czwartek, 30 stycznia 2014

Epizod 52: Ochronka fabryczna


       Zagospodarowując plac targowy, który obejmował teren dzisiejszego placu Jana Pawła II, w jego  południowej części, troszkę w głębi postanowiono wybudować ochronkę dla dzieci robotników żyrardowskich. Powód jej budowy był prosty.
     
      Szybki rozwój zakładów, a co za tym idzie potrzeba zwiększenia zatrudnienia, zmusiły właścicieli do szukania potencjalnych źródeł siły roboczej. Uwagę ich zwróciła duża liczba niepracujących kobiet, kobiet zajmujących się domem i opieką na swoimi dziećmi. Aktywacja zawodowa tej znacznej liczby przyszłych pracowników byłaby możliwa w przypadku znalezienia możliwości opieki nad ich potomstwem.  Postanowiono wówczas wybudować ochronkę dla dzieci robotników, do czego przystąpiono w 1875 roku. Była ona wówczas jedną z pierwszych tego typu placówek w Królestwie Polskim. 
Ochronka Fabryczna

     Budynek ochronki został wybudowany na rzucie prostokąta z trzyosiowym ryzalitem od frontu. Budynek zwieńczony jest wieżyczką nakryta hełmem. Budynek główny połączony jest korytarzem, w którym obecnie mieści się szatnia, z salą balową. Po obu stronach wybudowano boczne skrzydła mieszczące sale oraz pomieszczenia sanitarne. Na pierwsze piętro można dostać się trzema klatkami schodowymi. Budynek został wykonany, jak większość fabrycznych budynków, z nieotynkowanej cegły. Rozkład pomieszczeń był również nader funkcjonalny. W części centralnej znajduje sie administracja, a w przedłużeniu "sala Dittricha" wsparta na monumentalnych kolumnach z popiersiem fundatora w centrum, czyli najbardziej reprezentacyjne miejsce w budynku. Boczne skrzydła mieściły klasy dla dzieci oraz część pomieszczeń gospodarczych i sanitarnych. Ponadto w roku 1885 ochronkę rozbudowano.

       W celu zapewnienia opieki nad robotniczymi dziećmi, wybudowano również budynek mieszkalny dla opiekunek i nauczycielek zwany „babińcem”.  Budynek ten zamieszkiwało około 30 opiekunek. Piękny, obszerny taras pozwalał na spędzanie wolnego czasu przy herbatce, wnętrze zaś zawierało obszerny salon z fortepianem oraz czytelnię. Opiekę na dziatwą roztaczało około trzydzieści nauczycielek oraz co najmniej tyle samo personelu pomocniczego.
      Do ochronki, w początkowych latach, uczęszczały wszystkie dzieci powyżej trzech lat, jednak zwiększanie się liczby zatrudnionych, a co za tym idzie wzrost liczby dzieci wymagających opieki, wymusił ograniczenie się do jednego dziecka z rodziny. Pozostałymi z reguły zajmowało się starsze rodzeństwo, bądź z braku takiej możliwości, przebywały z rodzicami w fabryce pomagając im w pracy.
     Wokół budynku zorganizowano piękny ogród oraz plac zabaw,  a klasy zostały podzielone dla dzieci polskich i niemieckich. Corocznie w placówce opieką otoczone było około 1000 dzieci, a koszt ich utrzymania wynosił około 30 tyś rubli, czyli mniej więcej 30 rubli rocznie na dziecko.
    
     Jednym z najmilej wspominanych dni w roku było Boże Narodzenie, kiedy to sam Karol Dittrich junior odwiedzał dzieci w Ochronce, obdarowywał prezentami i słodyczami. Były to z reguły fartuszki, koszulki, czy spódniczki, a także owoce i ciastka. Taka hojność właściciela zakładów była niezwykle mile widziana i stanowiła, zwłaszcza dla najbiedniejszych dzieci oraz sierot, istotny zastrzyk jakże potrzebnej i niezbędnej pomocy.  W podzięce za te dary dzieci zebrane wokół marmurowego popiersia Karola Dittricha śpiewając skomponowaną pieśń dziękczynną, prosiły o zdrowie dla właściciela.

A brzmiało to tak:

"Radośnie gwiazdkę witamy
Szczęśliwy dzisiaj dzień mamy
Przez pana Dittricha dar
Jego ojcowska opieka
Alibo zawsze nas czeka
Więc Cię o Boże prosim w pokorze
Dnia każdego o zdrowie Jego".
     
Pracownicy ochronki organizowali również zajęcia haftu i szycia dla dziewczynek pomiędzy 7, a 14 rokiem życia przygotowując je, w ten sposób, do przyszłej pracy w zakładach.  Tym zajęciem objęte było średnio około 350 podopiecznych. 
    
    Karol Dittrich junior w geście wielkiej hojności, kiedy to sprzedał swój pakiet akcji w 1899 roku, przeznaczył 500 tyś. rubli na funkcjonowanie Ochronki w przyszłości.
   
    Jedną z ciekawostek związanych z Ochronką jest obecność w roku 1889, na zaproszenie Karola Dittricha juniora, będącego w drodze z Moskwy do Berlina szacha Persji, dzisiejszego Iranu, który gościł  w murach ochronki. Podobnież szach zajechał powozem i witany przez szpaler dzieci wmaszerował do środka ugoszczony przez samego Karola Dittricha juniora.

       Jak się stało, że tak znamienity gość zaszczycił swoją obecnością żyrardowskie środowisko robotnicze?
Otóż, szach persji Nasr - Eddin, a dokładniej Naser ad-Din Szah Kadżar jako pierwszy z władców Persji skierował swoje zainteresowania w kierunku Zachodu, co było ogromnym szokiem w krajach muzułmańskich wrogo nastawionych do krajów giaurów. Wizyta w Żyrardowie odbyła się podczas trzeciej podróży po Europie w roku 1889 , a Szach widział w tych kontaktach możliwości rozwoju edukacji, technologii i nauki, które to następnie wprowadzał we własnem kraju. Starał się podczas tych podróży przedstawić Persję jako starożytny aczkolwiek cywilizowany kraj. Wcześniejsze podróże odbył w latach 1873 i 1878 . 

      Podczas swojego panowania pozaciągał olbrzymie pożyczki zagraniczne, aby sfinansować swoje osobiste, kosztowne podróże do Europy. Persja stała wówczas na skraju nędzy, a klęski głodu zabierały tysiące ofiar, dwór zaś dla swoich zbytków i przyjemności defraudował publiczne pieniądze na wielce kosztowne podróże. Kraj, za panowania szacha, opanowała wszechobecna korupcja. Wszystko to skończyło się zgładzeniem szacha 19 kwietnia 1896 roku. 
 

I tak na koniec, ciekawostką jest, to, że praprawnuczką szacha jest Marjane Satrapi, reżyserka i scenażystka nominowanego do Oskara  „Persepolis” oraz autorka serii komiksów o tym samym tytułe.
 

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Epizod 51: Gdyby takich więcej - Zbigniew Stanclik bohater i wzór


      Pierwsza publiczna egzekucja. Wiele osób, z ciekawością, zjawiło się tuż obok żyrardowskiego cmentarza, aby być świadkami niemieckiej propagandy terroru.

      A stało ich trzech. Za młodzi by umierać, za młodzi by zniknąć z firmamentu żyrardowskiego świata. A jednak.

To nie tak  miało być. Gdyby nie ten pechowy dzień. Gdyby nie tak akcja.

Zbigniew Stanclik, Władysław Holc, Janusz Horodyski. Wszyscy oddali życie za wolność, za kraj, za nas.

     Każdy z nich, dla uczczenia ich pamięci ma swoją ulicę. Każda blisko cmentarza, tam gdzie zginęli. Tam gdzie oddali swoje jakże cenne i niezastąpione wspomnienia i marzenia.

    Wszyscy należeli do Armii Krajowej, wszyscy trzymali się dzielnie. Za Polskę, za ojczyznę.

Jeden z  nich. Zbigniew Stanclik. Nie ma już takich. Tylko dwudziestodwuletni, młody, ale za Polskę, za kraj, aż do śmierci.

     Nowy Dwór, gdzie się urodził 16 października 1921, później Gdynia, gdzie wstąpił do harcerstwa, dalej Łomża i stanowisko zastępowego. Ciągle w drodze, ciągle gdzieś indziej, ale zawsze z rodziną.
W ciągu swojego, jakże krótkiego życia dokonał więcej niż wiele rodzin przez pokolenia. Choćby zima 1938 rok, kiedy uratował dwoje tonących dzieci, za co otrzymał medal i pamiątkowa książkę.

     „W głębinach mórz i oceanów”, jakże znamienny tytuł. A potem, kiedy wybuchła, bądź co bądź,  oczekiwana wojna, poszedł walczyć. Na ochotnika, mając tylko osiemnaście lat, zaciągnął się do Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie” Franciszka Kleeberga i walczył, z oddziałem, który najdłużej opierał się nawałnicy niemieckiej.

      Później był Żyrardów. Niestety.

      Rodzina przeprowadziła się tutaj a Zbyszek wraz z nimi, bo najbliższa familia już tu mieszkała i tak było łatwiej, pewniej.

    Rozpoczął pracę w cukrowni „Guzów”, gdzie nawiązał kontakt z konspiracją. Najpierw Tajną Armią Wojskową, później ZWZ, wreszcie AK i 13 plutonem. Tym osławionym. Tym prestiżowym.

      Później były akcje dywersyjne w Feliksowie, Aleksandrii, Grodzisku. Ale nawet aresztowanie przez Niemców i możliwość wywózki na roboty przymusowe nie powstrzymały Zbigniewa Stanclika. Uciekł, z punktu zbornego w Warszawie. Nie dał się wywieźć do Rzeszy. 
     Jednak tego czerwcowego wieczoru roku tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego nie udało mu uniknąć swojego przeznaczenia, nie dane mu było dalej walczyć z okupantem. Taki los.

A nam pozostało tylko wspomnienie.  O bohaterach. O tych, którzy byli ponad wszystkim. Wzór do naśladowania. 

   Niech spoczywa w spokoju wraz z piękną książką, którą otrzymał za swoje bohaterstwo. „W głębinach mórz i oceanów”.


czwartek, 23 stycznia 2014

Epizod 50: Pierwsi żyrardowscy lekarze - A.Jawurek i W.Hay

            Jak wielki wkład w rozwój opieki zdrowotnej w Osadzie Fabrycznej miał dr Aleksander Jawurek trudno opisać w kilku zdaniach. Urodzony 14 lipca 1831 roku w Częstochowie nauki pobierał w niedalekim Krakowie. W roku 1860, dzięki znajomości z biskupem Tadeuszem Łubieńskim, osiadł w Wiskitkach rozpoczynając pracę w miejscowym szpitalu. Niestety nie długo dane mu było rozwijać się i nabywać doświadczenia w wiskickiej lecznicy. Kiedy w 1862 roku biskup zmarł szpital wkrótce zamknięto. 
          Na szczęście dr Jawurek pracował już również w Osadzie, w ambulatorium przyfabrycznym, z początku, dwa razy w tygodniu. Widząc jednak zmniejszające się znaczenie Wiskitek kosztem Osady, w 1875 roku przeniósł się na stałe blisko fabryki, gdzie pozostał aż do śmierci. Rozwijając również swoje medyczne zainteresowania poświęcał się pisaniu rozpraw i artykułów na temat przeróżnych schorzeń, jakie doskwierały żyradowskim robotnikom. A pole do badań miał całkiem spore.
         Dr Jawurek już ponad 140 lat temu pisał m.in. na temat operacji plastycznych, chorobach epidemicznych, czy nowatorskiej jak na tamte czasy dziedzinie, czyli chorobach społecznych. Wielki wkład miał również w propagowanie, jakże wtedy niedocenianej profilaktyki. 
Dr Aleksander Jawurek, jako umysł światły i postępowy, odnosił w sposób nad wyraz krytyczny na temat "wiejskiego lecznictwa" czy znachorów. Wiele ze swoich atrykułów poświęcał również tematyce nowych leków.

Dr Aleksander Jawurek zmarł 12 września 1895 roku i został pochowany na żyrardowskim cmentarzu.

       Drugim, ale nie mniej ważnym doktorem ówczesnych czasów w Osadzie był William Hay. Ten urodzony w 1853 roku medyk pracę w Zakładach Żyrardowskich, jako lekarz rozpoczął w 1883 roku na fali osławionego strajku szpularek. W roku 1898 staje sie nawet naczelnym lekarzem Żyrardowa. Niestety przedwczesna śmierć na zapalenie płuc, która zabrała doktora w 1901 roku, pokrzyżowała jego jakże ambitne i dalekosiężne plany. Zmarły w wieku czterdziestu ośmiu lat medyk, szczerze był opłakiwany przez tłumy robotników żyrardowskich, a nad grobem uwielbianego lekarza mowe wygłosił nawet sam pastor Djehl.

        Dziś na żyradowskiej nekropolii bez trudu odnajdziemy grób dr Aleksandra Jawurka, wysoki z czarnego kamienia, dumnie wznoszący się ponad sąsiadujące pomniki. Znacznie okrutniej odniósł się czas z grobem Williama Hay'a, którego to nie ujrzymy juz niestety w ewangelickiej części cmentarza.


       Dwadzieścia dwa lata starszy dr Jawurek był dla młodszego kolegi mentorem i wzorem do naśladowania. Od 1883 roku wspólnie starali się wnieść nowoczesną medycynę do "średniowiecznych" izb żyrardowskich robotników. Przez osiem lat wspólnymi siłami próbowali poprawić warunki życia i metody leczenia. 
      Po śmierci dr Jawurka, W. Hay już sam podążał drogą postępu, a potwierdzeniem tego może być fakt, iż sam Karol Dittrich junior, tak cenił wiedzę i zdanie doktora, że czynnie angażował go w budowę nowego szpitala.

     Oczywiście kolejne pokolenia żyrardowskich lekarzy przyniosły wiele wysoko cenionych osobistości, jednak ta dwójka wraz z pielęgniarkami i asystentami, zapoczątkowała silne zmiany na lepsze w małym i hermetycznym żyrardowskim świecie, gdzie wiedza ludowa i znachorstwo, górowały nad nauką i postępem, które mozolnie,  krok po kroku, dwaj lokalni lekarze, wprowadzali do robotniczych domostw.       

   


poniedziałek, 20 stycznia 2014

Epizod 49: Egzekucja pod ceglanym murem

            Dwudziestu czterech wychudzonych, ubranych w łachmany, ze związanymi rękami i zagipsowanymi ustami, Głowy ich tonęły w czarnych, papierowych niby workach. Gdzie się nie obejrzeć, wszędzie Niemcy. Szeregowcy, oficerowie, nawet pielęgniarki z pobliskiej szkoły im. Konopnickiej przerobionej przez okupanta na szpital wojskowy pojawiły się gnane ciekawością, a teraz nic nie robiąc sobie z dziejącego się dramatu flirtowały z obstawiającymi plac im. Hitlera żołnierzami. A oni stali już tak dłuższy czas, czekając na nieuchronne. Stali pod murem tkalni. 
       Dwudziestu czterech obywateli pojmanych kilka tygodni wcześniej na fali zakrojonych na szeroką skalę łapanek przetaczających się jak walec przez Generalna Gubernię. Dowieziono ich z Pawiaka, oskarżając o działanie na niekorzyść Rzeszy. Wiadomym było, że jest to jednak typowa akcja odwetowa, odwet za wcześniejszą śmierć żołnierza niemieckiego oraz ranienie dwóch innych. Można domniemywać, iż chodzi o nieudany zamach na Paprzyckiego, a konkretnie pomylenie jego osoby z Berentem, którego zastrzelili Skrowaczewski z Wolskim ps. Wilk"                 
      Dokładnie o godzinie 11:55 najpierw jedna, a następnie kolejna salwa zagrzmiały w centrum Żyrardowa. Kiedy ucichło echo wystrzałów, oczom obecnych ukazał się potworny widok. Dwadzieścia cztery ciała w rozszerzającej się kałuży krwi, leżały pod ceglanym murem tkalni. Tych, którzy się ruszali SS-man dobijał z pistoletu. Po wykonaniu „zadania” żołnierze załadowali ciała na ciężarówkę i wywieźli w nieznanym kierunku, natomiast inni za pomocą specjalnie przygotowanego piachu maskowali krwawe ślady. 
Niemcy do egzekucji przygotowali się w każdym calu. Droga przez miasto, od strony przejazdu była obstawiona przez żołnierzy, a sam plac odgrodzony kordonem wojska. Ludność polska dostała kategoryczny zakaz obserwowania egzekucji, a każda osoba przypatrująca się przez okna mogła liczyć się z utratą życia. Lufy karabinów omiatały pobliskie budynki czekając tylko na możliwość wypuszczenia serii. Na szczęście dla zachowania tejże tragicznej historii jeden z pracowników magistratu, Jan Gmurek z narażeniem życia obserwował skrycie poczynania Niemców na zewnątrz, czyny które następnie mógł przekazać. A mógł znaleźć się wsród zamordowanych. Tylko interwencja pracownicy Behnke, która zaręczyła za niego, iż nie można pozbyć się tak wykwalifikowanego księgowego oraz referenta budżetowego, uratowało go od niechybnej śmierci.  
        Co w takim razie wpłynęło na tak bestialską zbrodnię? Otóż nasilenie terroru związane było z wejściem w życie rozporządzenia gubernatora Hansa Franka z 2 października 1943 roku „o zwalczaniu zamachów na niemieckie dzieło odbudowy w Generalnym Gubernatorstwie”. Aby złamać polski ruch oporu postanowiono stosować odpowiedzialność zbiorową, a czyn dokonany traktowano na również z planowanym. Jedyną słuszną karą był wyrok śmierci z natychmiastowym wykonaniem. Starano się w ten sposób zastraszyć społeczeństwo polskie, a miejsca straceń wybierano celowo w centrach miast i miasteczek, aby w jak największym stopniu nadać wysokiego znaczenia pospolitemu mordowi. Celowe było również wywieszanie obwieszczeń informujących o wykonanym wyroku. 
       Oczywiście pod pojęcie „zamachów” podciągnięto nawet nielegalny handel, czy ubój. Wszystkie niemieckie posterunki zostały wyposażone w daleko idące pełnomocnictwa łącznie z powoływaniem doraźnych sądów, które wymierzały kary. Jakby tego było mało, od 25 września 1943 roku, dowódcą SS i Policji w dystrykcie warszawskim został mianowany Franz Kutschera zwolennik twardej ręki i masowych egzekucji jako jedynego środka na spacyfikowanie krnąbrnych Polaków. Za rządów Kutschery właśnie, na ulicach miast dystryktu, odbywały się egzekucje miejscowych obywateli dowożonych specjalnie wprost z Pawiaka. Taka właśnie egzekucja miała miejsce w Żyrardowie owego krwawego czwartku, 18 listopada 1943 roku.

       Następnego dnia na mieście, okupant porozwieszał obwieszczenia informując, iż m.in. za nielegalne posiadanie broni oraz udział w nielegalnych organizacjach, w dniu 17 listopada na karę śmierci zostało skazanych 46 osób. Pierwszych dwudziestu z listy rozstrzelano właśnie w Żyrardowie, następnych dwudziestu w Grodzisku Mazowieckim. Obwieszczenie mówiło tylko o dwudziestu. Jak widać dla Niemców cztery kolejne ludzkie życia były nic nie warte. Każdy jednak doskonale wiedział, że owo obwieszczenie było tylko fałszywym oskarżeniem. Tak naprawdę egzekucja pod murem była pospolitym i okrutnym odwetem.
     Pozostałe sześć osób zostało "dobrodusznie" uwolnionych, z przesłanką zadenuncjonowania kolejnych osób, winnych czy niewinnych, nie miało to znaczenia.

     Egzekucji dokonałi niesławni dla miasta oficerowie SS z 11 korpusu III batalionu 12 pułku SS wraz z miejscową policją. 

     Waschow, Leber, Karl Amman, Wilhelm Wiesel, Federmann, Pralle, Schund oraz Józef Hottinger, dowódca z willi "Wanda", to nazwiska zbrodniarzy, których ręce splamione zostały krwią polskich obywateli. Niestety żaden z nich nie poniósł kary za swoje niecne czyny.

      Po wojnie, Waschow pełnił funkcję oficera policji w Getyndze, mieszkając sobie spokojnie w podmiejskiej willi, Wiesel był policjantem w Hamburgu, Amman w Ulm, Pralle oraz Schund w Hanowerze. Wszyscy wiedli spokojne życie. Na fali protestów, które przetoczyły sie przez Żyrardów w latach 60-tych rozpoczęto miejscowe zbieranie świadków i dowodów zbrodni ludobójstwa, jednak to i nawet zeznania Franza Schattenmana - kucharza z Schuppo, który obsługiwał morderców w willi "Wanda" na łamach dziennika "Die Tet" nie przekonały zachodnioniemieckiego prokuratora do wszczęcia śledztwa, formalnie "z braku dowodów winy".

      Dwudziestu czterech polskich obywateli, żołnierzy AK, GL, działaczy PPR, czy w ogóle nie związanych z konspiracją, ojców, braci oraz dziadków  zginęło tego dnia pod ceglanym murem fabrycznym w Żyrardowie.


Stefan Zieliński                   Zygmunt Engelholm                 Kazimierz Bieganowski
Henryk Ekielski                    Stanisław Majorek                 Franciszek Flaszczyński
Bronisław Sentowski        Mieczysław Kotowicz              Karol Wiśniewski
Leonard Czarnecki            Karol Doczkał                            Mieczysław Maciejewski
Leon Nowak                       Aleksander Kubaj                     Edward Gogola
Stanisław Ruciński           Ryszard Kloc                              Jan Grabalski
Maksymilian Gutowski    Marian Ruciński                       Bolesław Pawłowski
Antoni Stasikowski          Mieczysław Pliszkiewicz         Stanisław Sztark

                                               Cześć ich pamięci!!!

czwartek, 16 stycznia 2014

Epizod 48: Do czego może doprowadzić naiwność - makabryczne morderstwo w parku im. Świerczewskiego

Epizod 48: Do czego może doprowadzić naiwność - makabryczne morderstwo w parku im. Świerczewskiego


                Spacerując dziś po „zielonych płucach Żyrardowa” pozostaje nam jedynie delektować się urokami tej oazy zieleni. Zadbany drzewostan, przystrzyżone trawniki, wijący się strumyk, czy tłumy dzieciaków na placu zabaw pozwalają nam  zapomnieć na chwilę o troskach dnia codziennego. Jednak park im. Karola Dittricha nie zawsze budził zaufanie. Jeszcze jakiś czas temu zaniedbany, przyciągał tłumy osób, o co najmniej wątpliwej reputacji. Taki obraz parku miejskiego funkcjonował w wyobraźni mieszkańców miasta również pod koniec lat sześćdziesiątych. Dumnie wówczas brzmiąca nazwa, Park Miejski im. Karola Świerczewskiego, tak tego generała Armii Czerwonej i Wojska Polskiego  zwanego „Walterem”, którego pseudonim powstał ponoć za czasów jego służby podczas wojny domowej w Hiszpanii, kiedy to w pijackim amoku, w samych kalesonach z nieodłącznym pistoletem Walther rozstrzeliwał dezerterów. Karol Świerczewski znany jest jednak szerokiemu gronu obywateli bardziej z wpuszczonej do obiegu od 1 stycznia 1975 roku serii banknotów „Wielcy Polacy”,  a konkretnie z 50-cio złotówki. Dumnie patrzący w bok generał zakrywa swoją pokaźną łysinę czapką, czapką która pojawiła się na banknocie, kiedy to odrzucono projekt podobizny bez nakrycia głowy, gdyż w pierwotnym projekcie generał taki miał się pojawić. Projekt ten został jednak odrzucony przez ówczesnych decydentów NBP ze względu na obawę stworzenia niewybrednego obiektu żartów co prostszych obywateli.
              

         Wracając jednak do parku miejskiego,  26 lipca 1969 roku historia miasta „wzbogaciła” się o kolejny, niepotrzebny i  tragiczny wypadek, który zmienił życie co najmniej dwóch rodzin.
              

        Kiedy na miejscowy posterunek milicji wszedł młody chłopak nikt się nie spodziewał, że jego słowa postawią na nogi służby żyrardowskie na kolejne długie godziny. Tym młodzieńcem był 19-letni Franciszek Kruk, który, czy to szarpany wyrzutami sumienia, czy też zdając sobie sprawę, iż pojawienie się na komisariacie pozwoli w przyszłości spojrzeć na jego czyn przychylniejszym wzrokiem, poinformował, że właśnie udusił znajomą w miejscowym parku. Zaalarmowane służby udały się we wskazane miejsce odkrywając makabryczna prawdę. W krzakach, blisko baraku „Ruchu” leżało ciało młodej dziewczyny. Ułożenie ofiary, a także fakt, iż pozbawiona była bielizny od razu wskazywało zabójstwo na tle seksualnym. Kruk został aresztowany i przesłuchany, wyjawiając prawdę o tym, co dział się podczas minionych godzin. Okazał się, że Franciszek Kruk  to postać znana żyrardowskiej milicji. Dopiero co wyszedł z więzienia, gdzie odbywał karę  czterech miesięcy pozbawienia wolności za pobicie przechodnia. Kruk był na tyle beztroskim osobnikiem, że od marca, kiedy to pojawił się na wolności do dnia morderstwa, nie podjął żadnej pracy pogrążając się coraz bardziej w meandrach pijackich balang. Również tego dnia nie stronił od alkoholu. Wypijając wpierw kilka win z kolegami, postanowił powłóczyć się po mieście, gdzie w okolicy dworca natknął się na znajomą Irenę Elżbietę Bogucką, szesnastoletnią uczennicę Szkoły Włókienniczej..
        Spacerując z przyszłą ofiarą, zaproponował przejście do parku miejskiego, gdzie pobudzony spożytą ilością trunków zaproponował odbycie stosunku. Kiedy ofiara kategorycznie odmówiła i zaczęła wzywać pomocy, ten rzucił się na nią, dusząc gołymi rękami. Najbardziej makabryczną częścią tego morderstwa jest to, że Kruk widząc, iż ofiara nie daje oznak życia zbeszcześcił ciało i dopiero po zaspokojeniu rządzy udał się na komisariat., gdzie badanie wykazało 1,6 promila alkoholu. Franciszek Kruk wiedział co robi. Za zabójstwo groziła mu bez dwóch zdań kara śmierci, więc dobrze kalkulując, przyznał się do winy odbierając sędziemu jedyny oręż w walce z takimi zwyrodnialcami. Jak widać skutecznie, gdyż wyrok 15 lat pozbawienia wolności przy takim okrucieństwie wydaje się nad wyraz łagodny, wyrok który nigdy nie zadośćuczyni pogrążonej w bezgranicznym bólu rodzinie, której pozostało jedynie zapalanie światełek na grobie ukochanej córki (J1/3/6).
       Nie można jednak pozostawić obojętnym na fakt  bezgranicznej naiwności ofiary, która musiała znać sprawcę, skoro udała się z pijakiem w ustronne miejsce. Na co liczyła i czego się spodziewała po osobie tego typu, agresorze, który dopiero co opuścił więzienne mury. Niech takie tragiczne przykłady staną się przestrogą dla młodych dziewcząt oraz ich rodziców, którzy w ramach zapobiegania podobnym makabrom powinni znać środowisko, w którym porusza się i spędza wolny czas ich pociecha.         

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Epizod 47: Pałacyk Tyrolski, czy "Straszny Dwór" - historia najpiękniejszej żyrardowskiej willi


                Zwiedzając  fabryczny Żyrardów łatwo znaleźć pięknie odnowiony, utrzymany w jasnych kolorach charakterystyczny budynek zwany Pałacykiem Tyrolskim lub z racji swojej mrocznej historii „Strasznym Dworem”, a znajdujący się przy ulicy Limanowskiego.
Jednak jeszcze kilka lat temu zaniedbany i opuszczony straszył przechodniów swoim wyglądem, obdrapaną elewacją oraz zapuszczonym ogrodem na tyłach podsycając tym bardziej legendarną historię „damy z czerwoną różą we włosach” przechadzającą się o północy po niezliczonych pokojach willi i odstraszającej kolejnych właścicieli.
             

  Dziś, po generalnym remoncie, znów cieszy oczy mieszkańców miasta przypominając dawne świetlane czasy, kiedy to Osada zarabiała ogromne fundusze na korzyść właścicieli zakładów, a pałacyk był wizytówką Dittrichów.  
              Pałacyk Tyrolski wybudowany został w latach 1867-1871 jako reprezentacyjna willa właściciela Karola Augusta Dittricha. Na tyłach usytuowana była weranda, której dach stanowił taras wyższej kondygnacji. Jej okna wychodziły na piękny i malowniczy ogród z licznymi drzewami i krzewami pomiędzy którymi usadowiona została drewniana altana, którą po remoncie możemy podziwiać do dziś. Tuż obok wybudowana została piętrowa oficyna mieszcząca stajnie, pomieszczenia gospodarcze, a także pokoje gościnne. Owa oficyna również przetrwała do dnia dzisiejszego służąc obecnie jako budynek mieszkalny.

             
dawna oficyna
          Jednak to co najpiękniejsze, niedostępne było dla oczu zwykłych robotników żyrardowskich. Wnętrze willi urządzono bowiem z ogromnym przepychem i elegancją. Bogactwo szczegółów cieszyło oczy nielicznych, którzy mieli możliwość przekroczenia progu budynku. Marmurowe kominki, bogato zdobione boazerie, sufity z podwieszanymi żyrandolami, czy ściany obite drogimi tkaninami, a to wszystko przyozdobione kunsztownymi meblami, świadczyło o wielkim bogactwie właścicieli.  
Po ślubie córki starego Dittricha, Anny Luizy Fryderyki  z Ludwikeim Marcellinem młodzi zamieszkali w pałacyku. Mówi się, że w ten sposób Dittrich chciał aby nowy dom choć trochę przypominał Marcellin’owi – dyrektorowi w zakładach, jego rodzinne strony.

         Tragedia jaka wydarzyła się wkrótce w czterech ścianach pięknej willi, na zawsze już rzuciła złą sławę na pałacyk. Śmierć w pożarze miesięcznej córeczki młodych mieszkańców obrosła legendą.  Mimo, iż Dittrichowie opuścili miasto, zła sława pozostała. Zaczęto widywać w oknach na piętrze kobietę ubraną na biało, z czerwoną różą we włosach, przemieszczająca się po  pokojach. Z tego też powodu willa otrzymała mało zachęcająca, dla potencjalnych nabywców, nazwę „Straszny Dwór”.

drzeworyt z Tygodnika Ilustrowanego z 20 stycznia 1872 roku

            Po wyprowadzce właścicieli willa długo stała pusta, stając się w dwudziestoleciu międzywojennym własnością niesławnych "francuskich niszczycieli" fabryki.  W okresie II wojny światowej pałacyk szczęśliwie omijały działania zbrojne, a po zakończeniu konfliktu stał się siedzibą m.in: biura Zakładów Lniarskich, przychodni lekarskiej,  Związków Zawodowych, Zespołu Opieki Zdrowotnej, czy w latach 70-tych lokalizacją dla Biblioteki Miejskiej oraz redakcji „Życia Żyrardowa”.
 

         To tu również 27 października 1981 roku gościł Lech Wałęsa jako, że siedzibę w Pałacyku Tyrolskim miał Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”.





czwartek, 9 stycznia 2014

Epizod 46: Jan Skrowaczewski - najdzielniejszy bohater walki o wolność


             Każde miasto ma swojego bądź swoich bohaterów, często tylko lokalnych, ale ważnych i cenionych w danym środowisku. Bohaterów, którzy oddali swoje życie za wolność i ojczyznę. Tych, pośmiertnie łatwiej oceniać z perspektywy dokonań i osiągnięć. Tych, którzy przeżyli, często pomijamy i zdecydowanie deprocjonujemy.

            Nasz bohater nie zginął podczas wojny, nie wznoszono i nie wznosi się peanów na jego cześć. Mimo jego niezaprzeczalnego bohaterstwa i poświęcenia swoich młodzieńczych lat na walkę w okupantem, na walkę na pierwszej linii, tą najbardziej niewdzięczną. Nasz bohater podjął się ogromnie odpowiedzialnego zadania, niebezpiecznego i traumatycznego - wykonywaniu wyroków śmierci.
           Po ukończeniu tajnego kursu w szkole podchorążych, w roku 1942 niespełna 18-letni Jan Skrowaczewski, bo o nim rzecz jasna mowa, stał się żołnierzem 13 plutonu dywersyjnego, a za jego główne zadanie postawiono likwidowanie konfidentów, volksdeutschów, "granatowych" policjantów oraz organizowanie i uczestniczenie w akcjach dywersyjnych.
          Urodzonego we Lwowie w październiku 1924 roku, losy wojenne rzuciły do odległego Żyrardowa, z którym związał się aż do swojej przedwczesnej i tragicznej śmierci.
         W wieku szesnastu lat przystapił do konspiracji jako łącznik w kompanii Benedykta Karlickiego ps. "Piłat" - nauczyciela z Wiskitek, a następnie ukończył tajny kurs w szkole podchorążych zorganizowanej w budynku dawnej straży pożarnej na ul. Mireckiego oraz w cieplarni ogrodu fabrycznego przy ulicy Żeromskiego.

         Jan Skrowoczewski, nad wyraz bystry, odporny psychicznie i doskonale zbudowany mężczyzna, przyjął na siebie rolę likwidatora, egzekutora, wykonawcę wyroków i kar śmierci uchwalanych przez Wojskowy Sąd Specjalny. Aby mylić tropy posługiwał się również fikcyjnym nazwiskiem Kazimierz Rolski.
A konto Janka można zaliczyć około 20 osób, osób, które po wejściu okupanta na tereny Polski, stawały się bestiami w ludzkiej skórze. I właśnie te bestie „Kłamanio” miał za zadanie likwidować. I likwidował, skutecznie.

        Lista jego osiągnieć jest obfita i budząca respekt, a wszystkiego tego dokonał w niespełna rok. Wysadzenie transportu kolejowego pod Pilawą, czasowe unieruchomienie podstacji elektrowni przy ulicy Jaktorowskiej czy uszkodzenie radiostacji w Grodzisku Mazowieckim to zadania typowo dywersyjne. Nie tym jednak wsławił się najbardziej "Kłamanio". Wykonanie wyroków śmierci na konfidencie Wilczyńskim pod Brwinowem, Hegenbart'cie przy drodze do Mszczonowa, wykonanie wyroku na Funku pod nosem żołnierzy niemieckich, czy Alojzym Walh'u w Grodzisku Mazowieckim to tylko krótka lista jego osiągnięć.
       Jednak jak każdemu nawet Janowi Skrowaczewskiemu przytrafiły się wpadki, niestety ogromnie tragiczne w ostatecznym rozrachunku. Mowa tu o organizowanej próbie odbicia "Małego" i w konsekwencji śmierci kolegów z plutonu: Stanclika, Horodyskiego i Holca oraz zabicie Karola Berenta - hitlerowca, którego pomylono z Paprzyckim, za co w konsekwencji życie straciły niewinne osoby. 

    
        Kiedy znaleziono jego ciało, w sierpniu 1970 roku, na stawidłach, tuż obok „Agatki” nikt nie mógł uwierzyć w to co się stało. Śmierć dosięgnęła go w nocy z 20 na 21 sierpnia 1970 roku, jednak do dziś nie wiadomo, czy odejście Jana Skrowaczewskiego to nieszczęśliwy zbieg okoliczności czy, jak wielu sądzi, wyrównanie rachunków z przeszłości.
      
       Po zakończeniu wojny mieszkał na ulicy Żeromskiego tuż przy parku, w otynkowanym na biało, parterowym domu skąd blisko miał do swojej ulubionej Żyrardowanki, gdzie uczył młodzież boksować. Jan Skrowaczewski, odznaczony Krzyżem Virtuti Militari, Krzyżem Walecznych, czy Medalem Zwycięstwa, po wojnie zatrudnił się jako kierowca w Zakładach Żyrardowskich. Pełnił również funkcję członka zarządu ZBoWiD, był ORMO-wcem, inspektorem ruchu drogowego, a nawet nauczycielem
       Można domniemywać, że z powodu tego „przestawienia się” stracił w oczach byłych AK-owców, a i nie zyskał wiele w oczach władzy ludowej. Może o tym świadczyć fakt, iż ówczesne gazety, tak uroczyście i z patosem informujące o śmierci kolejnego aparatczyka, o kolejnych rocznicach wyzwolenia na temat śmierci bohatera milczały. Dopiero niezapomniany Maciej Twardowski pokusił się o notatkę wspomnieniową w kilkanaście dni po śmierci Jana Skrowaczewskiego.

       Dziś, na szczęście, pozostały nam spisane wspomnienia z akcji likwidacyjnych bądź dywersyjnych „Kłamania”, ulica, która od 1982 roku nosi jego nazwisko oraz pomnik na żyrardowskim cmentarzu (J/1/7), pomnik, który zbyt rzadko rozświetlają pamiątkowe lampki wdzięcznych mieszkańców Żyrardowa.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Epizod 45: Szkoła oszczędzania Dittricha - "Fundacja Dittricha" i "Kasa przezorności dla urzędników"


            Wpływ Zakładów Żyrardowskich na życie robotników można było znaleźć w każdej dziedzinie życia. "Ojcowskie traktowanie" dotyczyło tak edukacji, wychowania, jak i opieki zdrowotnej. Dittrich ingerował i przywiązywał do wszechobecnych zakładów praktycznie każdego, kto pracował w fabryce.
            Owe "ojcowskie traktowanie" to jednak nie tyko powyższe przykłady. To również system kar, który mobilizował do ciężkiej i nienagannej pracy oraz nowoczesny, jak na owe czasy, system premiowania najbardziej oddanych, dla których Karol Dittrich junior ustanowił "Fundacje Dittricha" oraz "Kasę przezorności dla urzędników". Były to pewnego rodzaju sposoby oszczędzania środków, aby na starość robotnicy mieli za co żyć. 
"Fundacja Dittricha", nazwana tak na cześć ojca była wymyśloną przez syna szkołą oszczędzania i tak marnych zarobków robotników. Fundusze gromadzone były na książeczkach oszczędnościowych z początkowym wkładem 50 rubli. Rok w rok najstarsi robotnicy otrzymywali takie książeczki. Zadaniem ich była zgoda na odprowadzanie 3% miesięcznych zarobków, do czego Zakład dodawał od siebie taką samą kwotę. Na koniec roku doliczano co najmniej 6%, a jeśli dywidenda przekroczyła te 6%, to dopisywano odsetki w takiej wysokości. Warunkiem, aby środki odkładały się na owóch książeczkach, było nie korzystanie z tych oszczędności aż do końca pracy w zakładach. W środowisku prostych robotników żyrardowskich było to odbierane jako wspaniałomyślność Dittricha, który tym oto sposobem zjednywał sobie poparcie dając dodatkową możliwość zarobku za długie lata pracy.
          W podobnym tonie funkcjonowała "Kasa przezorności dla urzędników" z tą róznicą, że tyczyłą się urzędników. Warunkiem, pobodnie jak w "Fundacji" było odprowadzanie do kasy 5% miesięcznych zarobków, a zakłady dotowały w twej samej wysokości wielkość odłożonych funduszy. Ponadto, również oni otrzymywali na koniec roku 6% od zgromadzonego kapitału z założeniem, że urzędnicza pensja nie rzekroczyła 1200 rubli rocznie.
          Na pierwszy rzut oka taka hojność właścieciela musiała wzbudzać szacunek, warto jednak uzmysłowić sobie, że wypłaty tychże środków były sporadyczne,a  środki odkładane przez robotników znaczne. Jak ogromne były to sumy lokowane w "Fundacji" i "Kasie" może uzmysłowić fakt, iż w roku 1913/14 ponad 1,5 mln rubli zasiliło kasę, co stanowiło ponad 6% przychodów przedsiębiorstwa. Srodki te przenzaczano głównie na cele gospodarcze.
        Mimo tej świadomości moralne oddziaływanie "ojcowskich szkół oszczędzania" było dla Dittricha bezcenne, dając mu kolejna możliwość wpływania na podległych sobie robotników. 
     
  

czwartek, 2 stycznia 2014

Epizod 44: Najstarszy szpital w Żyrardowie

Epizod 44: Najstarszy szpital w Żyrardowie


            To, że Osada Fabryczna była ściśle powiązana z pobliskimi Wiskitkami, można dostrzeć na każdym kroku. Wiskicki cmentarz, czy kościół były używane przez mieszkańców Osady, wiskickie restauracje, w soboty, gościły robotników żyrardowskich. No i oczywiście szpital, który do 1862 roku służył pomocą pracownikom Zakładów Żyrardowskich. W wiskickim szpitalu swoim fachem lekarskim służył dr Franciszek Wentzel, a pod koniec działalności dodatkowo dr Jawurek. Placówka mogła pomieścić maksymalnie dwudziestu dwóch chorych. Szpital ten został założony przez biskupa Tadeusza Łubieńskiego, ale po jego śmierci, na skutek braku środków na utrzymanie, został zamknięty w tymże roku 1862.

         W tym samym czasie w Osadzie istniało juz na szczęście ambulatorium fabryczne zlokalizowane na terenie zakładów. W tym oto ambulatorium, dwa razy w tygodniu zjawiał sie lekarz, dr Jawurek z Wiskitek, natomiast codziennie służbę sprawował tam felczer. Dopiero w roku 1875 dr Jaworek osiadł na stałe w Żyrardowie i podjął pracę w ambulatoruim na pełen etat. Ambulatorium składało się wówczas z czterech gabinetów wraz z rejestracją, o powierzchni 160 m kw.

        Kamieniem milowym w walce o lepszy dostęp robotników do służby zdrowia, tak forsowany przez Jawurka był strajk szpularek, a dokładniej skutki tego strajku. Otóż w końcu udało się osiągnąć przyjęcie na etat drugiego lekarza, Williama Hay'a oraz udostępnienie dla ogółu apteki przyfabrycznej.

       Największym jednak sukcesem było założenie w 1884 roku pierwszego, żyrardowskiego szpitala mieszczącego się przy ulicy Szkolnej 2. W budynku mieszkalnym, adaptowanym na szpital, znajdowało się trzynaście izb z czterdziestoma łóżkami. Pracowali tam oczywiście dr Jawurek wraz z dr Hay'em. Średniorocznie przyjmowano tam około 200-300 chorych. Mimo tego, że Osada zyskała szpital, był on już na starcie przestarzały i niedostosowany do panujących norm, jakie stanowiło założenie, 1 łóżko na 100 robotników, czyli na początku posiadał ich dwa razy za mało.

     Mimo nie lada osiągnięcia, czym było założenie szpitala, poziom leczenia był nadal bardzo niski, pomieszczenia były słabo klimatyzowane, nieefektywne były wychodki, a świadomość ludności zatrważała lekarzy. Wiara w ziołolecznictwo, znachorów i zaufanie do wiejskich bab, zbierały swoje żniwo. Z tego też powodu należy być wdzięcznym dr Henrykowi Jawurkowi, który stał się prekursorem wprowadzania zmian w sposobie leczenia, a przede wszystkim w profilaktyce i higienie, bez których walka z chorobami jest nieefektywna.