czwartek, 12 września 2019

Epizod 159 - Wspomnienia z Rewala


Każdy liczący się zakład przemysłowy epoki PRL zarządzał własnym ośrodkiem wczasowym bądź kolonijnym, gdzie rok w rok rzesze dzieciaków czy też dorosłych korzystały z tej formy wypoczynku, wyjeżdżając podstawionymi przez zakład Berlietami, czy Autosanami bądź też koleją do najdalszych zakątków Polski. Niczym szczególnym i wyjątkowym były trzytygodniowe turnusy, gdzie znaczną część kosztów ponosił fundusz zakładowy, będący wielkim odciążeniem często bardzo napiętego budżetu domowego,a dofinansowania na kolonie dla dzieci udzielano nawet w wysokości osiemdziesięciu pięciu procent.
Same zapisy na kolejny turnus realizowano w wyprzedzeniem często dwu, czy trzyletnim, ale tak po prostu się wtedy żyło. Od wakacji do wakacji. Wielkimi szczęśliwcami były dzieciaki, których choć jeden z rodziców pracował w zakładach. Z jaką wówczas zazdrością, po powrocie z wypoczynku, spoglądały i słuchały wspomnień te dzieci, którym nie dane było cieszyć się ze tego typu zorganizowanych wyjazdów czy to w góry, czy nad morze, choć nad samym morzem ośrodki wypoczynkowe miały tylko wybrane, te najprężniejsze i najbardziej znane zakłady przemysłowe Polski.
Żyrardowskie dzieci były tymi szczęśliwcami, gdzie z powodzeniem na arenie polskiej, ale również międzynarodowej prosperował jeden z większych zakładów przemysłowych, czyli pamiętne Zakłady Lniarskie, choć sama nazwa zmieniała się z dwuczłonowej nawet na cztero. Kiedy w mieście lub na lokalnych forach czy fun page’ach wspomina się o czasach PRL-u oraz formach wypoczynku, pierwsze co przychodzi na myśl to ośrodek kolonijny w Nowym Śliwnie koło Rewala, który nie tak dawno został sprzedany przez Urząd Miasta w Żyrardowie. Część rozmarzonych i emocjonalnie związanych z tamtymi czasami, a także zdegustowanych osób z irytacją w głosie uważa że za bezcen. Abstrahując jednak od tych dywagacji ośrodek ten corocznie przyjmował trzy turnusy nie tylko żyrardowskich dzieciaków, zapewniając im wypoczynek i niezatarte przez bieg czasu wspomnienia.
Otwarty został w roku 1953 jako ośrodek kolonijny Żyrardowskich Zakładów Przemysłu Lniarskiego im. Rewolucji 1905 roku i był największym ośrodkiem w okolicy. W roku 1957 pobudowano na miejscu nową łaźnię, którą ulokowano w starym budynku oraz postawiono oszklony „grzybek” z przeznaczeniem na letnią jadalnię. Dbając o komfort dzieciaków dostarczono nowe materace oraz kołdry. Ponadto odnowiono korytarze, pokoje, a także pomalowano okna i drzwi. Do personelu  obsługującego ośrodek kolonijny zatrudniano głównie pracowników żyrardowskich zakładów, którzy zajmowali się dziećmi jako wychowawcy. Kierownikiem w pierwszych latach mianowano pana Kapeusia, zaś za zaopatrzenie i kontakty z tubylcami odpowiadała pani Frankowska. Wszystko było jak w rodzinie. Pokonanie trasy około 600 kilometrów niejednokrotnie zajmowało ponad szesnaście godzin. Dzieci dojeżdżały przemęczone i znużone, ale otoczenie oraz  bliskość polskiego morza rekompensowały te niekończące się godziny spędzone w autokarze lub dalekobieżnym pociągu. W początkowych latach funkcjonowania ośrodka korespondencji lokalnej gazety co roku wybierali się nad morze, przeprowadzali wywiady, sondy, aby następnie w dobrej wierze piętnować leniwych wychowawców i pracowników obsługi, z których niektórzy myśleli, żiż przyjechali na wakacje, a nie do pracy.
Początkowo pięć pięknych willi usytuowanych na klifowej skarpie, uznawano za jeden z najładniejszych i najlepiej wyposażonych w ówczesnym województwie szczecińskim. W roku 1960 zbudowano szóstą, założono ogródki jordanowskie z huśtawkami, zjeżdżalniami, drabinkami oraz stojakami gimnastycznymi. Wille ogrodzono siatką drucianą, ponownie wyremontowano pokoje i korytarze, a także zbudowano schody wiodące na plaże. Co roku kolonie odwiedzali notable z miasta oraz dyrekcja zakładów.
Każdy z budynków miał oczywiście swoją własną nazwę oraz indywidualne przypisanie. „Rusałka” przeznaczona była dla starszych dziewczyn, „Fala” dla młodszych dziewczynek ,Świetliczanka” dla starszych chłopców, „Sielanka” dla młodszych chłopców. Była jeszcze „Syrenka”  i „Mewa” przeznaczona dla obsługi i kadry.
Pod koniec lat 50-tych w „Świetliczance”, jednej z willi, postanowiono ulokować pracowników zakładów w formie zorganizowanych wczasów. Około osiemdziesiąt osób przybywało na 2-tygodniowe turnusy. Był to jakoby eksperyment, gdyż wczasowicze musieli dostosować się do regulaminów kolonijnych znacznie bardziej rygorystycznych od wczasowych i niejednokrotnie zdarzało się, iż osoby po kilku godzinach wyjeżdżały. Część wpadała również na pomysł przyjazdu za swoimi dziećmi, wprowadzając ogólny zamęt na terenie ośrodka, poprzez permanentne ingerowanie w pracę wychowawców, zwracanie uwagi i przesadną troskę o własne pociechy, toteż proceder ten po kilku latach ukrócono, rezygnując z łączenia kolonii z wczasami.
Niedługo po uruchomieniu ośrodka w Nowym Śliwnie podpisano umowy z innymi zakładami przemysłowymi na terenie Polski wychodząc z niebagatelną kartą przetargową w postaci wymiany pomiędzy zakładami i udostępnianiu części miejsc dla dzieci z innych regionów Polski. W ten oto sposób żyrardowskie dzieci mogły zawierać znajomości z rówieśnikami z Czechowic, czy Bielska Białej. W zamian np. Walcownia Metali Czechowice udostępniła w Szczyrku miejsca dla dzieci z Żyrardowa, w zamian za przyjęcie 190 dzieci na dwóch turnusach. W 1958 roku rozszerzono wymianę i dogadano się z zakładami Lenk z Bielska Białej. W początkowych latach funkcjonowania ośrodka na miejscu dostępny był lekarz, pani Teresa Grot, później zastąpiony zespołem pielęgniarskim. Od 1959 roku, po interwencjach zdegustowanych rodziców dzieci, które przez pierwsze kilka lat nie miały możliwości korzystania z nadmorskiego ośrodka, o tym gdzie i które dzieci pojadą miał decydować lekarz. Również w 1959 roku nastąpiła zmiana kierownictwa ośrodka. Mianowanie otrzymał niezapomniany pan Lech Czerwiński. Zaproponowano również odmłodzenie kadry zatrudniając do opieki nad dziećmi, studentów. Istotne znaczenie w planowaniu wyjazdu oraz pobytu dzieci dotyczyło wyżywienia. Kierownik zaopatrzenia niejednokrotnie, dosłownie stawał na głowie, aby sprowadzić do ośrodka towary deficytowe, o czym rozpisywała się oczywiście lokalna prasówka partyjna podkreślająca przedsiębiorczość kadry, ale również nie mająca obiekcji do krytykowania wad i zaniedbań zastanych na miejscu.
„Wyżywienie smaczne. Makaron polewany śmietana z jagodami, z owoców porzeczki, jagody agrest, czy czereśnie. Cztery syte posiłki, a na nie zupy warzywne, owocowe. Potrawy mleczne, bułki z masłem, kisiele, budynie, kakao, pierniki.” Wszystko to w pocie czoła sprowadzano z okolicznych wsi, gospodarstw, czy targowisk gdzie personel wybierał się na łowy. Rozwijano również dalej współpracę z innymi zakładami, dzięki czemu do ośrodka przyjeżdżały dzieci nie tylko z Żyrardowa, ale również Czechowic, Kamiennej Góry, Lubawki i Mysłakowic.
Teren ośrodka w XX międzywojennym Źródło:FotoPolska
Pobyt dzieci miał być niezapomniany i wyjątkowy, dlatego też w ramach wszelakich akcji, organizowano konkursy na najlepszy porządek, czy posłuszeństwo. W nagrodę dzieci jeździły do pobliskich Międzyzdrojów lub Szczecina. Organizowano również wycieczki do Trzęsacza lub do Niechorza. Czas pobytu dzieciom na kolonii umilały filmy wyświetlane na własnym projektorze oraz dostęp do biblioteki, choć książek nie było zbyt wiele. Uczono się tańczyć przy adapterze, a zajęcia prowadziła pamiętna p. Frankowska. Organizowano turnieje w piłkę ręczną z innymi koloniami. Na każdym z trzech turnusów przebywało około 210 dzieci. Z nostalgią wspominamy piękne tereny, bliskość morza. Zdarzało się, iż najpierw  dane osoba przyjeżdżała jako dziecko przez cały okres szkoły podstawowej, aby po kilkunastu latach zawitać już jako wychowawca.
Mijały lata, a przez ośrodek przewijały się kolejne roczniki żyrardowskich dzieci. Niejednokrotnie kilka razy w swoim życiu lub przez cały okres błogiego dzieciństwa. Zmieniali się wychowawcy, ale ośrodek trwał, choć coraz bardziej odstawał od standardów tak wyposażenia jak i ogólnych warunków bytowania. Budynki jedno i dwupiętrowe, duża stołówka wraz z zapleczem kuchennym. Budynki nieremontowane od lat podupadały, choć nadal oferowały pokoje 2, 3,4 5-osobowe. W ośrodku nadal jednak brakowało natrysków, a mycie w łaźni znajdującej się z „Fali” potocznie zwanej „Krematorium” odbywało się tylko raz w tygodniu. I tak to trwało do 1993 roku, kiedy to Urząd Miasta Żyrardowa wydzierżawił ośrodek od zakładów.
Pod koniec funkcjonowania ośrodka kierowniczką wielu kolonii była Grażyna Ceglińska, Władysława Łada odpowiedzialna była za administrację, Wiesława Stan za zaopatrzenie, a Marek Kwiatkowski pełnił rolę instruktora KO. Odbywały się ogniska, konkursy rzeźby z piasku, Neptunalia, maratony tańca, festiwal piosenki, konkursy tańca disco, wybory miss i mistera kolonii, noc cudów, podchody czy dyskoteki. W ramach integracji dzieci robiły herby domów przed budynkami. Warto wspomnieć, iż w latach 80-tych i 90-tych wychowawcami byli m.in. Wanda Kowalska, Mieczysława Kalińska, Alicja Kwiatkowska, pani Janiszewska, pani Iwanek, pan Dzwonkowski, później pani Rusinowska, pani Marzęda, pan Marek Kwiatkowski jako osławiony kaowiec, a także pan Sławomir Suski. 

Ośrodek nadal przyjmował w swoich ścianach kolejne dzieci z czerwonego miasta, ale działo się to wbrew rachunkowi ekonomicznemu, logice i bardziej brały górę chyba względy sentymentalne niż realny stan. Ośrodek, który ostatni raz remontowany był w latach 70-tych XX wieku podupadł na tyle, że od 2006 roku, po inspekcji sanepidu, przestał być klasyfikowany jako ośrodek wypoczynkowy, ale o zgrozo jako noclegownia. I w końcu stało się to co było nieuniknione. Ostatnie kolonie odbyły się w 2015 roku pod znamiennym hasłem "Pożegnanie z Rewalem". W 2016 roku historia zatoczyła koło i po wielu miesiącach prób ośrodek został sprzedany. Jeden z symboli Żyrardowa przestał istnieć.
Dziś na terenie dawnego ośrodka pozostała jedynie zniszczona i zaniedbana willa "Sielanka". Resztę budynków zburzono, a na części ośrodka powstaje nowe osiedle mieszkaniowe. Smutny to widok, zwłaszcza dla tych, którzy wakacje swojego dzieciństwa spędzali przy ulicy Klifowej. 

Artykuł ten nie powstałby, gdyby nie pomoc i informacje uzyskane od wielu osób, którym na sercu leży zachowanie w pamięci tamtych beztroskich lat. Szczególne podziękowania kieruję do Gosi Simińskiej, Agnieszki Baładzińskiej, Marzeny Godlewskiej, Beaty Olczyk-Pawlikowskiej, Anny Lewandowskiej, Bożeny Kowalskiej, Jacka Marczaka, Agnieszki Łabenckiej, Radosława Kowalskiego, Edyty Byszuk oraz Henryka Palucha.

piątek, 6 września 2019

Epizod 158 - bezsensowne zabójstwo na Waryńskiego


W ostatni dzień stycznia 1986 roku, tuż po godzinie dwudziestej pierwszej, komenda żyrardowskiej milicji otrzymała informację o leżącym przy ulicy Waryńskiego 50  i niedającym znaków życia mężczyźnie. Wysłany na miejsce patrol potwierdził ten fakt, a wezwany równocześnie lekarz pogotowia mógł tylko stwierdzić zgon. W toku działań operacyjnych szybko udało się potwierdzić tożsamość denata. Był to czterdziestosześcioletni Marian K., pracownik żyrardowskiego „Polmozbytu”, którego zmasakrowane ciało, po przeprowadzeniu oględzin miejsca, zostało przetransportowane do prosektorium. Obrażenia jakie stwierdzono tylko po pobieżnym obejrzeniu ciała, prawie w stu procentach wskazywały na ofiarę brutalnego pobicia i tym kierunku rozpoczęto śledztwo. Skierowanym do jego przeprowadzenia śledczym szybko udało się ustalić, iż tego feralnego dnia, w restauracji „Przystanek” przy ulicy 1-go Maja 74, zamordowany przebywał w towarzystwie spotkanego na dworcu kolegi, Józefa D. Jako, że dawno się nie widzieli udali się restauracji na tzw. „jednego”, gdzie wypili jednak znacznie więcej. Podczas koleżeńskiego spotkania, jak zeznali później świadkowie, zaczepiani byli przez dwóch młodych ludzi, którzy im więcej wypili, tym stawali się coraz bardziej agresywni. Szybko ustalono personalia podejrzanych. Okazali się nimi 31-letni P. Sosnowski oraz 29-letni A. Mirgos. Obu tymczasowo aresztowano i poddano przesłuchaniu. Do morderstwa jednak się nie przyznawali, zasłaniając się niepamięcią spowodowaną alkoholem. Sosnowski przypominał sobie tylko, że jakiś mężczyzna bił się z Mirgosem, natomiast Mirgos nie tyle atakował co się bronił przed agresorem. Fakty były jednak zgoła odmienne. W toku postępowania przesłuchano świadków z pobliskiego „Przystanku” oraz znajomą morderców, do której udali się tuż po śmiertelnym pobiciu. Krystyna J. widząc w jakim stanie znajdują się jej znajomi oraz biorąc pod uwagę ich haniebne przechwałki o „dołożeniu nieznajomemu” kazała opuścić im swoje mieszkanie.

Pod natłokiem oskarżeń i chyba po uświadomieniu sobie powagi swojego czynu, oskarżeni opisali przebieg zdarzenia. Otóż Mirgos pijąc w restauracji szukał zaczepki i miał ochotę kogoś pobić, a że trafili się Marian K oraz Józef D. to już zupełny przypadek. Jeden i drugi od wielu lat nadużywali alkoholu oraz wywoływali awantury. Okazało się, że już w 1981 roku Mirgos wraz z innym kolegą Janem W. pobili na 1-go Maja Adolfa M. i nic sobie nie robili z tego, że był on razem z siedmioletnim synem. Za to zostali skazani na rok więzienia. Nie mniejsze doświadczenie kryminalne miał Sosnowski, który w latach 1982-1984 odsiadywał karę za włamania i kradzieże.

Po wyjściu z „Przystanku” schowali się w bramie przy ulicy Waryńskiego, gdzie czekali na ofiary atakując z zaskoczenia. Po pierwszych ciosach Józefowi D. udało się uciec i to prawdopodobnie uratowało mu życie, choć może gdyby obaj uczestniczyli w bójce nie doszłoby do sytuacji dwóch na jednego i powolnego masakrowania denata. Sekcja zwłok ewidentnie wykazała im przyczyną nagłej śmierci był krwotok wewnątrzczaszkowy spowodowany brutalnym pobiciem, kopaniem w głowę oraz skakaniem po niej kiedy to Marian K. stracił przytomność i nie mógł już się bronić. Mirgos nie miał również wiarygodnego wyjaśnienia na ranę, którą miał na palcu. Jak się okazało była ona konsekwencją ugryzienia przez walczącego Mariana K.

Prokurator nie miał wątpliwości formułując akt oskarżenia, a Sąd Rejonowy w Żyrardowie wydając wyrok dwunastu lat pozbawienia wolności dla Sosnowskiego oraz dziesięciu dla Mirgosa oraz pozbawienia praw publicznych na okres pięciu lat również nie wątpił w winę oskarżonych. Wyższy wyrok dla Sosnowskiego spowodowany był tym, że to on wykazywał większą agresję podczas pobicia ze skutkiem śmiertelnym, mimo że w samej restauracji to Mirgos wykazywał większą agresję.   

poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Epizod 157 - Złodziejski proceder w żyrardowskiej Roszarni


złodzieje na ławie oskarżonych, źródło:"życie żyrardowa"

    Jesienią 1949 roku, kiedy to kraj z mozołem i powoli zaczynał podnosić się z pożogi wojennej, kiedy to uruchamiano kolejne upaństwowione zakłady przemysłowe, w niewielkim mieście Żyrardowie rozpoczynała działalność zorganizowana grupa przestępcza, która w kolejnych latach dorobiła się znacznych dochodów na kombinacjach i machlojkach. Całe owo „lniane przedsięwzięcie” rozpoczęło się w Zakładzie Roszarniczym, gdzie jeden z pracowników, Henryk Ochman, dobrał sobie za wspólnika Konstantego Stefanowskiego, kiedy przy wieczorowej wódeczce, wpadł na intratny pomysł kradzieży mienia fabrycznego w postaci siemienia lnianego i sprzedawania go lokalnym klientom. Zwerbowano wówczas Matysiaka, Ciećwierskiego i Gołyńskiego, którym to dostarczano produkt. Sam sposób kradzieży stworzony przez przestępców też był nad wyraz śmiały i pomysłowy. Otóż ich system składał się z czterech sprytnych działań, które wymienia dziennikarz lokalnej gazety. Do swojego przestępczego procederu używali fabrycznego wentylatora wyrzucającego śmieci na podwórze. Pomysłowi złodzieje mieszali siemię z nieczystościami i w ten sposób wyrzucali je poza halę. Drugim sposobem było działanie „na głupka”. Ot po prostu wynosili czyste siemię na zewnątrz i „upłynniali”. Jeszcze większą bezczelnością było wrzucanie czystego siemienia do wentylatora i aby więcej go wypadało poza halę to podkręcano obroty agregatów powietrznych. W ten sposób produkt wyrzucany był  na zewnątrz, gdzie trafiał bezpośrednio do „odbiorców”. Wkrótce "przedsiębiorczy" złodzieje wciągnęli do spółki nowego pracownika roszarni, Mariana Jankowskiego, który po jakimś czasie zostaje awansowany na stanowisko przewodniczącego agregatów i doskonale dopasowuje się do działań szajki, kradnąc na każdym z worków około 10 kg produktu. Następnie w jeden z już opisanych sposobów wynosił produkt z fabryki. Nie minęło wiele czasu i dołączył do nich kolejny amator cudzego mienia, Stanisław Leczkowski, kolejny z przewodniczących agregatów, stanowiska prestiżowego, ale i bardzo odpowiedzialnego.

      Złodzieje tak poczuli się pewnie i swojsko w tym procederze, że zaczęli przesadzać w ilością kradzionego mienia. Zaczęło to zwracać uwagę pozostałych robotników, zwłaszcza z hali agregatów. Tym najbardziej wścibskim i ciekawskim grożono jednak pobiciem, a dodatkowo wykorzystując swoje stanowiska w zakładach straszono wyrzuceniem z pracy w razie złożenia donosu. Złodziejski proceder trwałby zapewne nadal, gdyby nie działanie jednej z robotnic z agregatów – Julii Wiśniewskiej, którą złodzieje próbowali zwerbować, a gdy odmówiła udziału z grupie przestępczej, zastraszano. Mimo gróźb kierowanych przez Stefanowskiego, Wiśniewska zgłosiła ten wieloletni złodziejski proceder władzom. W ten oto sposób położono kres przestępczej działalności.

     W toku przeprowadzonego śledztwa okazało się, że skradzione zostało około 191 ton siemienia lnianego na ogromną sumę ponad 650 tysięcy złotych. Aby uzmysłowić ogrom tej kradzieży warto przytoczyć, iż roczne zarobki robotnika roszarni wynosiły około 6 tysięcy złotych. Jako że skradziono mienie o znacznej wartości rozprawa odbyła się w trybie doraźnym w Żyrardowie. Podczas przesłuchań oskarżeni zrzucali na siebie winę lub jak Leczkowski deprecjonowali swój udział, twierdząc, że brali tylko łapówki za wpuszczanie wieśniaków na teren zakładów, a do kradzieży nie przykładali ręki, a dodatkowo również hojnie dzielili się swoimi łapówkami z innymi, także zarabiali na tym niewielkie kwoty. Sąd jednak nie uwierzył w te naiwne kłamstwa. Czynnikiem dodatkowo obciążającym złodziei był czas dokonania kradzieży. Kiedy to państwo podnosiło się z kolan, kiedy to każda złotówka miała ogromną wartość, kiedy to każdy musiał przykładać się rzetelnie do odbudowy kraju po wyniszczającej wojnie, oni zrobili sobie własny folwark i prywatny biznes na publicznych, czyli społecznych dobrach.

       Sąd nie był litościwy dla złodziei. Oskarżeni dopuścili się ciężkiego przestępstwa wobec kraju, społeczeństwa i współpracowników i kara musiała być również dotkliwa. Mimo zapewnień obrony, że nawet niewielka kara nauczy ich pokory i umożliwi uczciwy powrót na łono społeczeństwa sąd skazał Henryka Ochmana, Konstantego Stefanowskiego oraz Kazimierza Matysiaka na dożywocie z pozbawieniem praw obywatelskich za zawsze. Stanisław Leczkowski otrzymał 15 lat ciężkiego więzienia oraz pięcioletni okres pozbawienia praw obywatelskich. Jana Gołyńskiego oraz Jana Ciećwierskiego sąd skazał na 12 lat pozbawienia wolności oraz 5 lat pozbawienia praw publicznych, natomiast Mariana Jankowskiego na 8 lat więzienia i 4 lata pozbawienia praw publicznych.

Wkrótce na podstawie amnestii zmniejszono kary Gołyńskiemu i Ciećwierskiemu, co nie zmienia faktu, iż były to kary drakońskie i ogromnie bolesne dla oskarżonych, ale państwo w dobie odbudowy nie mogło postąpić inaczej. Takie kary musiały być przykładne i nagłośnione, aby wybić z głowy innym cwaniakom podobne sposoby wzbogacenia się na państwowych pieniądzach.