piątek, 19 sierpnia 2016

Epizod 136 - Jak żyrardowski kościół stał sie parafią

     Dzień 22 maja 1898 roku stał się dla mieszkańców ówczesnego Żyrardowa dniem szczególnym. Oto wówczas, po wielu latach starań i oczekiwań, udało się mianować żyrardowski kościół parafialnym. Dokonał tego podczas sumy dziekan grodziski ks. Antoni Maciążkiewicz odłączając w końcu wielotysięczną Osadę Fabryczną od pobliskich Wiskitek. Pępowina została odcięta. A trwało to ponad 25 lat, od czasu gdy właściciele żyrardowskiej fabryki wyjednali u Ministra Spraw Wewnętrznych, dokumentem z dnia 19 marca 1873 roku, możliwość urządzenia w prywatnym domu kaplicy oraz na przyległych gruntach cmentarza grzebalnego.

       Jak wiadomo na urzeczywistnienie trzeba było czekać kolejne lata i dopiero w 1881 otworzono cmentarz, a rok później uruchomiono kaplicę pod zarządem ks. Antoniego Folksmanna, wikariusza wiskickiego, będącego zarazem pierwszym kapelanem fabrycznym.


       Mijały kolejne lata, zmieniali się kapelani, wybudowano pierwszy kościół, ale nadal Osada podlegała pod parafię Wiskitki. Kolejnym krokiem, przybliżającym do rychłego wydzielenia nowej parafii, było założenie ksiąg stanu cywilnego opatrzone datą 13 sierpnia 1893 roku. Mimo, iż chowano już zmarłych na pobliskim cmentarzu, a kościół udzielał kolejnych ślubów, nadal była to parafia bez tytułu parafii, zależna od kościoła w Wiskitkach oraz Zarządu Fabryki.

       Do wybudowania nowego, docelowego kościoła aspirował ówczesny kapelan ks. Antoni Gniazdowski, który z pomocą Karola Dittricha juniora miał dokonać tej wiekopomnej rzeczy. Niestety w 1897 roku ustępuje on miejsca nowemu kapelanowi ks. Władysławowi Żaboklickiemu, który wraz ze swoimi pomocnikami ks. Walentym Braulińskim oraz ks. Stanisławem Kuczyńskim, w kolejnym roku domyka wieloletni proces starania się Żyrardowa o odrębną parafię.

      Nic jednak nie dzieje się bez reakcji. Narodziny żyrardowskiej parafii zamykają wielowiekowy rozdział w innym miejscu naszej archidiecezji. Otóż zapewne nie każdy wie, iż niewielka wieś Mistrzewice, położona nad Bzurą, 10 kilometrów na północ od Sochaczewa, mimo niewielkiej społeczności tam zamieszkującej,  przynajmniej od XV wieku posiadała własna parafię. Niewielka społeczność uczęszczała do drewnianego kościoła pw. Św. Stanisława i św. Doroty najpewniej zastąpionego nowym, wybudowanym jak głosi okolicznościowa tablica, w roku 1769 przez biskupa poznańskiego Andrzeja Młodziejowskiego, a zburzonym podczas I wojny światowej, w roku 1915.

      I otóż ta historyczna parafia, dekretem z dnia 22 stycznia 1898 roku, została zniesiona i przyłączona do pobliskiej parafii Młodzieszyn, a etat proboszcza przeniesiono właśnie do nowej, żyrardowskiej.

     I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyż licząca niewiele ponad 200 dusz wspólnota, na takie miano raczej nie zasługiwała. Jednak tak nagłe zlikwidowanie wielowiekowej i historycznej parafii obrosło legendą dość dramatyczną, ale kultywowaną już od ponad 100 lat.

    Głosi ona, iż ówczesny proboszcz romansował z jedną z parafianek za co został przez mieszkańców pobity na śmierć, a likwidacja parafii miała być karą za ten bezbożny czyn. Poza tym msze święte we Wszystkich Świętych miały być odprawiane tydzień później, a jakby tego było mało na wieś miała paść klątwa, która ma ciążyć aż wieś nie wyda księdza, aby zadośćuczynić  przewinieniu dawnych mieszkańców.

czwartek, 4 sierpnia 2016

Epizod 135 - Plan z 1867 roku, czyli spacerkiem po dawnym Żyrardowie



        Zasoby kartograficzne Żyrardowa dostępne w archiwach czy lokalnym muzeum zawsze warte są przytoczenia i analizy. Wszak map czy planów miasta nie jest aż tak wiele. Poczynając od „Mappy szczegulnej województwa rawskiego” z 1792 roku, Karola Pertees’a gdzie po raz pierwszy naniesione zostały Szyszka i Ruda, skończywszy na najnowszych planach Żyrardowa dostępnych w czynnym obiegu, każda z nich wnosi wiele i pozwala wyobrazić sobie i porównać jak rozrastało się miasto z biegiem lat.
      Jednym z ciekawszych, a dodatkowo obejmującym po raz pierwszy całość ulic Osady jest niepozorny plan z 1867 roku, wykonany na niewielkim kawałku papieru pergaminowego zatytułowany „Wohnhausses in Żyrardov Fabrick” dostępny do wglądu w grodziskim archiwum. Jakby tego było mało twórca planu pokusił się o wykonanie drugiego arkusza zawierającego legendę i opis naniesionych na plan budynków. Możemy z niego odczytać wiele, bardzo ciekawych informacji. Ale po kolei.
     Sam plan wydaje się tak delikatny i kruchy, iż przy pierwszym kontakcie nasza uwaga i pietyzm obcowania z nim urasta do rangi wielkiego wydarzenia. I jest nim w rzeczy samej.  Już na pierwszy rzut oka zwracamy uwagę na wierne odwzorowanie siatki istniejących wówczas ulic, przypisując im w myślach dzisiejsze nazewnictwo. A jak widać wytyczonych traktów już kilka istniało. 
     Oczywiście trzy najstarsze, czyli droga z Sochaczewa do Mszczonowa, dzisiejsza ul. 1-go Maja oraz droga sokulska, na którą dziś składają się ulice S. Żeromskiego i B. Limanowskiego istniały zanim ktokolwiek pomyślał o wybudowaniu w tym niezbyt przyjaznym terenie fabryki.  Na planie widzimy jednak dużo więcej. 

    Zaczynając od strony zachodniej przy dzisiejszej ul. S. Sławińskiego zgodnie z planem i zamieszczonym opisem znajdował się budynek, w którym zlokalizowano magiel (nr 24). Wracając na ulicę 1-go Maja, w ciągu ulicy od S. Sławińskiego właśnie do zaczątków dzisiejszej ulicy L. Waryńskiego, Teklinowską dawniej zwaną, zlokalizowane było pięć domów robotniczych z parterami przystosowanymi do pracy chałupniczej, gdzie rozlokowane były krosna, piętra natomiast zajmowali robotnicy (nr 19,20,21,22,23). Wszak w początkowych latach działalności fabryki gros pracy wykonywano w domu. Idąc dalej, w miejscu dzisiejszej Resursy i skweru przed nią mijamy dwa kolejne domy dla robotników (nr 17,18). I tu dochodzimy do jedynych, zachowanych po dzień dzisiejszy budynków, które z braku remontu szpecą ten, jakby nie było, reprezentacyjny fragment zrewitalizowanego Żyrardowa. A mowa mianowicie o rozpadającym się na naszych oczach domu robotników przy skrzyżowaniu S. Waryńskiego z 1-go Maja (nr 13) oraz znajdujący się w trochę lepszym stanie dawny domu tokarza, dziś osłonięty płachtą przypominającą o stuleciu nadania praw miejskich miast (nr 12).
      Tak oto, cali zakurzeni wszechobecnym pyłem unoszącym się w powietrzu, dochodzimy do skrzyżowania z ulica B. Limanowskiego. Jak widać w tym miejscu kończył się pierwszy odcinek tejże drogi zamknięty domem samego dyrektora Garvie’go (nr 11) . Po przeciwnej stronie ulicy 1-go Maja zlokalizowany był ówcześnie dom pana Kumpfa z magazynem przędzy (nr 15), co w związku z bliskością fabryki było oczywiste i naturalne. Kwartał ten zajmowały zabudowania fabryczne oraz znajdujący się mniej więcej w miejscu dzisiejszego Pałacyku Tyrolskiego, dom dyrektora Ogdena (nr 16). 
     Wracając na dawną ulicę Wiskicką dochodzimy do wytyczonego już wówczas placu, który w przyszłości miał stać się miejscem wieców, strajków, ale również pamiętać gwar kupców i przekupek ze zlokalizowanego tam targowiska. I tutaj, dawna zabudowa zupełnie nie przypomina dzisiejszego zagospodarowania tego fragmentu miasta, ścisłego centrum dzisiejszego Żyrardowa. Zachodnią część placu zajęły domu Petaska (nr 8), Baiera (nr 9) i Guta (nr 10), mistrzów tkackich. Wschodnia strona placu to dalsze domy robotnicze, m.in. Malinowskiego (nr 7), czy Lipińskiego (nr 4) .
     I znów jesteśmy na rozjechanym i pełnym kolein trakcie wiodącym w kierunku Mszczonowa, a z ciągnących się wzdłuż drogi rowów unosi się drażniący nozdrza znajomy zapach. Dalszy odcinek ulicy 1-go Maja aż do wytyczonej ulicy J. Mireckiego zajmowały kolejne dwa domy, robotniczy (nr 3) oraz mistrza tkackiego Prachta (nr 2). Ostatnim numerowanym budynkiem został popularny Familijniak (nr 1), usytuowany na końcu ulicy J. Mireckiego, dawnej Familijnej, rzec można wieżowiec tamtych czasów, wypełniony wszechobecnym gwarem i rytmicznymi stukami pracujących maszyn tkackich.  A dalej na wschód zaczynała się Ruda. 
     Na większą uwagę tej części planu zasługuje widok dawnego stawu rudzkiego, który w późniejszych latach razem z otaczającym go parkiem służył żyrardowskim robotnikom za miejsce odpoczynku.
    Oddana ponad dwadzieścia lat wcześniej Droga Żelazna Warszawsko-Wiedeńska widnieje na planie jako podwójna niebieska linia, od której odchodzi tor prowadzący na Bielnik, tor który w znacznej części został usunięty z dzisiejszego krajobrazu. 
     Przechodząc na drugą stronę torów zagłębiamy się w Osadę Młyńską wydawać by się mogło nie odwzorowaną prawidłowo, ot tak aby wskazać, że tam również znajdowały się jakieś budynki. Całość planu przecina rzeka Pisia tworząca jeszcze przed linia kolejową dwie wyspy, za nią natomiast płynąca nawet trzema korytami. Całość dopełniają domy zlokalizowane przy dawnej ulicy Sokulskiej, a wśród nich dom pana Wątróbskiego (nr 27).
    Przeskakujemy dwie całkiem spore kałuże i skrajem drogi udajemy się w kierunku ulicy 1-go Maja.
    Tak oto kończy się ten krótki spacer po dawnych, zakurzonych i rozjechanych kołami chłopskich wozów ulicach dawnego Żyrardowa. Na szczęście nie padało.
      

czwartek, 23 czerwca 2016

Epizod 134 - "Dom Mody "Primus"



        Miał Żyrardów i Dom Mody. Ostatnio wyremontowany, ze zmienioną elewacją, w końcu przypomina budynek z prawdziwego zdarzenia. Zniknęły obdrapane, udekorowane wyblakłą żółcią blachy i prowizorka enerdowskiej myśli technologicznej z lat siedemdziesiątych. Mowa oczywiście o supermarkecie, który znajduje się nad żyrardowskim tunelem, a który podwoje swoje otworzył w wakacje 1977 roku, pod dumnie brzmiącą nazwą Dom Mody WPHW „Primus”. 
   
   Wzorcowy i elitarny, z nazwą, na którą lokalny tygodnik „Życie Żyrardowa” rozpisał nawet konkurs wśród mieszkańców. Zanim jednak stał się dostępny dla obywateli, nie tylko robotniczego miasta, jako kolejny odbył długą drogę, począwszy od planów, braku materiałów budowlanych czy wykończeniowych, a skończywszy jak w większości przypadków na opóźnieniach w oddaniu do użytku czy w końcu niepełnowartościowym towarze oraz brakach w zaopatrzeniu.
     Tym razem Przedsiębiorstwo Budownictwa Uprzemysłowionego z Pruszkowa nie stanęło na wysokości zadania i oddało, z resztą po dość długim przeciąganiu terminu, budynek który wymagał od właściciela usunięcia wielu usterek i niedoróbek, dyskwalifikujących go z eksploatacji. Szczęśliwie, latem 1977 roku dobrnięto do końca i Żyrardów mógł się pochwalić największą i najnowocześniejszą placówką handlową w całym województwie. 1150 m kw budziło podziw i wyniosło oczekiwania klientów na niedostępny wówczas poziom. Zwłaszcza asortyment mógł doprowadzić do zawrotu głowy, przyzwyczajonych do pustych półek sklepowych mieszkańców, gdzie sukienki czy spodnie z teksasu były czymś z tysiąca i jednej nocy.

      A jednak sen się ziścił. Do obsługi zatrudniono aż dwadzieścia trzy osoby z doświadczonym kierownikiem, Panią Jadwigą Tomaszewską na czele. Mimo, iż może wydawać się nierealne, ale rzeczywiście towaru sprowadzony do sklepu bez niepośledni zwłaszcza w pierwszej fazie jego działalności. Towary krajowe i zagraniczne. Sukienki i spodnie z teksasu od „Cory”, golfy z łódzkiej „Olimpii”, bluzki bistorowe od „Marko”. A to dopiero początek. Pończochy i dziewiarstwo z lokalnej „Stelli” i łódzkiego „Zenita”, płaszcze damskie z „Teofilowa”, „Cory” oraz „Modeny”, apaszki z szyfonu jedwabnego, czy w końcu spodnie i garnitury z samej „Vistuli”, tomaszowskiej „Pilicy” czy bydgoskiego „Modusa”. Nie mogło oczywiście zabraknąć asortymentu z „Próchnika”. 
    A z zagranicy? Futra z baranów, jagniąt bądź nutrii, mongolskie oraz egipskie płaszcze, imitacje bekieszy, czyli długich kożuchów, bezpośrednio z Bułgarii. Do tego asortyment holenderskich spodni oraz koszul, także jugosłowiańskich. „Wólczanka” oraz „Romeo” również znalazły swoje miejsce na półkach. Asortyment był tak bogaty i różnorodny, iż sam „Primus” wchłonął trzy sklepy: „Detal”, „Adama” oraz sklep młodzieżowy z ulicy 1 Maja 13.

    Istnie kapitalistyczne przedsięwzięcie w socjalistycznych czasach. Zwłaszcza, że sam Dom Mody miał stać się pionierskim przedsięwzięciem WPHW, swego rodzaju sondą potrzeb ludności. Istna ironia. Z resztą takie pokazowe otwarcia były na porządku dziennym.
   

wtorek, 14 czerwca 2016

Epizod 133 - Zapomniana gwiazda polskiego baletu - Elżbieta Jaroń



     Ma Żyrardów swoje gwiazdy. Dziś z nieograniczonym dostępem do internetu, a w szczególności do mediów społecznościowych, praktycznie każdy może zamieszczać swoje domowe osiągnięcia i liczyć na docenienie, wpierw najbliższych, znajomych, czy lokalnej społeczności. Jeśli to co robi jest słuszne i idzie z w parze tym choć odrobina talentu, potrafią odezwać się mniejsi lub więksi „łowcy”, którzy wietrzą obopólny interes i potrafią przekuć te domowe przedstawienia w coś większego. Nie musi iść za tym ani talent, ani szkoły czy w końcu lata żmudnych praktyk, często okupionych hektolitrami potu, niespełnionymi nadziejami czy wiecznymi próbami przebicia się przez tłum tego typu podobnych artystów. 
     Takie mamy czasy i nie wypada nie korzystać z ich dobrodziejstw. Co mają jednak powiedzieć dziś ci, którzy swój sukces osiągnęli lata temu, w czasach gdy telewizja była czymś wręcz kosmicznym, a znajomych poznawało się na prywatkach, twarzą w twarz. O ich sukcesach często dowiadywaliśmy się po czasie z niewielkich wzmianek z gazetach lub jeśli było się gwiazdą naprawdę światowego formatu, z kronik filmowych prezentowanych, ot choćby, przed kinowymi seansami.
    Taką właśnie gwiazdą w każdym calu, była rodowita żyrardowianka, osoba dziś zupełnie zapomniana w mieście, a mianowicie pani Elżbieta Jaroń urodzona w 1941 roku, primabalerina Teatru Wielkiego w Warszawie, święcąca swoje sukcesy w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku.
   Kiedy kończyła żyrardowską szkołę muzyczną nikt nie spodziewał się, iż za kilka lat stanie się primabaleriną występującą na scenach światowych oper i teatrów, obsadzaną w znanych i popularnych przedstawieniach, grającą w nich główne role, a polscy i światowi krytycy będą tak pozytywnie odnosili się do jej kunsztu, mistrzostwa i techniki
   Aby jednak osiągnąć takie sukcesy trzeba było opuścić rodzinny Żyrardów. Od początku jednak widać było, iż jest to talent nieprzeciętny. Ukończona z wyróżnieniem Warszawska Szkoła Baletowa, otworzyła przed nią drzwi do Opery Warszawskiej, gdzie już w 1961 roku zadebiutowała rolą Łabędzia w „Jeziorze Łabędzim” P. Czajkowskiego, a następnie Ognika w balecie „Kamienny Kwiat” S. Prokofiewa. Jednak to co zmieniło na zawsze jej życie i stało się bramą do sukcesu był Ogólnopolski Konkurs Tańca Scenicznego gdzie w grudniu 1961 roku zdobyła I nagrodę. Ten przełomowy sukces przyniósł jej rolę Swanildy w „Copelli”. L. Delibesa. Odezwała się Telewizja Polska, Polska Kronika Filmowa, a Łódzka Wytwórnia Filmów Oświatowych zrealizowała film pt. „Taniec dziewczyny ofiarnej” ze „Święta Wiosny” I. Strawińskiego. W kolejnych latach Teatr Wielki obsadzał nową gwiazdę w ”Jeziorze Łabędzim” P. Czajkowskiego jako Odettę-Odylię, Swalindę w „Coppelli” L. Delibesa, Kitri w „Don Kichocie” L. Minkusa czy tytułową „Giselle” w dziele A. Ch. Adama. Role Eurydyki w „Orfeuszu” I. Strawińskiego czy Diablicy w „Panu Twardowskim” L. Różyckiego budowały jej sceniczny obraz i kunszt. Ogólnopolskie gazety, doceniając umiejętności i talent żyrardowianki po jej scenicznych występach, zapełniały kolumny kolejnymi artykułami opisującymi jej umiejętności i nieprzeciętny talent aktorski. Jak sama pani Elżbieta wspominała jednym z największych jej sukcesów był występ w „Święcie Wiosny” w inscenizacji, reżyserii i choreografii samego Alfreda Rodriguesa. A przecież w tamtym momencie jej kariera trwała dopiero dwa lata.
    Sukces jednak nie wziął się tylko z talentu. Wytrwałość, katorżnicza praca i codziennie wiele godzin na scenie. Chwile wyczerpania, padania ze łzami w oczach, ciągła walka z samym sobą, chwile zwątpienia i momenty załamania. Ale kto powiedział, że sukces nie rodzi się z bólach.
   A potem było jeszcze piękniej. Wyjazdy do RFN, Stanów Zjednoczonych, Kanady. Nakręcone przez Columbia Pictures „Danse Sacrale”, film biograficzny Igora Strawińskiego z jej występem. A dalej Finlandia, czy teatr „Bolszoj”. I kolejne role. Wróżka w „Kopciuszku” S. Prokofiewa, Chloe w „Dafnis i Chloe” M. Ravela. W międzyczasie, w roku 1972, została stypendystka Ministerstwa Kultury i Sztuki w  The School of Contemporary Dance w Londynie. Nawet telewizja zrealizowała film pt. Tańczy Elżbieta Jaroń” w reżyserii Jadwigi Żukowskiej, w którym zaprezentowano fragmenty baletów „Giselle”, „Don Kichot” i „Święto wiosny”, nagrodzony z resztą na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Muzycznych w Besancon we Francji.
   Kariera primabaleriny powoli dobiegła końca. Po stanowisku kierownika baletu w sztukach „Córka źle strzeżona” F.Herolda oraz „Fantazji” P. Czajkowskiego została mianowana z wyboru zespołu kierownikiem Baletu Teatru Wielkiego, które to stanowisko obejmowała w latach 1981- 82, aby w końca zostać pedagogiem tańca klasycznego, w czym tak pomocne okazały się ukończone w 1980 roku studia pedagogiczne w Akademii Muzycznej w Warszawie.

wtorek, 31 maja 2016

Epizod 132 - Pamiętny "Blaszak"

      Skrzyżowanie ulic Stanisława Wyspiańskiego i Stefana Okrzei. Dziś parking przed kolejnym w mieście supermarketem. Prosta i powtarzalna kostka brukowa wypełnia taflą teren przed sklepem. Zapewne dla naszych dzieci będzie to jedyne i nic nieznaczące wspomnienie. Ot kolejne skrzyżowanie, które mija się bezrefleksyjnie w codziennej drodze do wyznaczonego celu. Jednak nie dla autochtonów. Ludzi, którzy jeszcze dziś przechodząc przez mostek nad Pisią rzucają okiem w stronę sklepu, przypominając sobie pamiętny "Blaszak", przychodnię lekarską, która zniknęła bezpowrotnie z krajobrazu Żyrardowa przed kilkoma laty, przenosząc częściowo swoje lokum do pobliskiej, nowej przychodzi Eskulap. Nie każdy jednak pamięta, iż dawny "Blaszak" pełnił przed swoją życiową rolą, funkcję budynku zaplecza technicznego firmy "Beton-Stal" i że tylko dzięki uprzejmości Warszawskiego Przedsiębiorstwa Budownictwa Elektrowni i Przemysłu "Beton-Stal", lud robotniczy Żyrardowa doczekał się w końcu tak niezbędnej placówki zdrowia. Liczący ponad 1100 m.kw. obiekt wykonany z blachy, został ofiarowany mieszkańcom przez ową firmę, która podjęła się również jego adaptacji i przystosowania.
Większość żyrardowskich zakładów, na czele z Zakładami Przemysłu Lniarskiego, wniosła swe udziały, dodatkowo współfinansując projekt dzięki środkom pozyskanym z Narodowego Funduszu Ochrony Zdrowia. Koszt przebudowy i wykończenia wyniósł około 50 mln złotych.  
    Rozpoczęta z grudniu 1980 roku inwestycja z niemałymi trudnościami zaopatrzeniowymi, została ukończona po trzech długich latach. Międzyzakładowa Przychodnia Przemysłowa wreszcie otworzyła swoje mury, a raczej blachę dla niekończących się tłumów kolejnych pokoleń.
    I mimo, iż z zewnątrz od początku budziła skrajne emocje, o tyle wewnątrz pierwotne wyposażenie było naprawdę odpowiednie i dostosowane do potrzeb klientów. Lśniące kafelki, umywalki, nowe, schludne leżanki. Ale nie tylko odbiór estetyczny i wyposażenie były kluczowe. Najważniejszym była mnogość dostępnych poradni. Począwszy od przemysłowej, okulistycznej, laryngologicznej, neurologicznej, czy w końcu stomatologicznej z wyposażeniem nieodbiegającym od najlepszych krajowych standardów. A oprócz tego pracownie analityczne, gabinety zabiegowe, pracownie EKG, czy EEG. Czego więcej było trzeba ciężko pracującym robotnikom fabrycznego miasta.
miejsce po dawnym "Blaszaku" - widok z 2012 roku
    Uroczyste otwarcie celebrowała sama śmietanka ówczesnej władzy. I sekretarz KM PZPR Jerzy Słomiński, prezydent Tadeusz Wasek, kierownik Wydziału Administracyjnego KW PZPR Elżbieta Bakuła. Nie zabrakło również miejsca dla przedstawicieli "Beton-Stalu", służby zdrowia, czy w końcu delegacji zakładów współuczestniczących w tym kluczowym przedsięwzięciu.
     Lata mijały. Każdego dnia kolejne rzesze mieszkańców zbierały przed przychodnią od wczesnych godzin porannych, aby zapisać się do specjalisty. Wszak liczba numerków była ograniczona. Najgorsze były zimy, kiedy to jeszcze przed wschodem słońca pacjenci, przeskakując z nogi na nogę, wydeptywali w śniegu ślady, czekając na zlitowanie się portierki i umożliwienie im wejścia do środka by się ogrzać.
    Ludzie się zmieniali, przychodnia nie. Nieremontowane pomieszczenia, leżanki pamiętające zapewne pierwszych pacjentów, aparatura z wczesnych lat 80-tych, a do tego "nieśmiertelna" recepcjonistka, która zapętliła się gdzieś w przeszłości, nic sobie nie robiąc ze zmieniających się standardów obsługi. Nic jednak nie było w stanie przebić blaszanego prostopadłościanu w kolorze wyblakłej żółci, który każdemu mieszkańcowi miasta kojarzył się z udrękami bycia chorym.
   Dziś po pamiętnym budynku nie zachowała się nawet cegła, a ściślej mówiąc blacha. I tylko tradycja porannych kolejek przed nową przychodnią, przypomina nam stary, dobry "Blaszak".  

środa, 4 maja 2016

Epizod 131 - Znikający cmentarz ewangelicki

     Powoli acz konsekwentnie znikają z krajobrazu Polski. Zarastają drzewostanem, którego systemy korzeniowe drążą podziemne tunele niszcząc wszystko na swojej drodze. Likwidowane zaorane uwalniają teren pod budownictwo, a pamięć po nich pozostaje jedynie na starych, sfatygowanych mapach oraz wyblakłych fotografiach.
    Żyrardowski cmentarz ewangelicki, a gwoli ścisłości wielowyznaniowy, gdyż znajdziemy na nim jeszcze pojedyncze pomniki prawosławnych i reformowanych, powoli znika nam z oczu. Kolejne historyczne groby i pomniki rozpadają się na czynniki pierwsze uwalniając miejsce pod nowe, piętrowo układane betonowe komory, których z każdym dniem przybywa.
   Ale tylko w tym punkcie różnimy się od naszego sąsiada - Wiskitek. Biorąc pod uwagę inne aspekty i stan faktyczny, niemy krzyk bezsilności ściska za gardło z żalu i nieodwracalności. Zaniedbane, stare cmentarze ewangelickie powoli odchodzą w zapomnienie. W niektórych przypadkach, choćby właśnie na przykładzie pobliskich Wiskitek, mało kto już pamięta gdzie się znajdował i tylko oko wytrawnego poszukiwacza potrafi w gąszczu dostrzec ukryte pozostałości  zdewastowanych tablic z trudem literując zachowane jeszcze nazwiska. 
    Wracając jednak do żyrardowskiego cmentarza, pozostało nam raptem kilkadziesiąt pomników w różnym stanie. Niektóre mocno zniszczone zębem czasu inne w całkiem jeszcze niezłej kondycji. Zapewne wkrótce i te uwolnią miejsce tak potrzebne przy ogromnym deficycie jaki nastał w Żyrardowie. I zapewne już niedługo nasze dzieci, spacerując po dawnym cmentarzu ewangelickim będą z niedowierzaniem słuchały naszych starczych opowieści o dawnych rezydentach tej części nekropolii. 
    A wszystko rozpoczęło się w latach 70-tych XIX wieku, kiedy to na nabytym od hr. Feliksa Sobańskiego terenie pod cmentarz katolicki, wyznaczona została również niewielka część przeznaczona na pochówki mieszkańców wyznań ewangelickich oraz prawosławnego. Dzięki temu połączeniu każda z żyrardowskich grup etnicznych miała swój własny skrawek ziemi i nie było już konieczności odbywania pielgrzymek do pobliskich Wiskitek. Powoli acz konsekwentnie przestrzeń wypełniała się kolejnymi pomnikami. Zadbany i często odwiedzany cmentarz ewangelicki zapłacił jednak wielką cenę za zbrodnie hitlerowskie. Miasto w pośpiechu opuścili jeszcze niedawni przyjaciele i znajomi. Mniejszość niemiecka, tak jak żydowska, przestała istnieć, co nie oznaczało jednak całkowitego zaniku Ewangelików. Wszak byli jeszcze Polacy tegoż wyznania. Jednak była to tak niewielka grupa, dodatkowo szykanowana i obarczana winą za tragedię drugowojenną, bez środków choćby na remont zniszczonego kościoła, a co dopiero mówić o zajęciu się starym cmentarzem. Opuszczone przez wysiedlone rodziny groby powoli niszczały i traciły swój urok. I tylko co jakiś czas, podczas sporadycznych pogrzebów, przestrzeń wypełniała się żałobnikami. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Na miejsce zniszczonych płyt nagrobnych nikt nowych nie stawiał, a wtedy już tylko krok do uznania anonimowego grobu za gotowy do usunięcia. I tak się nadal dzieje na naszych oczach. Ramy grobów znikają z dnia na dzień. A uwolnione przestrzenie  wypełniają kolejne, piętrowe komory. Cmentarz ewangelicki znika bezpowrotnie.  
     Szczęśliwie, możemy jeszcze zatrzymać się i pośród dziur w ziemi zadumać na chwilę przed zachowanymi pomnikami. Szczęśliwie, nadal stoi grób znanego nauczyciela z Kantoratschule Adolfa Hauptmana, a w części Reformowanych groby dawnych pielęgniarek pań Govenlock i Dickson. Nadal możemy odczytać w części Prawosławnych nazwisko Priwiezencew i uzmysłowić sobie jaka jest różnica pomiędzy krzyżem katolickim, a prawosławnym. Nadal, choć z coraz bardziej ograniczonym zakresie podziwiać kunszt kamieniarski znanego łódzkiego, a następnie kaliskiego mistrza Alfreda Fiebigera, czy nie mniej znanego rzeźbiarza S.Tuszewskiego, czy w końcu Kołaczka, przystanąć przed pomnikiem znanego, niestety od tej gorszej strony Andersa, czy w końcu starać się przełożyć cyrylicę na polski.  Nadal sto monumenty rodziny Kellerów czy Fiszerów.
  Niestety nie ujrzymy już choćby pomnika żyrardowskiego potentata Krastyna, czy wielkiego sercem doktora Hay'a.