wtorek, 5 marca 2019

Epizod 153 - pożar kartoniarni



Wjeżdżając do Żyrardowa od strony Mszczonowa oczom przyjezdnych ukazują się górujące nad okolicą wieżowce, dziś, pomalowane na wyblakłe już w słońcu ciepłe odcienie żółci i pomarańczy. Wysokie dziesięciopiętrowe budowle z płyty, powstały na fali ówczesnych potrzeb poprawy prezentacji miasta w oczach przyjezdnych. Doskonały na nie widok, z okien pociągów zmierzających w kierunku Warszawy, dodawał splendoru i poprawiał wizytówkę tego fabrycznego miasta.  
      Zagłębiając się jednak w meandry okolicznych uliczek, możemy na własne oczy przekonać się, że ten dawny blichtr widoczny jest tylko z daleka. Cofnięte nieco od ulicy dwa, niepasujące do otoczenia wieżowce, jak kominy pną się górę, zaburzając perspektywę sąsiedztwa.
      Ulica Romualda Mielczarskiego, dawnej Ogrodowa, tak jak większość tego typu podobnych ulic, zabudowana była jedno lub najwyżej dwukondygnacyjnymi domami zamieszkanymi przed II wojną światową przez mniejszość żydowską. Wyjątkiem był tu jedynie „dom spółkowy”, stojący do dzisiaj, który posiadał trzy kondygnacje. Ówczesna ulica Ogrodowa nazwę swą zawdzięczała sąsiedztwie parku, a raczej lasku, który ciągnął się aż do dworca kolejowego, wypełniając przestrzeń dzisiejszych ulic, w kwartale pomiędzy ulicami Wąską (obecnie Borucha Szulmana), Przejazd (dziś P.O.W.) i Al. Dittricha (noszącą dziś nazwę Alei Partyzantów) i zamknięty od zachodu właśnie ulicą Ogrodową. Niska zabudowa domków czynszowych wypełniała praktycznie całą lewą stronę, aż do dzisiejszej ulicy Stefana Okrzei, dawnej Fabrycznej. Jedynie przechodniak na wysokości ulicy Wąskiej pozwalał przedostać się na skróty do Wiskickiej, głównej arterii Żyrardowa. Prawa strona, do skrzyżowania z ulicą Wąską, zabudowana była właśnie „domem spółkowym” oraz domem właściciela piekarni. Mieścił się tam również jedyny w Żyrardowie Bank Żydowski, na którego użytek zagospodarowana była parterowa część budynku przy Ogrodowej 6. Natomiast po lewej stronie, pod numerem 13, znajdował się młyn parowy Karola Witta właściciela kilku piętrowych domów czynszowych na Podblichu oraz w miejscu dzisiejszego parkingu rząd drewnianych domów łączących się właśnie z równoległą ulicą Wiskicką poprzez tzw. Przechodniak, czyli podwórko łączące dwie równoległe ulice.

Wiecznie zanieczyszczona i wąska dawna ulica Ogrodowa rozbrzmiewała bez przerwy głosami kupców, handlarzy oraz dziewcząt z usytuowanej tutaj szkoły żeńskiej panien Motylińskich, do której uczęszczały dziewczęta wszystkich wyznań, oprócz mojżeszowego, gdyż to, o ironio, nie było akceptowane przez konserwatywne i nieprzystosowane do ówczesnych czasów nauczycielki. Schludne granatowe sukienki i białe bluzki kontrastowały z wiecznie brudnymi kowalami z sąsiadującej kuźni, którzy uderzeniami ciężkich młotów nadawali rytm ulicy. Działania wojenne skutecznie przetrzebiły osiadłych tu mieszkańców. Zniknęli żyrardowscy Żydzi, a na ich miejsce pojawili się nowi lokatorzy. 
I to tutaj w nocy z 15 na 16 kwietnia 1959 roku, na drugim piętrze Żyrardowskich Zakładów Przemysłu Terenowego popularnej „Kartoniarni” wybuchł bardzo groźny pożar zagrażający praktycznie całej dzielnicy. Łatwopalne drewniaki oraz wąskie ulice spowodowały, iż potencjalne zagrożenie przeniesienia ognia na sąsiednie domy, a nawet ulice stało się jak najbardziej realne, zwłaszcza że sam budynek, wcześniej zakładu produkcji makaronu przylegał bezpośrednio do jednego z nich. Tuż po północy informacja o rozwijającym się pożarze dotarła do żyrardowskiej straży pożarnej, której pierwsze wozy dotarły już po kilku minutach. Rozpoczęło się gorączkowe poszukiwanie źródła ognia i najpewniej udało by się ugasić pożar w jego początkowej fazie zwłaszcza że dostęp do klatki schodowej był otwarty gdyby nie to, że strażakom skończyła się woda. Zanim znaleziono zastępcze źródło w pobliskiej wieży ciśnień, zanim podciągnięto węże, ogień rozszalał się na dobre. Drewniane stropy uległy spaleniu i w tym momencie pożar był praktycznie nie do opanowania. Jako, że kartoniarnia od samego początku narzekała na deficyt miejsca, czy to dla surowców, czy też już wykonanych produktów, praktycznie w każdym miejscu, nawet na klatkach schodowych zalegały tony łatwopalnych zapasów tektury, papieru, denaturatu, kalafonii czy skór. Łatwo można sobie wyobrazić jaka była to pożywka dla ognia. Kiedy zapadnięciu uległ dach niebezpieczne płomienie oraz unoszące się z wiatrem iskry, a także kawałki papieru zaczęły zagrażać wielu pobliskim domom. Spanikowani mieszkańcy opuścili swoje mieszkania zabierając naprędce co mogli. Kilkutysięczny tłum otoczył szalejący pożar patrząc z trwogą jak dwadzieścia jednostek straży pożarnej z Żyrardowa, Skierniewic, Mszczonowa, Grodziska Mazowieckiego, Pruszkowa, a nawet bracia zakonni z Niepokalanowa walczą z żywiołem. Pożar szalał i do tego stopnia rozgrzał ceglane mury, iż te w pewnym momencie zaczęły się przechylać grożąc zawaleniem. Ograniczony kubaturą budynku pożar po zapadnięciu dachu zagroził jednak całej dzielnicy, a rozwiewane iskry i niedopalony papier zaczął osiadać na pobliskich drewniakach. Tragedia na miarę Rzymu Nerona była tylko o krok. Mimo zagrożenia i niebezpieczeństwa wspinania się po pochyłych dachach co bardziej odważni mieszkańcy chcąc ratować swoje mienie wspinali się na dachy domów i lawirując niebezpiecznie dusili w zarodku tlące się kawałki papierów osiadające na poszyciu. Jakby tego było mało w oficynie kartoniarni zlokalizowana była stolarnia z tonami leżakującego suchego drewna i tylko sprawna i rzetelnie wykonana akcja gaśnicza uratowała dawną Dzielnicę Żydowską przed kataklizmem. W końcu po ośmiu godzinach akcji zduszono i ugaszono pożar, jednak kolejne kilka dni nadzorowano teren i dogaszano zgliszcza. Kartoniarnia uległa całkowitemu spaleniu. Miejscowa komenda MO od razu przystąpiła do działania ustalając przyczyny groźnego pożaru. W pierwotnej wersji podejrzewano przypadkowe zaprószenie ognia od porzuconego niedopałka papierosa jednak skala i szybkość rozprzestrzeniania się ognia nasuwały umyślne podpalenie.
Dziś, po dawnych czasach, pozostało jedynie kilka domów skupionych w północnej części, zamieszkałych przez tę grupę społeczeństwa Żyrardowa, która pozostała tutaj, głównie z powodu trudnej sytuacji materialnej, braku możliwości i perspektyw na lepsze życie.

środa, 27 lutego 2019

Epizod 152 - Co Karol Irzykowski robił w Żyrardowie


Żyrardów nigdy nie wydał na świat pisarza z prawdziwego zdarzenia. Mieszkał i tworzył tu oczywiście Paweł Hulka-Laskowski, ale jest to raczej osoba znana bardziej lokalnie niż w kontekście całego kraju. Poza tym był raczej tłumaczem niż stricte autorem, a znany jest chyba najbardziej z cenionego przekładu na język polski powieści o wojaku Szwejku. Z tego też powodu każda postać znana i ceniona na arenie krajowej, a mająca jakiekolwiek związki z Żyrardowem, choćby tylko w ostatnich chwilach swego życia, nadaje splendoru i pozwala zaistnieć miastu tak jak miało to miejsce pod koniec II wojny światowej ze znanym pisarzem i krytykiem literackim Karolem Irzykowskim, który najpewniej w mieście Dittrichów pojawił się jeden jedyny raz i miało to miejsce tuż przed jego śmiercią, która dosięgła go w żyrardowskim szpitalu i już na zawsze połączyła tę postać z miastem z czerwonej cegły.  Gdyby jednak nie znajomość ze wspomnianym Hulką-Laskowskim i desperackie szukanie pomocy nigdy Karol Irzykowski nie pojawiłby się z Żyrardowie. Mieszkał w Warszawie przy ulicy Nowowiejskiej 43 m 8 podczas wybuchu powstania.W październiku 1944 do Pawła Hulki-Laskowskiego dotarła kartka pocztowa , ale bez nadawcy.
Źródło:Życie Żyrardowa

„Leżę na barłogu… Gorączka… Karbunkuł na karku… Strzaskane udo w gipsie… Chciałbym… Jeśli możecie… Szpital Milanówek…” – to ostatnie słowa napisane przez Irzykowskiego. Pod koniec powstania na skutek nadmiernego przywiązania do swojej własności, mieszkania czy dóbr materialnych odmówił ewakuacji i podobnież stawił czynny opór co poskutkowało postrzałem w nogę. Przewieziono go wówczas do szpitala w Podkowie Leśnej, ale warunki w jakich przebywali tam leczeni ludzie urągały w każdym calu jakimkolwiek normom. W związku  z tym przyjaciele, wśród których był m.in. Jarosław Iwaszkiewicz przenieśli wyczerpanego i rannego do prowizorycznego szpitala w Milanówku zlokalizowanego w willi „Perełka” przy ulicy Grudowskiej 12. Ale również tam prowizorycznie zaadaptowany budynek na około sto osób był przepełniony rannymi z Powstania Warszawskiego oraz osobami z obozu przejściowego w Pruszkowie, zbyt mało lekarzy oraz brak medykamentów pogorszyły jeszcze bardziej i tak już ciężki stan Irzykowskiego. To stamtąd wysłał właśnie kartkę do dawnego przyjaciela, który po rozszyfrowaniu wpierw tekstu, a po wywiedzeniu się również nadawcę udał się do Milanówka i na platformie ciągniętej przez konie przetransportowali umierającego do żyrardowskiego szpitala. Niestety praktycznie wszystkie lazarety były przepełnione, również ten żyrardowski. Pisarza umieszczona na ogólnej sali wraz ze ściśle pilnowanymi przez niemieckich żandarmów rannymi powstańcami. Już podczas transportu Hulka-Laskowski mógł się przekonać, iż stan Irzykowskiego był bardzo ciężki. Strasznie wychudzony, zaniedbany, a do tego zawszony, umieszczony został na przepełnionej sali tuż obok dziecka chorego na dyfteryt. I tam niestety doczekał swojej śmierci, która nastąpiła 4 listopada 1944 roku. Jedni mówią, że bezpośrednią przyczyną zgonu było właśnie zarażenie się dyfterytem, inni że to skutek wyczerpania i ogólnego zakażenia organizmu. Nie ma to jednak większego znaczenia. Faktem jest, iż to tu właśnie w żyrardowskim szpitalu dokonał swego żywota Karol Irzykowski. Kilka dni później, w kościele Matki Bożej Pocieszenia, żyrardowskiej farze celebrowana została msza święta, a następnie kondukt żałobny ulicami miasta udał się na cmentarz miejski, gdzie został pochowany. Pisarz został odprowadzony przez ledwie siedem osób.
Źródło:polskie-cmentarze.com

O przyczynach śmierci pisarza możemy zaczerpnąć wiedzy m.in. z listu Pawła Hulki-Laskowskiego do Jarosława Iwaszkiewicza opublikowanego w 1978 roku z „Poezji”, a w którym czytamy:


„Wielce Szanowny Panie, piszę do Pana w imieniu córki ś.p. Karola Irzykowskiego, który umarł w szpitalu tutejszym po b. ciężkich cierpieniach spowodowanych złamaniem podudzia i karbunkułem, z którego ropa przedostała się do krwi, powodując zakażenie ogólne. Przed paru tygodniami Irzykowski zwrócił się do mnie, prosząc o pomoc, bo leżał w zaimprowizowanym szpitalu w Milanówku w warunkach opłakanych. Zrobiliśmy, co było w naszej mocy, aby Go ratować, niestety, wszystkie usiłowania lekarzy okazały się daremne.”


 Szybko jednak o nim zapomniano. Wielki wpływ miała na to przeprowadzka, a następnie śmierć Pawła Hulki-Laskowskiego w Cieszynie, gdzie osiadł.  Nie minęło kilka lat a zapomniany i nie pielęgnowany grób zarósł roślinnością i przesłonił pamięć o tejże postaci. Dopiero po trzynastu latach miejscowy dziennikarz podczas rozmowy z jednym z literatów podczas pobytu w stolicy, dowiedział się o tak znamienitej postaci, która spoczywa na lokalnym cmentarzu, a o czym nie miał pojęcia. Po wnikliwych poszukiwaniach udało mu się zlokalizować zaniedbany grób i po serii artykułów przypominających postać Karola Irzykowskiego grób wyczyszczono, a także odnowiono tablicę zmieniając jednak datę śmierci na 26 listopada 1944. Nie istotna jednak była data, a fakt, iż zwrócono w końcu uwagę na tą postać. Po kolejnych kilku latach udało się uczcić pamięć, stawiając pomnik z prawdziwego zdarzenia z wyrytym imieniem i nazwiskiem, a wszystko to dzięki Związkowi Literatów Polskich. Na stulecie urodzin pisarza pojawiła się nawet delegacja z Warszawy z wiceprezesem Oddziału Warszawskiego ZLP Edmundem Nizurskim. Pod koniec lat siedemdziesiątych dwie córki Karola Irzykowskiego rozpoczęły starania o przeniesienie szczątek do Krakowa, gdzie w 1981 roku, po ekshumacji, umieszczono je w grobie rodzinnym na cmentarzu rakowickim. Karol Irzykowski przyszedł na świat w Błażkowej, w Galicji, w dniu 23 stycznia 1873 roku w rodzinie szlacheckiej herbu Ostoja, która to zamieszkiwała folwark Jesiony odziedziczony po babci Karola Irzykowskiego, a matce jego ojca Czesława. Podupadający dworek i narastające długi rodzinne przyczyniły się do rozpadu małżeństwa i wyjazdu matki przyszłego pisarza, krytyka, stenografa, a także szachisty, Julianny z Ławrowskich wraz z córką do Lwowa, Karol natomiast pozostał  z ojcem i bratem u babki. Przez kolejne kilka lat uczył się w Brzeżanach, ale już w 1887 roku po ukończeniu szóstej klasy gimnazjum, przeniósł się do matki, gdzie dokończył gimnazjum oraz rozpoczął studia, których jednak nie udało mu się przebrnąć.

piątek, 21 lipca 2017

Epizod 151 - Dr Aleksander Szulc

Temat żyrardowskiej służby zdrowia to temat gorący i zawsze na czasie. Niekoniecznie z pozytywnego punktu widzenia. Mnogość specjalizacji i kierunków, wielu lekarzy, często niepochlebne o nich opinie. Tak niestety wygląda służba zdrowia w wielu miastach Polski. W tej sytuacji warto przypomnieć postacie dawnych medyków, którzy zapisali się w historii miasta jeśli nie złotymi zgłoskami to przynajmniej pozostawili na kartach historii Osady swoje ślady. Jednym z niezapomnianych i nieodżałowanych żyrardowskich lekarzy jest dr Aleksander Szulc, który praktykę w szpitalu rozpoczął w roku 1891 15-tego października od ambulatorium Zakładów Żyrardowskich. 
Dr. Aleksander Szulc urodził się w Warszawie w 1863 roku. W 1887 obronił tytuł na Uniwersytecie Warszawskim, aby następnie rozpocząć pracę w Katedrze Higieny. Kolejnym etapem przed pojawieniem się w Żyrardowie była asystentura w Klinice Chorób Wewnętrznych w Warszawie. Po pojawieniu się w Osadzie, przy bardzo szczupłej kadrze medyków otrzymał okulistykę oraz internę. Ponadto jako, że doskonale posługiwał się językiem niemieckim do jego obowiązków należała pomoc medyczna obcokrajowcom pracującym w zakładach. Wszak było ich zatrudnionych wielu na wyższych stanowiskach, czy to urzędniczych, kierowniczych, czy dyrektorskich. Dr Szulc jako osoba ambitna zaraz po przybyciu do Żyrardowa zajął się wraz z dr. W. Hay’em oraz dr A. Jawurkiem analizą i obserwacją stanu sanitarnego panującego w charakterystycznym środowisku robotniczym, co w efekcie końcowym przełożyło się na powstanie artykułu ogłoszonego w 1903 roku z „Zdrowiu” pt. „Cel i metodyka statystyki sanitarnej – Żyrardów pod względem sanitarno-statystycznym”. Przedstawia ona iście nowatorskie podejście. Przeanalizowane zostały przyczyny i liczebność zachorowań, liczebność zgonów oraz wysunięto wiele wniosków na temat ich przyczyn. Otóż wśród żyrardowskich robotników  prym zachorowań wiodły przypadłości związane z drogami oddechowymi (25,9%), narządów trawienia (21,2%), choroby zakaźne (12,3%)  a także chroby chirurgiczne (8,6%). Wynikało z tego, iż większość zachorowań związana była z trudnymi warunkami pracy. Zapylenie hal fabrycznych, duża wilgotność, zmiany temperatury, a do tego ciężkie warunki socjalne, przeładowanie mieszkań oraz niedożywienie i w ogóle fatalne odżywianie wpływały na zapadalność mieszkańców na często kończące się śmiercią powikłania.
Dr. Aleksander Szulc ponadto jako osoba mocno społeczna był członkiem i działaczem Towarzystwa „Wychowanie”, następcy zlikwidowanej w 1907 roku Macierzy Szkolnej, członkiem Rady Towarzystwa Wzajemnego Kredytu, które mieściło się w dzisiejszym banku. Po wybuchu I wojny światowej został członkiem założonego komitetu obywatelskiego prowadzącego m.in. cztery herbaciarnie, dwie jadalnie, dwa przytułki dla starszych osób. Podczas I wojny, po zamknięciu komitetu Obywatelskiego przez Niemców udzielał wsparcia miejskiej Radzie Opiekuńczej oraz obejmował stanowisko w Radzie Miasta podczas niemieckiej okupacji. Te jakże bogate życie zakończył 30 marca 1924 roku, a pochowany został na cmentarzu ewangelicko-augsburskim w Warszawie.

wtorek, 4 lipca 2017

Epizod 150 - Historia powstania osiedla Wschód

Mimo upływu lat Żyrardów nadal jest jednym z najgęściej zaludnionych miast w Polsce. Problem tkwi w powolnym rozszerzaniu granic miasta, a dokładnie w jej braku. Na około 14 km kw mieszka ponad 40 tysięcy osób co plasuje miasto na trzynastym miejscu w kraju. Nadal potrzebuje nowych terenów pod zabudowę mieszkaniową i tak myśleli również planujący inwestycje na przełomie lat 60-tych i 70-tych, kiedy to koncepcja budowy nowej dzielnicy mieszkaniowej nabierała kształtów.
Po wielu latach przygotowywania koncepcji, ich analiz i ustaleń, w styczniu 1974 roku w Osiedlowym Domu Kultury odbyło się posiedzenie Wojewódzkiej Komisji Urbanistyczno – Architektonicznej, na którym w końcu dokonano wyboru konkretnego planu utworzenia Północnej Dzielnicy Mieszkaniowej.
Ostatnim etapem była ocena dwóch projektów: inż. Danieli Biernat oraz inż. Z. Jońcy reprezentujących Miastoprojekt – Mazowsze. Ostatecznie zwyciężył projekt pani Biernat, osoby związanej z Żyrardowem, wszak pełniła ona jeszcze niedawno funkcje kierownika Pracowni Urbanistycznej w mieście. Opracowany projekt zakładał budowę na terenie 130 hektarów (ponad ośmiokrotnie większym terenie niż osiedle Żeromskiego) powstanie super dzielnicy mieszkaniowej dla 22 tysięcy mieszkańców. Materiały pod budowę miały pochodzić z Fabryki „Kestinga”, a samo osiedle miało nieco przypominać warszawskie Stegny. Ponad 40% zabudowy miały stanowić 11-piętrowe wysokościowce z windami, loggiami, bez jakże niepraktycznych ciemnych kuchni. Plan zakładał budowę zbiorczej telewizji, instalacji odprowadzających deszcz na dachach oraz instalację gazową we wszystkich lokalach.
Główną arterią przyszłej dzielnicy miała zostać ulica Izy Zielińskiej , która poprzez poszerzoną ulicę Piękną miała połączyć się z 1-go Maja i ułatwić dostęp do drogi wylotowej z miasta, a także połączenie z centrum. Nowatorskim podejściem było unikanie wewnętrznych ulic, a jedynie planowano doprowadzenie dróg dojazdowych do poszczególnych bloków. Miało to nadać nowemu osiedlu namiastkę prywatności, spokoju i możliwości wypoczynku bez uciążliwego ruchu samochodów pomiędzy budynkami. Plan obejmował również budowę kilkupiętrowych garaży na ponad tysiąc samochodów oraz centrum handlowe o powierzchni ponad 15 tysięcy m kw., czyli większe od warszawskich Warsa i Sawy razem wziętych. Koncepcja pani Biernat obejmowała również budowę wielu mniejszych punktów usługowo-handlowych, dwóch szkół, czterech przychodni, dwóch przedszkoli, trzech żłobków, sali widowiskowo-kinowej na tysiąc miejsc, domu kultury ze świetlicą, dwóch aptek, urzędu pocztowego oraz odrębnej centrali telefonicznej na pięć tysięcy numerów.
Tak wielkie przedsięwzięcie zaplanowano na wiele lat, a pierwszy etap budowy mieszkań dla pierwszych 6 tysięcy mieszkańców zaplanowano na lata 1974-1977. Plany jak widać były bardzo ambitne. Już w 1975 roku miano oddać do użytku pierwsze budynki, a Mazowieckie Przedsiębiorstwo Budownictwa Uprzemysłowionego nr 4 podobnież przygotowane było do wejścia na przyszły plac budowy już w 1974 roku.. 
Niestety jak to było w ówczesnych czasach wszystkie prace przeciągały się o kolejne miesiące i lata.
Problemem tamtych lat był pionowo rozbudowany system centralnych bądź resortowych limitów i przydziałów na niezbędne dla budownictwa materiały. Dysponowali nimi wojewodowie i prezes Centralnego Zarządu Budownictwa Mieszkaniowego. Tak więc dostępność zależała często od kontaktów i znajomości.
Na początku roku 1975 rozpoczęły się prace przygotowawcze pod budowę nowej, planowanej i niezbędnej dla rosnącego miasta Północnej Dzielnicy Mieszkaniowej mającej zapewnić w pierwszym etapie lokale dla 6 tysięcy nowych mieszkańców.
Roboty ziemne związane z uzbrajaniem terenu przebiegały bez zakłóceń. Wpierw Rejonowe Przedsiębiorstwo Melioracyjne z Sochaczewa wybudowało kanał odwadniający do odprowadzania wód gruntowych i deszczowych . Następnie przykryto go płytami. Wszak nowe osiedle powstawało na podmokłym i wilgotnym terenie dawnej wsi Teklinów, gdzie pomiędzy budowniczymi nowego osiedla przebiegały grunty rolne i pasły się krowy. Również Warszawskie Przedsiębiorstwo Robót Inżynieryjnych „Inżynieria” ułożyło instalację wodociągową. W planach była budowa do końca roku siedmiu bloków, sześciu 4-piętrowych oraz jednego wieżowca. Po koniec roku, we wrześniu, dobiegła końca budowa pierwszego bloku 4-piętrowego. Jednakże pierwszym budynkiem na osiedlu Wschód, który został oddany do użytku był pawilon przeznaczony na przedszkole pracowników Stelli/Poldresu.
Jakże dziwnym i osobliwym widokiem dla coraz częściej zapuszczających się w te tereny mieszkańców Żyrardowa musiał być stawiany w iście ekspresowym tempie drewniany pawilon zlokalizowany pośród szczerego pola, gdzie jeszcze na dobre nie wystygły uprawy i grunty orne sąsiadującego z miastem Teklinowa. Dopiero co, wytyczone przyszłe ulice, maszyny systematycznie badające grunt. Niedawno rozpoczęte prace pod budowę nowego osiedla mieszkaniowego „Północnej Dzielnicy Mieszkaniowej”.     
      Zanim powstał pierwszy blok mieszkalny tuż przy ulicy, nazwanej później od imienia najważniejszej osobistości dawnego Żyrardowa de Girarda, pojawił się parterowy pawilon, który wkrótce miał stać się siedzibą zakładowego przedszkola dla dzieci pracowników „Poldresu”.
     Pod koniec 1975 roku, w przeciągu kilkunastu dni, tylko czterech robotników zmontowało budynek o niebagatelnej kubaturze 3 tysięcy metrów sześciennych. Łatwość i szybkość wykonania ułatwiły materiały, z których go wykonano. Elementy drewnopochodne dostarczone przez Zakłady Stolarki Budowlanej „Stolbud” z Ciechanowa z założenia były łatwe do łączenia. Wykonany z płyt spilśnionych budynek, ocieplono oraz podłączono elektryczność używaną również do ogrzewania. Samo postawienie, w szczerym polu, trwało kilkanaście dni, jego wykończenie natomiast kilka miesięcy. Związane to było ze sporządzanymi przydziałami materiałów oraz odpowiedniego sprzętu. Mimo wszystko, szybkość wykonania i oddania do użytku była nad wyraz imponująca, jak na owe czasy, czasy permanentnych braków, braków niemalże wszystkiego.
     Na początku 1976 roku czterooddziałowe, zakładowe przedszkole dla około 120 dzieci pracowników Zakładów Oddzieżowych „Poldres” zostało oddane do użytku.
Krótka jest jednak jego historia. Dziś, niemalże 40 lat później, szczere pola Teklinowa zapełnione są blokami i wysokościowcami Osiedla Wschód czy Piękna.
      Po nie tak dawnym zakładowym przedszkolu, prócz zachowanych fotografii i wspomnień w pamięci dawnych wychowanków, nie pozostał żaden ślad. Miejsce zakładowego przedszkola zajął kolejny w mieście market.
      Ostatnimi laty teren świecił pustkami, ale nawet kiedy jeszcze rozpadający się już budynek stał wytrwale w dawnym miejscu, od wielu już lat jego ściany nie gościły najmłodszych mieszkańców miasta.
      Pawilon dogorywał i zapadał się w sobie, służąc do końca różnym celom usługowym. 

Rok 1976 rozpoczął się od wizyty wiceministra budownictwa Jerzego Brązerta, który wraz z członkiem KC PZPR Ireną Lipińską, Zofią Ładyńską, wojewodą skierniewickim Stanisławem Barańskim spotkali się z I sekretarzem KM PZPR Elżbietą Bakułą i prezydentem Piotrem Nowakiewiczem. Narada poświęcona została niewykonaniu planu 5-letniego i konieczności przyspieszenia działań na żyrardowskim rynku budownictwa społecznego, ale również handlowego i usługowego. W międzyczasie zorganizowano wybory do samorządu mieszkańców łączącego system polityczny, tworzenia pracy partyjnej w miejscu zamieszkania oraz samorządności ludzi pracy. Nadano im wówczas zadania w miejscu zamieszkania: kształtowanie socjalistycznych norm i zasad współżycia społecznego, organizowanie prac społecznych integrujących mieszkańców, rozwijanie działalności wychowawczej, organizowanie czasu wolnego dzieciom i młodzieży, otaczanie opieką ludzi starych oraz remonty budynków mieszkalnych. Ot cały socjalizm. We wrześniu 1976 roku oddano do użytku przedszkole. Pierwsze bloki trochę później. Permanentne opóźnienia w ich oddaniu, zmiany koncepcji osiedla, wykonawców wreszcie ustalenia z lokatorami, iż wspólnymi siłami wykończą mieszkania. Pretekstem  i przyczynkiem do pomocy mieszkańców była „Uchwała Nr 42 CZSBM”  pozwalają samym lokatorom wyszukiwanie lepszych, od dostępnych w standardzie materiałów wykończeniowych i wykonywanie prac w swoich lokalach. Pomoc przyszłych użytkowników przy wykończeniu mieszkań była wtedy bezcenna i niezbędna, ponieważ ówczesny rynek budowlany cierpiał na brak mocy w wykonawstwie wykończeniowym.
A to dopiero był początek. Walka nowych mieszkańców ze Spółdzielnią Mieszkaniową. Odsyłanie do wykonawcy, do podwykonawców. Nic nie dawało. Mieszkańcy co rusz zgłaszali usterki. A to krzywe ściany, odpadające tynki i wykładziny podłogowe, wadliwe przewody, nieszczelne drzwi i okna, częste  awarie w dostanie ciepłej wody, a do tego ogólny brud, brak koszy na śmieci, trawników. Brak chodników, wyrwy w ziemi. To wszystko musieli znosić pierwsi mieszkańcy nowego osiedla. Do sklepów daleko, a linii telefonicznej nie podciągnięto. Ponadto nikt nie kwapił się do zwrotu lokatorom poniesionych kosztów własnych w wykańczaniu mieszkań. Doprowadziło to do kłopotów z ich odbiorem. Taki niefart.
Pierwsi lokatorzy musieli radzić sobie w egipskich ciemnościach, uważając aby nie wpaść na pozostawione materiały budowlane, zwały gruzu czy uszkodzone fragmenty materiałów. 
Aby wyjść naprzeciw problemom mieszkańcy bloków 15 i 16 sami urządzili plac zabaw dla dzieci. Wyrównani teren, zainstalowali sprzęt dostarczony przez Spółdzielnię, przygotowali piaskownicę. Podobnie zachowali się mieszkańcy bloków 19 i 20. 
W roku 1976 przekazano 310 mieszkań, w 1977 – 300, w 1978 – ponad 450.
W roku 1978 na osiedlu powołano placówkę ORMO, która mieściła się w suterenie bloku nr 15. Komendantem został Ryszard Szymański. Wkrótce również dla rozrastającego się osiedla założono oddział pocztowy UPT – Żyrardów -5. Znajdował się on w mieszkaniu M-4 na piętrze bloku przy I. Zielińskiej 16 na wprost ulicy Pięknej. Jak zwykle w takich sytuacjach w otwarciu uczestniczyli sami notable, prezydent Piotr Myszkowski, sekreterze KM PZPR Jerzy Lasota i Józef Marchewa, dyrektor wojewódzkiego urzędu pocztowego i inne znamienite osoby. Naczelnikiem została mieszkanka osiedla Krystyna Piórczyk, a oddział czynny był od 8-18 i świadczył  usługi w pełnym zakresie. Przyjmowanie listów, telegramów, paczek, wpłaty i wypłaty PKO, a nawet międzymiastowe rozmowy telefoniczne. Pierwszym klientem została  pani Krystyna Kucharska.
   
Samej realizacji osiedla towarzyszyła olbrzymia presja ze strony tak władz jak i zakładów przemysłowych. Spowodowane zostało to wspieraniem budownictwa przez Państwo i partycypacją w 90% kosztów budowy lokali. Każdy chciał wobec tego uzyskać swoje własne cztery kąty.
Budowa i realizacja zakończyła się w roku 1981 dzięki czemu powstało nowe  osiedle mieszkaniowe „Wschód” z 24 budynkami mieszkalnymi i 1158 lokalami, co średnio zapewniło mieszkania dla 4500 mieszkańców. Jak to się miało do planowanych 22 tysięcy? Cóż.
30 procent lokali znajdowało się w jedenastokondygnacyjnych wieżowcach, pierwszych w mieście. Spowodowało to ciekawy proceder wśród mieszkańców. Wycieczki na nowe osiedle skupiały się głównie na rekreacyjnej jeździe windami, a chętnych na przejażdżki było wielu.
Po zakończeniu budowy zaczęły wychodzić mankamenty budownictwa mieszkaniowego przełomu dekad. Nie trzeba było długo czekać, aby zaczęły ujawniać się w szerokim zakresie, wady budowlane. Przemarzanie ścian wielkopłytowych systemu WK-70 spowodowane ich słabą izolacją wewnętrzną, korodowanie i pękanie blaszanych grzejników panelowych, czy wydzielanie się substancji toksycznych w lokalach, zagrzybione ściany, w lato duszno, zimą zimno i  w wielu przypadkach ciągnie się to do dnia dzisiejszego.
Nie zapomniano jednak o potrzebach kulturalno-oświatowych mieszkańców. W dniu 12 czerwca 1992 r. oddano na tę  działalność w PDM nowy obiekt, Klub Osiedlowy „KOLIBER”, adaptowany w budynku po byłej kotłowni lokalnej. To była druga tej rangi placówka kulturalna w spółdzielni żyrardowskiej.

Do budowy osiedla użyto płyt systemu Wk-70, który był udoskonaloną formą W-70. Stropowe płyty kanałowe miały już nie 22, a 16 cm grubości i były pełne. Do ich produkcji stosowano zakupione w RFN specjalne linie produkcyjne. Dla Wk-70 charakterystyczne były żelbetowe, poprzeczne ściany nośne o grubości 15 cm, stawiane w odległości od 2,40 do 6 m, oraz trójwarstwowe ściany zewnętrzne (nośne i osłonowe) z wewnętrzną izolacją z wełny mineralnej.  W tej technologii powstało w sumie około 20 proc. bloków w Polsce. Był to system otwarty, którego wielkim pozytywem była możliwość swobodniejszego projektowania wnętrz, ponieważ nie wszystkie ściany było nośnymi. W odmianie Wk-70 wprowadzono dodatkową rozpiętość stropów - 300 cm, dodatkową wysokość kondygnacji - 330 cm., zrezygnowano z rozwiązania ścian zewnętrznych wykonanych z keramzytobetonu.
Przed wielką płytą otworzyły się nowe, nieznane wcześniej możliwości. Realizacji programu budownictwa wielkopłytowego służyć miały wielkie wytwórnie prefabrykatów – tzw. fabryki domów – których w roku 1980 było w całej Polsce 150.
Mankamenty wielkiej płyty są oczywiste– zarówno estetyczna jak i energetyczne. Dodatkowo bloki budowane były często z wykorzystaniem materiałów szkodliwych dla zdrowia – np. azbestu, a nieocieplona wielka płyta miała– w porównaniu z innymi materiałami budowlanymi – bardzo dużą przenikalność cieplną, tak że koszty ogrzewania takich budynków były bardzo duże. 
Sytuację pogarszał fakt, że w niektórych „fabrykach domów” nie przestrzegano technologii produkcji, przyspieszając „dojrzewanie” betonu poprzez nadmierne ogrzewanie. Co prawda, nie pogarszało to wytrzymałości produkowanych elementów, ale uszkadzało (topiło) wewnętrzną warstwę izolacji cieplnej, w którą były wyposażone płyty montowane jako ściany zewnętrzne. Już w czasie pierwszej zimy po oddaniu takich domów do użytku okazywało się, że niektóre z ich ścian przemarzają. 
Jednak lata mijają, a osiedle Wschód jak stało  tak stoi. Wokół niego powstały kolejne  żyrardowskie osiedla zlewając się ze Wschodem w jedną całość. Super osiedle mieszkaniowe.

sobota, 1 lipca 2017

Epizod 149 - Żyrardowskie restauracje czasów PRL

W latach 50-tych XX wieku restauracje w mieście podlegały pod Żyrardowskie Zakłady Gastronomiczne pod dyrekcją pana Łuczyńskiego. Prowadziły one sześć jednostek typu gastronomicznego: trzy restauracje oraz jeden bar mleczny w Żyrardowie, a także restaurację i bar w Pruszkowie. Ponadto podlegały  pod nie bufet przy stacji PKS oraz obwoźna sprzedaż artykułów konsumpcyjnych.
Po dziś dzień mieszkańcy miasta z sentymentem wspominają te jakże charakterystyczne miejsca spotkań, organizowanych imprez czy smak deserów serwowanych przez żyrardowskie restaurację i kawiarnie.
Zaprezentowany w lokalnej gazecie ranking żyrardowskich restauracji z  1960 roku doskonale odzwierciedla jakie zdanie o nich miała lokalna społeczność. I – Dworcowa, II – Przystanek, III – Popularna, IV – Syrenka.
Dopiero generalny remont i zmiana w 1965 roku przeznaczenia Popularnej wywindował jej następczynię, czyli Miłą na szczyt, na którym pozostała do końca swojej działalności. 
Charakterystyczne były również bony konsumpcyjne. W 1960 roku udostępniano je w kwocie 10 zł. Obowiązywały po 18-tej, w dniach kiedy grała orkiestra. Podyktowane to zostało względami handlowymi i porządkowymi. Ponieważ młodzież siedziała często wiele godzin nad butelką oranżady zajmując miejsca tym, którzy chcieli zostawić więcej grosza. 

Spacer po Żyrardowie sprzed ponad 60-ciu lat rozpoczniemy od jednej z najstarszych restauracji, a mianowicie „Dworcowej”.

DWORCOWA

Mieściła się ona w narożnym budynku przy skrzyżowaniu ulic H. Sienkiewicza oraz P.O.W. w miejscu gdzie dziś zlokalizowana jest kwiaciarnia pani Hanny Kuczyńskiej, sklep Edvans Bis Pani Bożeny Kowalskiej oraz siedziba PZU, dokładnie pod adresem H. Sienkeiwicza 2. Wejście znajdowało się dokładnie gdzie obecnie wejście do kwiaciarni. Po wynajęciu lokali od PGM, wspomina pani Bożena, „ściany wyłożone były i nadal są białymi płytkami od ziemi prawie po sufit, więc przypuszczalnie była tam kuchnia restauracji. W kolejnym pomieszczeniu (zapleczu) zastaliśmy wmurowane w ściany ciężkie szyny z hakami, na których najpewniej wieszano połówki świniaka bądź inne mięso.  Dostawy produktów potrzebnych do gotowania według mnie odbywały się przez drzwi od podwórka i wnoszone były przez zaplecze. Od strony podwórka drzwi jeszcze istnieją. Co jeszcze było dziwnego? Półokrągłe betonowe schody sięgające prawie do połowy obecnego sklepu. Wracam teraz do głównego wejścia restauracji - sala do konsumpcji była wąska i długa, czyli kolejne lokale w których teraz są sklepy należały do Dworcowej”. Również w budynku dzisiejszej kwiaciarni, według relacji pani Kuczyńskiej, „na zapleczu do tej pory znajduję się stary, żeliwny zlew, dwie metalowe szafki, nawet ciężkie żelazne krzesło się ostało ( teraz to już zabytek). Na wspomnianym zapleczu, podobno przygotowywało się półprodukty do obiadów np.  obieranie ziemniaków, czy włoszczyzny. Wspomnę jeszcze o wentylatorze wielkim jak silnik samolotowy, to z niego wydostawały się zapachy i cała okolica wiedziała jakie jest danie dnia, a wiem co mówię, bo od dziecka mieszkałam na ul. H. Sienkiewicza pod 1-ką. Do Dworcowej chodziłam na pomidorową”.  W sali do konsumpcji dziś znajduje się oddział PZU, a obok ksero. W miejscu kwiaciarni był bufet i szatnia”. 
Żyrardowskie restauracje od początku okresu PRL budziły zastrzeżenia co do menu, wystroju, porządku i klienteli. I tak to praktycznie przez wiele dziesięcioleci opisuje najstarszy żyrardowski tygodnik „Życie Żyrardowa” . Bardzo rzadko wypływały jakieś pozytywne informacje, a sprawy budzące zastrzeżenia co rusz pojawiały się na jego łamach. Doprowadziło to m.in. w latach 60-tych do  wprowadzenia zakazu sprzedaży wódki i napojów alkoholowych, wszak była to wówczas restauracja II kategorii.  Kolejną kluczową zmianą w Dworcowej było przekształcenie w latach 70-tych, w godzinach przedpołudniowych, na bar mleczny. W 1976 roku przeprowadzono generalny remont związany ze zmianą gospodarza na WSS Społem. Zamontowano kinkiety, pomalowano ściany, położono lentex i boazerię. Pomalowano również okna. Nad zmianami pieczę sprawowała ówczesny kierownik pani Stanisława Bulejak. Przejęcie od Łódzkich Zakładów Gastronomicznych wiązało się po prostu z ich likwidacją, a lokal w momencie przejęcia był w katastrofalnym stanie. Zaniedbany ze znacznymi ubytkami w podstawowym wyposażeniu. Po remoncie pozostał nadal lokalem III kategorii.
W 1992 roku w części została założona kwiaciarnia, która funkcjonuje do dnia dzisiejszego.

PRZYSTANEK

Kolejną żyrardowską restauracją czasów PRL jest osławiony „Przystanek” znajdujący się przy ulicy 1-go Maja 74 w piętrowym budynku wciśniętym pomiędzy wyższych sąsiadów. Do 1957 w drewnianej przybudówce znajdowała się sala dansingowa zburzona pod budowę sąsiedniego bloku mieszkalnego. W 1960 roku przeprowadzono remont, po którym „Przystanek” funkcjonował jako restauracjo/kawiarnia. Po prawej od wejścia był bufet i dwie sale restauracyjne, po lewej sala restauracyjna oraz kącik kawiarniany. Wszystko zostało zaprojektowane przez  pana Janusza Szymczaka.
Po kolejnym remoncie w 1977 roku wygospodarowano dodatkowe 26 m kw na magazyn dla bufetu, ułożono lentex i posadzkę na podłodze. Zmieniono również wystrój.  Kwiaty, firanki, zasłony, obrusy na stoliki oraz nowy gospodarz, czyli  WSS Społem, które przejęło również Dworcową od ŁPG. Kierowniczką mianowano wówczas panią Wacławę Steczkowską.
Pani Bożena Skopińska wspomina „tam gdzie teraz jest szewc była szatnia i ubikacja dla pracowników Przystanku a cała kuchnia była po lewo jak się wchodziło do Przystanku/ okna z kuchni wychodziły na podwórko od Waryńskiego/ i po lewej stronie był bufet a w nim urocza uśmiechnięta Basia i Wiesia Horska”. Zdzisław Pasek wspomina tamte czasy tak: „Po wejściu po prawej była szatnia na wprost WC po lewej sala (a może dwie) po prawej sala z bufetem a dalej druga sala z okienkiem do wydawania posiłków i pomieszczeniem dla personelu”.
 Pani Bożena Kowalska doskonale pamięta „Przystanek” z zewnątrz. „Okna były inne  wielgachne i chyba metalowe futryny”.
W latach 70- właścicielem było Łódzkie Przedsiębiortwo Gastronomiczne Po ich rozwiązaniu i likwidacji w 1976 roku  lokale zostały przejęte przez WSS. Zniszczone i zaniedbane, a przez lokalną prasę uważane za jedne z najgorszych w kraju. Braki lokalowe i techniczne, marne wyposażenie. Nowy właściciel zabrał się za kolejny lokal od podstaw. Wymiana podłóg, sprzętu kuchannego, braki w wyposażeniu i sztućcach zostały uzupełnione. Zakupiono również nowy bojler. I tak funkcjonował on do przełomu lat  90- tych. Nowa Polska skutecznie zamknęła kolejną kultową restauracje żyrardowskiego PRL-u. 

Również bar mleczny otrzymał zarządzenie o wprowadzeniu szerszego menu. Kiełbasa na gorąco, bigos. W okresie letnim otwarte zostały ogródki przy stacji PKS z wodą sodową, lody kawa ciastka. Czynny 6-20.  Zlikwodiwany w 1961 rok u i zamieniony na dwa sklepy. Jego funkcje przejęła Popularna. Jedna to nibyło to. Brakowało dań mlecznych, a chętni na zjedzenie makaronu z mlekiem mogli tylko do 13-stej. Zlikwidowano z podoby defecytu i strat.  
W latach 70-tych sylwester był organizowany w Adrii i Miłej



POPULARNY / MIŁA

W dawnej  kamienicy Krastyna, przy ulicy 1-go Maja 25  znajdowała się chyba najbardziej znana i renomowana restauracja, a później kawiarnia czyli „Miła”, która przed 1965 rokiem funkcjonowała jako „Popularna”. Zanim Popularna stałą się „Miłą” już w 1960 wprowadzono menu dietetyczne w systemie abonamentowym oraz przejęła  ona częściowo funkcje zlikwidowanego baru mlecznego. W 1961 roku, po remoncie, położono nowe posadzki, odnowiono bufet, na stołach pojawiły się wazony i popielniczki. Nowym kierownikiem została pani Leśniewska.
Już wkrótce, po artykule w Życiu Żyrardowa, które trzymało rękę na pulsie, dodano do menu zsiadłe mleko, ziemniaki z jajkiem i szpinakiem oraz kompot z rabarbaru.
W 1962 roku podawano nawet potrawy dietetyczne dla chorych na  dolegliwości żołądkowe, jelit, wątroby, dróg żółciowych, pęcherzyka żółciowego, nerek czy układu krążenia. Wszystko oczywiście abonamentowo.
Wejście do lokalu znajdowało się w miejscu dzisiejszego sklepu AGD/oświetlenie. Do lokalu prowadziło wąskie wejście z szatnią tuż obok. Dalej obszerna sala barowa, a ostatnia sala była z oknem wychodzącym na podwórze. 

W 1965 roku Popularną zmieniono na Miłą. Powstała kawiarnia o trzech pomieszczeniach, bufet obok szatnia, dwie sale konsumpcyjne, a także nowa oprawa plastyczna wykonana przez Tadeusza Sobolewskiego, podłogi wyłożono dywanami. Funkcjonowała wówczas jako lokal II kategorii pod kierownictwem pani Jadwigi Guzik. 
Podawano tam  kremy, koktajle mleczno - owocowe oraz alkohole.
W 1969 roku odnowiono Miłą.Nowe stoliki, krzesła, kotary. Zlikwidowano wówczas bony konsumpcyjne o wartości  10 zł, które wprowadzono kilka wcześniej.
Mieszkańcy wspominają również szafę grającą, gdzie dzieci ciągnęły rodziców, aby uruchomić ją wrzucając przysłowiowy grosik. „Miłą” z lat 70-tych wspominają mieszkańcy miasta. „Na wagary też chodziło się do Miłej, gdzie za pięć złotych można było zamówić galaretkę i herbatę”.
Wiele ciekawych wspomnień dotyczących zwłaszcza serwowanych deserów przytacza pan Krzysztof Mierzejewski. „W Miłej dużym powodzeniem cieszył się krem sułtański - bita śmietana posypana bakaliami i czekoladą, wspaniały kruszon oraz zamawiany często gdy nie było kasy dla „nabycia prawa siedzenia przez kilka godzin w towarzystwie (często przy zestawionych 2 stolikach) napój firmowy - woda osłodzona zabarwiona na żółto z plasterkiem cytryny kosztująca niewiele ponad 1 zł. Wina lat 60- tych w „Miłej” to sprzedawane także na lampki wermouthy m.innymi Mistella, Magnolia, Lacrima i Istra, a dla smakoszy win czerwonych Egri Bicawer i Egri Burgundi.
Były premier dodaje ”pamiętajmy o węgierskim Rieslingu. Butelka kosztowała 37 zł., ale można było pić na lampki”.
W 1975 ajentem Miłej została warszawianka pani Barbara Antczak wprowadzając zmiany. Nadano lokalowi trochę intymności poprzez postawienie szykan. Do menu dodano mieszanki owocowe, z bakaliami oraz kawę o nazwie „Jedyna”, pozostając nadal lokalem II kategorii czynnym od 11 do 24.


SYRENKA


W niewielkiej odległości od „Miłej” przy ulicy 1-go Maja 13 ulokowała się wiele lat wcześniej kolejna restauracja „Gospoda Inwalidów”  znana lepiej pod nazwą „Syrenka”, która wśród mieszkańców Żyrardowa budziła tylko jedno uczucie. Speluna. Fakt ten najpewniej odnosi się do wyglądu i klienteli lat 70-tych, natomiast zgodnie z faktami zaczerpniętymi ze skarbnicy wiedzy o żyrardowskich restauracjach, czyli „Życiu Żyrardowa”, we wcześniejszych latach nie odstawała ona asortymentem, jakością obsługi czy bywalcami od innych lokali.

Zlokalizowana była w sąsiedztwie Banku, w piętrowej kamienicy, gdzie dziś znajduje się sklepy z farbami i oknami. 
Początkowo były tam trzy sale. Pierwsza zaraz po wejściu, druga w głębi a trzecia po lewej stronie od wejścia.
W roku 1960 przeprowadzono remont. Wygospodarowano miejsce na 4 dodatkowe stoliki, poszerzono wejście, ściany pomalowano na pastelowo, zmieniono oświetlenie i bufet. Właścicielem była Spółdzielnia Inwalidów, od której Syrenkę nieskutecznie przez wiele lat chciało przejąć MHM. 
W 1976 roku wybór dań był podobny do większych restauracji żyrardowskich.
Koniec lat 70-tych to niestety powolny upadek lokalu. Wieczny brud i smród, a za WC służyła brama obok. Jeżeli ktoś nie obeznany z miejscem i stałymi klientami chciał zgubić portfel lub nabić sobie guza to było właściwe miejsce – tak wspomina to miejsce pan Zdzisław Pasek.

Mimo tak niepochlebnym opinii zapewne uśmiech na ustach wielu wzbudzi informacja zawarta w lokalnej gazecie informująca o odwiedzinach mieszkańca Wielkiej Brytanii w naszym skromnym  mieście.


ADRIA

W zupełnie innej części miasta, na parterze nowo wybudowanego w latach 70-tych bloku mieszkalnego, swoje lokum otworzyła restauracja Adria. Od początku jej przeznaczeniem była wg wiedzy pana Mierzejewskiego z prawdziwego zdarzenia restauracja wyższej kategorii, jakiej do początku lat 70-tych brakowało w Żyrardowie. Pan Krzysztof Mierzejewski tak wspomina ten lokal „ Jak na owe czasy była ona ciekawie zaprojektowana z zacisznymi lożami wokół głównej sali konsumpcyjnej oraz z parkietem tanecznym, bowiem na początku jej funkcjonowania odbywały się tam kilka razy w tygodniu dancingi. Niestety właśnie one jak też głośne zachowanie opuszczających lokal w nocy, rozbawionych gości powodowały protesty mieszkańców bloku i przyczyniły się do zmiany przeznaczenia lokalu najpierw na stołówkę zakładową chyba Stelli a później bank PKO”. Faktem jest, iż jak to wówczas bywało lokal zdatny i reprezentacyjny był tylko na początkowe swojej działalności. Już po kilku latach funkcjonowania częste kontrole sanepidu próbowały zmienić pogarszający się stan sanitarny.
Pan Bogdan Kwaśkiewicz wspomina, iż jedyny neon był nad Adrią tj. na dachu bloku.



SŁONECZNA

Ostatnią z kultowych restauracji  Żyrardowa czasów PRL była niewielka lokalowo „Słoneczna”, otwarta w 1980 roku na piętrze pawilonu rzemieślników. Ajentem został dawny ajent „Miłej” pan Zbigniew Kwiatkowski. Serwowano tam  m.in. serniki na zimno oraz desery wg własnych receptur.
Ciekawym tematem  jest powstanie pawilonu gdzie mieściła się restauracja. Otóż był to pawilon własny środowiska rzemieślniczego, na którego budowę miasto dało teren. Dokumentację opracował A. Potrzebowski. Budowano go dwa lata systemem gospodarczym. Na 660 m kw zlokalizowano dziesięć zakładów i warsztatów. Na piętrze siedzibę swoją miała pracownia krawiecka Janiny Kucharskiej, zakład złotniczy Ryszarda Lange, warsztat naprawy maszyn biurowych Andrzeja Grzechocińskiego. W dwóch pomieszczeniach mieściła się cukiernia Bogdana Klepacza, obok salon fryzjerski pani Dukicz, fotograf Walery Zarakowski, zegarmistrz Krzysztof Tupczyński, kaletnik Marian Adamus oraz krawiec Kazimierz Zagalski.
Wyprawy do „Słonecznej” wspomina pani Agnieszka Michalska „Chodziłam tam do cioci Grażynki na ciasteczko albo klasyk owoce bita śmietana i kolorowa galaretka w kostkę i bilard na wprost wejścia. 
Według informacji pana Krzysztofa Kwiatkowskigo charakterystycznym widokiem była prawie zawsze grupka taksówkarzy tłoczących się przy fliperze i grających na pieniądze. Czasami poker po zamknięciu kawiarni.


PIETREK

Żyrardów to jednak nie tylko wymienione lokale. To również znany w latach 60-tych i 70-tych „Pietrek” zlokalizowany w podziemiach Domu Ludowego. Otwarty został z wielką pompą w 1962 roku. Nowoczesne stoliki, sufit nabijany kołkami pomysłu pana Szymczaka, a w wykonaniu wystroju pomagały dziewczęta z Odzieżówki oraz Pończoszarni. 
 Z założenia miała to nie być zwykła restauracja czy kawiarnia. Raczej miejsce spotkań młodzieży. Z tego też względu organizowano tam  potańcówy, imprezy, a także różnego rodzaju koła.
Organizowano tam Sylwestra, był Jazz Club , czy klub filmowy. Niestety i tym razem nie ominęły go zniszczenia i brak dbałości użytkowników.  Po kilku latach, w 1967 roku,  po remoncie funkcjonował jako placówka MDK. Zamontowano nowe meble, radiofonizację, gumolit na podłodze, bilard, telewizor,  czy samoobsługową kawiarenkę. W połowie lat 70-tych zniknął z planu miasta. W 1975 roku z piwnicach MDK gdzie był kiedyś Pietrek zainstalowano automaty do gry dostarczone przez Zjednoczone Przedsiębiorstwo Rozrywkowe. 

KAWIARNIA MDK

Dużo dłużej przetrwała kawiarnia MDK, gdzie w każdą niedzielę o 17.00 rozpoczynały się tańce. Tam też można było napić się białego wytrawnego wina. Mieszkańcy z sentymentem wspominają dancingi w MDK, na które kupowało się wejściówki cieszące się popularnością tak dużą, że przy szatni zawsze stało kilka par oczekujących na zwolnienie miejsc przy okrągłym, metalowym pokrytym szkłem stoliku. Orkiestra grająca standardy rozrywkowej muzyki tanecznej zlokalizowana była na podeście pod oknem po prawej stronie od wejścia na salę. Po tygodniu wieczorów przy muzyce w Pietrku była to fajna, nieco bardziej dorosła propozycja rozrywki dla klubowych par oraz młodych (lecz nie tylko) małżeństw – wspomina pan Krzysztof Mierzejewski.
zlokalizowana w Miejskim Domu Kultury. Było to równoległe z Pietrkiem miejsce spotkań młodzieży z tym , że można tam było wypić kawę, oranżadę, piwo czy tez zjeść ciastko, wspólnie obejrzeć transmisję z meczu piłkarskiego w salce telewizyjnej zlokalizowanej nw końcu sali kawiarnianej i znów przejść na resztę wieczoru do klubu Pietrek.Salka telewizyjna za kawiarnią w określone dni tygodnia była miejscem spotkań i rozgrywek znanych w całym kraju żyrardowskich brydżystów. Mówiąc o kawiarni MDK trzeba wspomnieć także o tym że od maja do końca okresu letniego przed oknami kawiarni na całej szerokości chodnika powstawał ogródek wypełniony stolikami z parasolami. Sala kawiarni ziała wtedy pustką i w ogródku rozkwitało życie towarzyskie młodzieży przy muzyce ( i nie tylko  płynącej z głośników wystawionych w kawiarnianych oknach.

Żyrardów czasów PRL to jednak nie tylko te kultowe miejsca spotkań.  Bar Kasia na 1-go Maja gdzie dziś znajduje się biuro podróży, konsum we wnęce,  czy bar mleczny obok kina „Słońce” w miejscu dzisiejszej kwiaciarni, a wcześniej piekarni. Nie możemy zapominać również o stołówce zakładowej Caro obok Resursy, ale to miejsce typowo obiadowe.
Wspomnienia mieszkańców to nie tylko posiłki i atmosfera. To również czatujący pod oknami nauczyciele czy to z liceum, czy elektryka oraz  trójki klasowe rodziców dzieci z LO i uwielbiany dyrektor z lornetką przechadzający się po ulicach miasta i wizytowujący także Miłą po 21 by przypomnieć uczniom ogólniaka gdzie o tej porze być powinni.

Odrębnym tematem, który warto poruszyć jest dostępne menu.  
MENU

Lata 60-te XX wieku to według relacji żyrardowskich dziennikarzy  schabowy, pieczeń wieprzowa, żeberka. Od święta dostępne były pierogi z serem, jajka ze szpinakiem, filet z dorsza, pomidorowa z ryżem, fasolowa, krupnik, ogórkowa, żurek, czy barszcz.
W latach 70-tych „Dworcowa” i „Przystanek” w dostępnej ofercie miały filet z morszczuka, kurczaka pieczonego, paszteciki z jaj, jajko sadzone, omlet, kopytka, naleśniki, krupnik na podrobach, kapuśniak, zalewajkę, roztrzepańca, ryż na mleku, zupę jabłkową, marchew zasmażaną, kapustę kiszoną, śledzia w oleju, jajka w majonezie, kiełbasę, sałatkę z pomidorów, naleśniki z serem, mizerię, czy galaretki owocowe. Ale można było zamówić również omlet po flamandzku, zrazy rybne, pyzy, placki, desery, dania rybne. 
Trochę inaczej przedstawiają tamte czasy i własne wybory mieszkańcy miasta. Pani Jolanta Zielinski wspomina: „do „Przystanku” chodziłam z banką po zupę pomidorową, ogorkową i fasolową”.
Pani Elżbieta Simińska tamte dni pamięta tak „do restauracji Dworcowej chodzilam na pyszne buraczki, jarzynkę, z kotletem mielonym i ziemniakami.
Do Przystanku na pyszną zupę pomidorową, a do kawiarni Miłej chodzilam na kremy, lody i galaretki owocowe, lampkę wina.
Do baru mlecznego Syrenka chodzilam na pyszne zupy, pracowała tam moja ciocia.
Jak widać wspomnienia mieszkańców miasta nie rozmyły się w pamięci   a rozmowy przeprowadzone niejednokrotnie wzbudziły dawne uczucia, sentyment, a czasem żal za minionymi latami.

Chciałbym serdecznie podziękować i podkreślić, iż artykuł nigdy by nie powstał, gdyby nie bezinteresowna pomoc mieszkańców Żyrardowa. Kolejność podziekowań  jest losowa.
W szczególności kieruję je do Bożeny Kowalskiej, Bożeny Skopińskiej, Krzysztofa Mierzejewskiego, Anny Grzegółki, Edwarda Lasockiego, Agnieszki Michalskiej, Hanny Kuczyńskiej, Krzysztofa Kwiatkowskiego, Elżbiety Simińskiej, Zdzisława Paska, Ryszarda Kowalskiego, Jolanty Zielinski, Anny Niewiadomskiej, byłego premiera Leszka Millera oraz Bogdana Kwaśkiewicza.
Dziękuję. To Wasz artykuł.

D.S.