejący drewniak, w którym na rogu budynku znajdował się zakład krawiecki pana Gajewskiego.Przed nim stała studnia- przycisk. Trochę dalej, na parterze mieszkał m.in pan Leon Kowalski, ale również Majewscy, Góreccy, czy Świerszczyńscy. Naprzeciwko tego drewniaka, w podwórku, była piekarnia pana Kubickiego”.
Tak oto swoje dziecięce i młodzieńcze lata na ulicy 16-go Stycznia wspominała mieszkanka Żyrardowa, pani Ewa Gabrylewicz.

niedziela, 26 lutego 2017

Epizod 143 - Rajd z automatem w tle

      12 maja 1992 roku przeszedł do najnowszej historii Żyrardowa spektakularnym i mrożącym krew żyłach rajdem przez całe miasto grupy gangsterów, którzy na swojej drodze zostawili jedną ofiarę śmiertelną i trzy postrzelone osoby, w tym dwóch policjantów. Mieszkańcy zajmujący lokale i domy wzdłuż ulicy 1-go Maja nadal dokładnie pamiętają terkot Kałasznikowa oraz ślady po kulach na budynkach. Ale od początku.
    Tuż przed południem Komenda Rejonowa w Żyrardowie otrzymała informację, iż spod lotniska Sochaczew-Bielice został skradziony Polonez, w którym prawdopodobnie znajduje się broń, a sprawcy po kradzieży paliwa na pobliskiej stacji kierują się w stronę robotniczego miasta. Poinformowani o dramatycznej sytuacji żyrardowscy policjanci, panowie Bieniek i Baranowski, dojechali do dawnej bazy PKS przy ulicy 1-go Maja, gdzie w oddali zobaczyli pędzący na włączonych światłach pojazd. Próbując zajechać mu drogę spowodowali, iż kierowca stracił panowanie nad kierownicą i uderzył w przydrożne drzewo. Wówczas jeden z pasażerów wyskoczył i zaczął uciekać. Popędził za nim sierżant Janusz Bieniek i najpewniej udałoby mu się go złapać, gdyby nie postrzelił go w nogę drugi z gangsterów, który wyszedł z uszkodzonego pojazdu i wymierzył broń w policjanta. Ślady po kulach pozostały na ścianie budynku, w którym dziś znajduje się sklep z okcesoriami BHP. Drugi z policjantów widząc, iż sytuacja wymknęła się spod kontroli, schował się za drzewem i zaczął ostrzeliwanie. Po kilku chwilach na miejscu pojawili się żyrardowscy kryminalni, którzy siedzibę mieli wówczas w dawnym pałacyku na tyłach dzisiejszej komedy policji i również wdali się w wymianę ognia. W międzyczasie jeden z gangsterów zatrzymał zbliżające się Audi ze starszym małżeństwem, sterroryzował i groźbą zmusił do opuszczenia pojazdu. Po przejęciu kolejnego auta kontynuowali ucieczkę w kierunku centrum miasta po drodze puszczając serie z Kałasznikowa po przydrożnych budynkach. Resursa, czy prokuratura pokryły się dziurami po kulach. Uszkadzając podczas strzelaniny radiowóz spowodowali chwilowe wstrzymanie pościgu. Na wylocie z miasta przy ulicy A. Mickiewicza nastąpiła kolejna próba zatrzymania i kolejna wymiana ognia. Gangsterzy ominęli blokadę i nie zwalniając mknęli dalej w kierunku Mszczonowa. 
      W tym samym czasie uczestnicząca w zajęciach na strzelnicy zlokalizowanej na przedłużeniu drogi do Sokula grupa policjantów odebrała wiadomość o zdarzeniu i czym prędzej służbową Nyską kierowaną przez Czesława Tkacza podjęła pościg. Po drodze zatrzymali się jeszcze na chwilę przed główną komendą zlokalizowaną wówczas przy ulicy 1-go Maja, w budynku gdzie dziś funkcjonuje Straż Miejska, zabrali zapas amunicji i broń, a za kierownicą Pana Czesława zmienił jego kierownik Pan Zbigniew Kowalski. Niestety uciekający bandyci byli już daleko z przodu zbliżając się w szybkim tempie do Mszczonowa. Poinformowani o strzelaninie w Żyrardowie przez radio policjanci z sąsiedniego miasta używając TIR-a zablokowali drogę na wiadukcie w Słabomierzu zmuszając uciekinierów do zawrócenia i skierowania się z powrotem w kierunku Żyrardowa. Nim pędząca Nyska dojechała do Korytowa wracający samochodem osobowym uciekinierzy skręcili obok korytowskiego młyna i skierowali się w stronę Radziejowic. Tam ostrzelali kolejny radiowóz raniąc policjanta w ucho i skręcili na „katowicką” w kierunku Warszawy. Tu, po przejechaniu około 7 kilometrów zatarli prawdopodobnie silnik w samochodzie i tak jak poprzednio postanowili za wszelką cenę zatrzymać kolejny. Tu padło nieszczęśliwie na zmierzającego w kierunku Katowic kierowcę Mercedesa. Zignorował on nakaz zatrzymania się i ominął gangsterów. Jak się później okazało pierwsza seria przestrzeliła mu nogi i raniła pasażera, druga postrzeliła w głowę powodując natychmiastową śmierć, a samochód siłą rozpędu wpadł do rowu i uderzył w drzewo. Zdesperowani mordercy wrócili na przeciwległy pas i zatrzymali zbliżającą się Tavrię, sterroryzowali kierowcę, przejęli samochód i uciekli w kierunku Warszawy.
      Tu trop urywa się na kilkadziesiąt godzin.  Po kilku minutach pędząca z Żyrardowa Nyska dojeżdża do miejsca zabójstwa i tu kończy swój udział w akcji, będą cały czas tuż za uciekinierami, a jadącym w niej policjantom pozostawało tylko oglądanie efektów ucieczki i zabezpieczenie miejsca.
     W tym momencie rozpoczyna się żmudna policyjna akcja poszukiwawcza zakończona szczęśliwie sukcesem. Około 2,5 tysiąca policjantów, jednostka antyterrorystyczna oraz cztery helikoptery przeczesują teren, a zaangażowani 24 godziny na dobę policjanci typują sprawców. Szybko okazało się, że jednym z nich jest W.S., który nie powrócił z przepustki do zakładu karnego. Dwa dni później około godziny ósmej dyżurny komisariatu policji w Rawie Mazowieckiej odbiera telefon. Okazuje się, że dodzwonił się kierowca TIRA, informując, iż dopiero, co wysadził przy drodze na Skierniewice brudnego i wyczerpanego młodego mężczyznę, który szybko chciał dostać się do jakiejkolwiek stacji PKP, a jako że słyszał o akcji policji sprzed dwóch dni zaczął podejrzewać, iż wiózł jednego z przestępców. Jak się okazało słusznie.  Zaalarmowany patrol udał się nieoznakowanym Żukiem na miejsce i rzeczywiście wśród kilku autostopowiczów znajdowała się osoba o wskazanym rysopisie. Natychmiast przystąpiono do działania i ujęto jednego z poszukiwanych, rannego, brudnego i wyczerpanego. Podczas przesłuchania wyszły na jaw kolejne fakty i godziny po ich zniknięciu zaczęły wypełniać się kolejnymi informacjami. Otóż dotarli drogą okrężną pod Rawę Mazowiecką, gdzie siłą zdobyli apteczkę i prowizorycznie opatrzyli rannego, a następnie udali się w kierunku Radomia. Tam rozdzielili się, a pojmany i zeznający ranny gangster udał się do Nowego Miasta, gdzie złapał właśnie tego TIR-a chcąc dojechać do Piotrkowa Trybunalskiego na stację PKP. Podczas rozmowy kierowca samochodu ciężarowego zasugerował bliższą stacje w Skierniewicach i też z tego powodu znalazł się on ponownie pod Rawą Mazowiecką, gdzie został pojmany. Kolejne zatrzymania były tylko kwestią czasu. W. S. zatrzymano, również 14 maja, w Ostrowcu Wielkopolskim. Zaskoczony zaczął uciekać, a gdy po oddaniu strzałów ostrzegawczych nie zareagował został raniony w podudzie. Najdłużej ukrywał się J.P., ale i on wpadł.Jak się okazało jednym z pojmanych był dawny uciekinier z 6 Pomorskiej Dywizji Powietrzno-Desantowej, zwany pewnie od jednostki, z której zdezerterował „Komandosem”. Postawiony przed sądem wojskowym uciekł z sali rozpraw przez okno i ukrywał się prawie osiem miesięcy, a ostatnio odsiadywał wyrok 2,5 roku więzienia za kradzież i włamanie. 
       Po dwóch latach zapadł wyrok skazując W.J na 20 lat pozbawienia wolności, W.S i P.G na 11 lat, a J.P na 10 lat.

    Artykuł nie powstałby bez informacji udzielonych przez żyrardowskiego policjanta, Czesława Tkacza, naocznego świadka tamtych zdarzeń.  

środa, 18 stycznia 2017

Epizod 142 - Architektura pałacyku Karola Dittricha juniora



  Czerwona, nieotynkowana cegła zasnuwa Żyrardów od ponad wieku. Na każdym kroku kolejne ceglane budowle przypominają o przemysłowej historii miasta, podkreślone przyznaniem tejże unikalnej na skalę europejską dawnej Osadzie Fabrycznej statusu Pomnika Historii. I jest to niezaprzeczalny fakt, iż miejsce na polskiej mapie historycznej Żyrardów zawdzięcza właśnie wielu milionom cegieł wytworzonych w pobliskiej radziejowickiej cegielni, gdzie mnogość kształtów mogłaby nie jednego przyprawić o ból głowy. Ale Żyrardów to nie tylko styl Zigelrohbau. To nie tylko otaczające nas z każdej strony odcienie czerwieni, ale również wiele innych budynków, czy to użyteczności publicznej, sakralnych, czy też typowo mieszkalnych prezentujących praktycznie wszystkie style architektoniczne jakie były popularne w Polsce pod koniec XIX oraz na początku XX wieku.

Zbudowany w latach 1885-1890 w stylu neorenesansowym pałacyk Karola Dittricha juniora pełnił funkcję reprezentacyjną istotną zwłaszcza po przekształceniu w 1885 roku Zakładów Żyrardowskich w Towarzystwo Akcyjne. W roku 1961 siedzibę znalazło tam Muzeum Historii Ruchu Robotniczego m. Żyrardowa przemianowane w 1976 roku na Muzeum Okregowe i w końcu w 2000 roku na Muzeum Mazowsza Zachodniego. I tu można by było zakończyć temat pałacyku Dittricha, gdyby nie przemilczany dotąd temat architektury chluby Żyrardowa i stylu w jakim został stworzony.

    Ten jakże charakterystyczny budynek zlokalizowany w parku zaprojektowanym przez ogrodnika Warszawskiego Ogrodu Botanicznego Karola Sparmana,  zbudowany został w stylu neorenesansowym, wpisującym się w ogólnie panujący wówczas historyzm nawiązujący i naśladujący minione epoki. Budynek wybudowany został jako siedziba reprezentacyjna i rzeczywiście wpisuje się idealnie w przykład stylowej miejskiej zabudowy końca XIX wieku i jak przystało na naśladownictwo renesansowych dzieł sztuki architektonicznej prezentuje on powściągliwy umiar, harmonię i spokój. Zgodnie z cechami stylu nadano mu doskonałe proporcje  i symetrię. Nic nie może się rzucać w oczy i wyróżniać, a uwagę i zachwyt ma wzbudzać całość i równowaga kompozycyjna.
     Rezygnacja z eksperymentów w strukturze budowli oraz zastąpienie gotyckiej czerwieni jasną elewacją nadaje mu powściągliwości, a zarazem dzięki zdobieniom elegancji i wykwintności. Podobnie jak w pobliskich willach dyrektorskich możemy podziwiać piękny mansardowy dach z ozdobnymi, łukowymi oraz dwuspadowymi lukarnami, a także koronkową, ozdobną balustradę, czyli niską ochronną barierą biegnącą wzdłuż krawędzi dachu. Mansardowy dach przywodzący na myśl dawne rezydencje francuskie spopularyzowany został przez architekta znad Loary okresu baroku Francoise Mansarta, pozwalając na zagospodarowanie poddasza, a co za tym idzie zwiększenie powierzchni użytkowej budynku. Symetrycznie rozłożone, po dwie łukowe lukarny ozdobione starożytnymi akroterionami (naszczytnikami) w kształcie palmety kryją owalne okna, w centralnej zaś części możemy podziwiać facjatkę z dwuspadowym nadokiennikiem. Identyczny rozkład znajduje się od strony ogrodu. Okna piano nobile, czyli kondygnacji mieszczącej pomieszczenia reprezentacyjne zostały zwieńczone naczółkiem. 
Samo wejście do budynku wyznacza skromny portal z boniowanymi, nieznacznie zaznaczonymi pilastrami, czyli płaskimi filarami przyściennymi. zaś nad drzwiami zastosowano półokrągłe naświetle. Portal zwieńczony został typowym dla architektury starożytnej i porządku klasycznego architrawem z tryglifem ozdobionym od dołu regulą wraz z sześcioma guttami.  Tuż nad portalem umieszczony został kartusz bez inskrypcji. Dwuskrzydłowe drzwi prowadzą do klatki schodowej prostej, jednobiegowej prowadzącej już bezpośrednio do pierwszej, reprezentacyjnej kondygnacji. Pod klasycznym gzymsem zastosowane zostało ząbkowanie natomiast ciosy narożne budynku zostały boniowane poziomo.

    Całość, zgodnie z renesansowymi detalami otacza boniowany cokół z oknami przyziemia.  Kolejną bardzo charakterystyczną cechą przeniesioną na dittrichowski pałac są ryzality, czyli fragmenty budynku wysunięte przed lico elewacji. W znajdującym się od frontu, umieszczono wejście do budynku, natomiast w tylnej widzimy widokowy balkon dodatkowo wsparty na oknie wykuszowym przyziemia. Zlokalizowane w bocznych osiach wyjścia prowadzą na podniesiony ponad otaczający teren taras boniowany oraz otoczony balustradą  Również ściana boczna skierowana ku Stelli posiada ryzalit zwieńczony płaskim daszkiem. 
     Jako że miasto jest dość młode nie ma możliwości ujrzenia w nim budowli w stylach daleko historycznych. Szczęśliwie XIX wiek i początek XX przyniosły nam powrót do szeroko pojmowanego historyzmu, a co za tym idzie powstawania budynków choć częściowo przypominających, bądź posiadających cechy budowli gotyckich, romańskich czy jak tu renesansowych.

      Niemniej interesująco jawią się wnętrza. Tuż za wejściem umieszczone zostały filary, a spoglądając ku górze możemy podziwiać kunsztownie odnowione kasetonowe sufity typowe dla epoki renesansu. Podobnie zdobienia wieńczą sufity w innych pomieszczeniach parteru, zwłaszcza pięknie prezentują się te dębowe z charakterystycznymi dla baroku wolutami (ślimacznicami) zaczerpniętymi ze sztuki antycznej.    

piątek, 30 grudnia 2016

Epizod 141 - Zapomniany cmentarz Baptystów



     Nie każdy Żyrardowianin wie, a osoby przyjezdne nie mają pojęcia, iż jeszcze w latach 80-tych XX wieku w samym centrum dzisiejszego osiedla Wschód znajdowały się pozostałości  cmentarza Baptystów, którzy swój Dom Boży mieli i nadal mają przy ulicy 1-go Maja 112 i właśnie w pobliskiej wsi Teklinów zbór nabył działkę na założenie własnego miejsca pochówku. Historia powstania cmentarza sięga początków 1892 roku,  kiedy to gmina, reprezentowana przez Karola Witta i Henryka Wolfa rolników z Teklina, jednocześnie członków zboru, nabyła 42 pręty gruntu (783,72 m kw).
    Los gminy Baptystów, a w konsekwencji również cmentarza przypieczętował wybuch II wojny światowej. Akta i dokumenty bądź to zostały wywiezione przez uciekających wiernych bądź zaginęły w zawierusze wojennej.
    Rok 1955 przyniósł kolejną decyzję, a mianowicie działka nr 12 o pow 2372 m kw przeszła na własność  Skarbu Państwa, ponieważ zgodnie z rozpoczętymi działaniami wojennymi ówcześni właściciele Adolf Kuba i Teodor Kunst utracili posiadane nieruchomości. W końcu byli Niemcami.  
    I marazm taki trwał aż do lat 70-tych XX wieku kiedy to zgodnie z planowaną budową nowego osiedla postanowiono zagospodarować teren wówczas już zdewastowanego i zaniedbanego cmentarza. Dnia 17 maja 1973 roku przeprowadzono lustrację terenu stwierdzając, iż na nieogrodzonym i zarośniętym krzewami bzu i akacjami cmentarzu zachowało się tylko 16 grobów przy czym tylko trzy z nich posiadały widoczne i czytelne napisy. A były to pomniki Hedwiga Klatta zm. 26 czerwca 1937 roku, Hanny Jordan zm. w 1909 oraz Wilhelminy i Karola Witt zmarłych w 1934 roku. I na tej jakże wątłej podstawie lustrujący stwierdził, iż data 1937 roku była ostatnim rokiem pochówków. W związku z tym, decyzją z 9 października 1973 roku, zamknięto cmentarz i tu uwaga!  ewangelicko-augsburski wcześniej ustalając z ową gminą, iż nie rości sobie ona do niego praw. Badając dogłębnie ocalałe akta można jednak stwierdzić, iż zaszło tutaj "małe nieporozumienie", gdyż ewidentnie kościół ewangelicko -augsburski posiadał pierwotnie cmentarz tuż obok zakupionej przez Baptystów działki, ale po przyznaniu im terenu tuż obok głównego cmentarza, ich stare miejsce pochówku zostało zlikwidowane, a szczątki przeniesione. Ale żeby decydowali o przyszłości cmentarza Baptystów? 
     Teren, zgodnie z decyzją miał zostać przeznaczony jedynie na zieleń osiedlową, co jak widać zupełnie mija się z rzeczywistością, a szczątki miały zostać przeniesione na niesprecyzowany cmentarz. A jak naprawdę było, przekonano się podczas budowy pawilonów handlowych, kiedy to robotnicy wykopywali kości, a nawet czaszki pochowanych, które później walały się na hałdach ziemi służąc dzieciom jako rekwizyty do zabawy.
      Na kolejne dwadzieścia lat temat zamieciono pod dywan i dopiero odrodzenie się w Wolnej Polsce umożliwiło zborowi na ponowny rozwój i szukanie swoich praw w sądzie. Wrócił temat cmentarza. Wiele procesów, wpierw o zwrot ziemi, następnie o przyznanie odszkodowania, w końcu oddalenie przez ministerstwo wszelkich roszczeń nadal wiszą nad gminą, która do dnia dzisiejszego nie uzyskała jakiejkolwiek rekompensaty, jakiegokolwiek zadośćuczynienia za samowolę dawnych władz. I mimo posiadania dokumentu potwierdzającego nabycie części tejże działki o pow. 42 prętów, choć gmina była w stanie udowodnić, słowami dawnych wiernych, iż rzeczywiście istniał tam cmentarz, a pochówków dokonywano również po II wojnie światowej, do dnia dzisiejszego nic nie wskórano. Przecież nadal istnieją dokumenty nabycia przez Karola Witta i Henryka Wolfa  tychże terenów od Henryka Rummingera, czyli  gospodarstwa chłopskiego z przeznaczeniem pod cmentarz. I nawet jeśli ciężko będzie udowodnić fakt posiadania całych 2372 m kw terenu, to jednak te 42 pręty mają swoje odniesienie w aktach.
     Obecnie, miejsce poświęcone i w pewnym sensie mistyczne dla Baptystów, a także osób zainteresowanych pielęgnowaniem historycznych pozostałości wielokulturowości Żyrardowa, zostało zagospodarowane osiedlowymi pawilonami handlowymi, placem zabaw oraz wieżowcem,  a jedynymi świadkami minionych lat są nieliczne robinie akacjowe spoglądające z wysokości swych koron, na jakże zmienioną, otaczającą je przestrzeń. 
    Brak jakichkolwiek znaków, świadczących o symbolice tego miejsca, zawstydza i daje do myślenia, co może kiedyś stać się z nami.