piątek, 31 października 2014
Epizod 99 - Jak dawne targowisko placem się stało,czyli krótka historia placu Jana Pawła II
Spacerując po Placu Jana Pawła II, wśród sezonowych nasadzeń, kwitnących corocznie krzewów perukowca oraz niezliczonych ilości kwiatów wypełniających puste przestrzenie trawnika, alejkami przyozdobionymi szpalerami niskich drzew warto sobie uzmysłowić, iż nim plac stał się „placem” pełnił on pierwotnie rolę żyrardowskiego targowiska.
środa, 22 października 2014
Epizod 98 - Jak na naszych oczach giną zabytki - areszt carski przy ulicy Bolesława Limanowskiego
Wciśnięty
gdzieś pomiędzy nowoczesne bloki, a zabytkowe domy robotnicze. Mimo, iż
usytuowany dziś praktycznie w centrum miasta, z dnia na dzień staje się
coraz mniej widoczny. Dobudowany od strony zachodniej
postsocjalistyczny garaż oraz zwisające rzędami sznury z wysychającą
bielizną. Od czasu, gdy nad większą częścią zawalił się dach, a ściana
boczna pękła otwierając
jego czeluści dla przypadkowych przechodniów, historia zaczęła zapisywać
karty
zupełnie przyziemnymi ale systematycznymi zdarzeniami, doprowadzającymi
powoli
do jego całkowitej destrukcji. Przyroda i żywioły wzięły sprawy w swoje ręce.
Wcześniej jednak proces ten zapoczątkowany został przez okolicznych opijusów, którzy upatrzyli sobie jego cztery ściany jako doskonałe miejsce do organizowania libacji alkoholowych i dopiero zawalenie się drewnianego stropu oraz przerobienie jego części na graciarnię oraz komórki, przerwało ten barbarzyński proceder profanacji miejsca upamiętniającego historię żyrardowskich robotników, walczących o wolność, godną pracę oraz poprawę swojego jakże ciężkiego bytu początków XX wieku.
Dziś jednak mało kto pamięta,
jaką rangę historyczną ma to miejsce i ten walący się,
niepozorny budynek.
Historia powstania aresztu carskiego sięga roku 1899, kiedy to został on wybudowany przy ulicy Długiej tuż za ostatnimi fabrycznymi domami, w niewielkiej odległości od siedziby wójta mieszczącej się przy ulicy Teklinowskiej, dziś Ludwika Waryńskiego. Lokalizacja nie była przypadkowa. Jak najdalej od Osady, niewidoczny dla żyrardowskich robotników. A dalej tylko pola, mokradła i odległy cmentarz.
Od samego początku miał on ściśle przypisaną rolę. Przetrzymywano w nim aresztantów. Głównie prowodyrów i uczestników nasilających się strajków robotników żyrardowskich zakładów oraz Rewolucji 1905. Zwykle krótkoterminowo, których następnie albo wypuszczano, albo przewożono do Warszawy m.in. Cytadeli. Cały areszt składał się z czterech maleńkich celi. Podłoga wybrukowana została kocimi łbami, a w każdym z pomieszczeń znajdowało się jedno niewielkie okienko zabezpieczone grubymi stalowymi prętami. A do tego solidne metalowe drzwi z judaszem.
Na naszych oczach znika kolejny zabytek. A tak niewiele potrzeba, aby go
uratować. Nie ma on przecież kubatury Resursy czy Kantoru. Jego odrestaurowane
nie jest związane z poniesieniem wielomilionowych kosztów, a jego wartość
historyczna wydaje się nieznacznie mniejsza niż wymienionych żyrardowskich
kolosów. Ba, przecież to praktycznie rówieśnik Kantoru, czy Kościoła Karola
Boromeusza, a starszy brat Domu Ludowego. A to że niepozorny i
niereprezentacyjny?
poniedziałek, 13 października 2014
Epizod 97 - Pożar kościoła Karola Boromeusza
24 sierpnia 1978 roku, tuz przed godziną osiemnastą spokojne i wyciszone ulice Żyrardowa wypełnił dźwięk syren. Najpierw jedna, dwie, wkrótce dołączyły jednak do nich kolejne zbliżające sie od strony Skierniewic, Mszczonowa i Wiskitek. Wszystkie one zmierzały tylko w jednym kierunku, w stronę małego kościoła, kościoła pod wezwaniem Karola Boromeusza.Największy pożar jaki wybuchł w Żyrardowie od końca II wojny światowej, opanował niespodziewanie mały kościół siejąc spustoszenie i zniszczenie w tym najstarszym katolickim Domu Bożym.
Żmudne dochodzenie przeprowadzone wkrótce wykazało prozaiczną przyczyne tegoż żywiołu. Otóż niezbyt przewidujący budowniczowie plebanii, której budowa rozpoczęła się kilka miesięcy wcześniej, korzystali z energii elektrycznej własnie z kościoła. Podłączając betoniarkę do kościelnej instalacji na cały dzień spowodowali zbytnie obciążenie słabej jakości przewodów, co w konsekwencji doprowadziło do stopienia się izolacji. Rozgrzane do czerwoności druty szybko znalazły dogodny materiał.
Gdyby stało się to w samym kościele, pożar zapewne szybko by ugaszono. Niestety traf chciał, że wybuchł on na poddaszu, gdzie mógł bez przeszkód rozwijać się, by gdy już osiągnął siłę trudną do opanowania, przebić się przez sklepienie, zrzucając na posadzkę kościoła kolejne płonące żagwie.
Wydobywający się z Domu Bożego dym pierwszy zauważył pan Budkiewicz, który natychmiast zawiadomił straż pożarną. Po około dwudziestu minutach pierwsze wozy przybyły na miejsce, ale gasić nie zaczęli, ot z braku wody. Jakoś tak niemrawo, bez większej aktywności przyglądali się wraz, z coraz to liczniejszym, tłumem gapiów jak żywioł trawi, to co w tamtym systemie było "do strawienia". Widząc tą niefrasobliwość pani Zofia Kałużna biegiem udała się do pobliskiego szpitala skąd dodzwoniła się do Straży Franciszkańskiej z Niepokalanowa. Udało się również w końcu zmobilizować obecnych na miejscu strażaków by zaczęli gasić pożar korzystajac z wody zebranej w basenie ppoż. na terenie szpitala.
Przybyli na miejsce strażacy z Niepokalanowa od razu zabrali się do pracy. Uratowali zabytkowe organy, ocalili chór oraz wynieśli meble i obrazy.
Pożar udało się zlokalizować około godziny dziewiętnastej, niestety dach juz zdążył spłonąć doszczętnie. Około drugiej w nocy pożar opanowano, ale dogaszanie trwało jeszcze do soboty. Jak tylko udało się w pełni zlikwidować zagrożenie zdruzgotani, ale ambitni parafianie zabrali się do oczyszczania pogorzeliska, usuwając wodę z wnętrza, a także gruz i spalone deski.
Tak jak szybko pożar doprowadził kościół do katastrofalnego stanu niestety ówczesny system nie działał. Ile ścieżek musial wydeptać proboszcz Wolski wie tylko on. Osiem miesięcy borykał się z przydziałem drewna, a przecież kościół nie miał dachu. Jesień była deszczowa, a zimę 78/79 ochrzczono zimą stulecia. Kilkucentymetrowa pokrywa śnieżna wypełniła wnętrze. Proboszcz jednak nie przerwał swojej misji. Nabożeństwa niedzielne odbywały się w podpiwniczeniu nowo budowanej plebanii, w tygodniu zaś w kancelarii pod chórem.
W odbudowę zaangażowało się wiele osób, którym dobro parafii leżało na sercu. Zmobilizowały się również władze. Na usunięcie skutków pożaru komitet wojewódzki przeznaczył 100 tysięcy złotych, kuria warszawska 200 tysięcy, biskup Miziołek dołożył kolejne 100 tysięcy. Nawet parafia ewangelicko-augsburska wysupłała 2,5 tysiąca.
W marcu 1979 roku udało się, przy ogromnej pomocy ówczesnego kierownika ds. zaopatrzenia w GS pana Stanisława Leśnickiego uzyskać drewno z Hajnówki. Wkrótce wiele przychylnych osób robiło wszystko, aby jak najszybciej przywrócić budynek do stanu sprzed pożaru. Usunięto przepalone tynki, założono nową instalacje elektryczną, a katolicy niemieccy ofiarowali nowe, elektryczne organy.
Straty oszacowano na kwotę miliona złotych. Kościół jednak udało się doprowadzić do stanu używalności dzięki ogromnemu zaangażowaniu proboszcza Wolskiego oraz pracy wielu osób.
czwartek, 2 października 2014
Epizod 96 - Julian Blachowski, czyli ten co dyrektora Koehlera-Badin'a życia pozbawił
![]() |
| proces Juliana Blachowskiego |
26 czerwca 1932 roku w pobliżu modnej i gustownej kawiarni „Ziemiańskiej”, najmodniejszej w ówczesnej Warszawie ciszę i monotonię dnia przerwał huk wystrzału. I kolejny. Wysoka postać, której strój znamionował majętność i wysoką pozycję zachwiała się, a robiąc kilka kroków wpadła w bramę przy ulicy Mazowieckiej 1. Z bramy tej o własnych siłach już nie wyszła. Ratujący go ludzie przenieści umierającego do pobliskiej apteki dr A.Sklepińskiego. Na ratunek było jednak za późno. Wezwany lekarz stwierdził zgon na skutek rany postrzałowej w serce.
Tak oto zginął człowiek odpowiedzialny za całkowity upadek i rozkład żyrardowskich zakładów, odpowiedzialny za degrengoladę i nędzę żyrardowskich robotników i ich rodzin – Gaston Koehler-Badin, który w Szwajcarii zostawił żonę i troje dzieci. Wykonawcą zaś „wyroku” i woli ludu mianował się Julian Blachowski, zredukowany były pracownik Zakładów Żyrardowskich, pracownik Kantoru i były przewodniczący Rady Miasta. Postać znana i ceniona w środowisku lokalnym. Blachowski nie uciekał. Oddał trzymany rewolwer mówiąc:" Zabiłem łobuza!" "Musiałem to zrobić, musiałem...".
Sama historia życia Blachowskiego godna jest uwiecznienia na piśmie, a nawet sfilmowania. Urodzony w 1890 roku w Warszawie. Zesłany na Sybir w 1907 roku za przynależność do PPS oraz czynny udział w demonstracjach ulicznych roku 1906.
![]() |
| wagon ze zwłokami Koehlera-Badin'a |
6 lat. Najpierw w Omsku, później półtora roku w pojedynczej celi. Następnie gubernia irkucka, gdzie poznał swoją żonę Ksawerę, córkę zesłańca. Dopiero w 1918 roku udaje im się wrócić do Polski, gdzie osiedlają się w Żyrardowie. Niedługo udaje się Blachowskiemu zagościć w mieście Dittricha. Bieda i brak środków do życia rzuca go do Francji, gdzie podejmuje pracę w kopalni węgla kamiennego. I tam długo miejsca nie zagrzał. Wraca do Żyrardowa i znajduje zatrudnienie w fabryce jako biuralista. Kariera jego rozwija się. Wstępuje ponownie do PPS oraz aktywnie uczestniczy w życiu politycznym. Mając dodatkowo chwalebną przeszłość zesłańca staje się osobistością szanowaną i poważaną, do tego stopnia, iż w 1924 roku zostaje wybrany na Przewodniczącego Rady Miasta Żyrardowa. Dlatego dziwnym i niewyjaśnionym jest fakt, iż do kolejnych wyborów PPS Blachowskiego nie wstawiła. Fakt ten zaważa na dalszym jego życiu. Rozczarowany i odrzucony popada w depresję. Cierpi na bóle żołądka, źle sypia, nie jada. W konsekwencji zaczyna zaglądać do kieliszka, co negatywnie wpływa na jego pracę zawodową i zaangażowanie. Z tego też powodu w 1931 roku na wniosek dyrektora Waśkiewicza zostaje zredukowany.
Rodzina przenosi się wówczas do Warszawy na Pragę, na ulicę Kępną 6. Mieszkanie w Żyrardowie chętnie jednak zachowują. Wszak żona Blachowskiego często dojeżdza do szkoły im. Konopnickiej. Waśkiewicz jest nieugięty. Straszy Blachowskiego eksmisją i nałożeniem opłat. Problem mieszkania urasta do ogromnych rozmiarów W tym też celu szukał Blachowski sposobności rozmowy z „najwyższym”. Kiedy w końcu udaje mu się go „wytropić” dwa szydercze słowa „Weg! Weg!” przelewają czarę goryczy. Julian Blachowski daje upust swojej frustracji i beznadziejności.Strzały na Mazowieckiej odbiły się szerokim echem w ogólnopolskiej prasie. Wysłannicy największych i najpoczytniejszych dzienników delegowani zostali do obsługi rozprawy sądowej. Rozpoczął się proces tak Blachowskiego, jak i całego Żyrardowa. Polska zobaczyła w końcu jakie niegodziwości mają miejsce w tym „mieście duchów”, jak absurdalnie zarządzana jest fabryka, jak traktuje się ludzi, robotników, dla których zakłady są całym życiem. Na światło dzienne zaczynają wychodzić coraz to mroczniejsze absurdy jakie zapanowały w Żyrardowie po przejęciu zakładów przez konsorcjum francuskie. Permanentne redukcje, masowe zwolnienia, dyskryminacja i strach. Przodował w tym Koehler-Badin, który podczas swoich bardzo rzadkich wizyt w fabryce, wyżywał się na robotnikach, szydząc, kpiąc i podsycając strach nagłymi zwolnieniami, ot tak, za zbyt grube lub krzywe nogi, otyłość czy aparycję. W końcu był ich panem. Ale czego można było się spodziewać po osobniku, który w genach odziedziczył brutalność, nienawiść, sadyzm i bezwzględność? W genach po ojcu, który był osobą chorą umysłowo.
I tam uderzył Blachowski.
Kiedy rozpoczął się proces, tłumy gapiów chciały zobaczyć na własne oczy tego szaleńca, a z drugiej strony bohatera. Doszło to tak kuriozalnej sytuacji, iż wpuszczano „widzów” z biletami. Broniący Blachowskiego Henryk Gacki i Leon Berenson wywiązali się swoich zobowiązań. Wyrok pięciu lat więzienia był nad wyraz łagodny, ale całkowicie zasadny, gdyż powód działał pod wpływem silnego wzruszenia duchowego. Ważniejszym jednak skutkiem były podjęte w końcu przez państwo działania, które jednak dopiero w 1934 roku doprowadziły do usunięcia Francuzów z Żyrardowa.
Ale to nie koniec. Po apelacji wyrok zostaje zmniejszony do czterech lat. Blachowski odzyskuje równowagę duchową i aktywnie zaczyna działać w więzieniu. Kilkukrotnie przenoszony ląduje we Wronkach. Jednak nie pozostaje sam. Żyrardowscy robotnicy wdzięczni za jego czyn zakładają komitet, do którego wstępują również włodarze miasta. Petycja z ponad 7 tysiącami podpisów wpływa do prezydenta Ignacego Mościckiego, który 13 lutego 1934 roku ułaskawia Blachowskigo.
Dziś na naszym, żyrardowskim cmentarzu po najbliższej rodzinie Juliana Blachowskiego pozostał grobowiec syna Stefana. Niestety do dziś nie ustalono gdzie pochowano Juliana Blachowskiego rozstrzelanego przez Niemców 23 stycznia 1943 roku.
czwartek, 18 września 2014
Epizod 95 - Krótko o zwyczajach rodzinnych w dawnym Żyrardowie
Pierwotna ludność Żyrardowa wywodziła się głównie ze środowiska
wiejskiego, środowiska, które przesiąknięte było najprzeróżniejszymi gusłami czy obrzędami, którym, w warunkach
miejskich przybyła ludność nadała nowy charakter.
Ot, choćby spotkania sąsiedzkie. Dziś, tak często przebiegamy obok najbliższych
współmieszkańców, najbliższych ale w sumie nieznanych. Nie mamy czasu dla
sąsiadów, nie mamy czasu dla rodziny. A przecież dawniej odruchy takie były jak najbardziej naturalne, a
rodziny unikające spotkań były „źle widziane” i traktowane jako „wywyższające
się”. Latem na podwórkach w określonych gronach znajomych, głównie w podziale
na płeć i wiek, zimą natomiast w mniejszych grupach, w mieszkaniach. Mężczyźni z kartami,
kobiety z robótkami ręcznymi. Rozmawiano o nowinkach z pracy, targu czy świata,
udzielano rad i porad, np. jak uchronić się przed „urocznymi oczami”, złymi
duchami czy chorobami.
Trzeba w tym wszystkim pamiętać, iż tamte czasy, końcówki XIX w i początku XX,
przepełnione były wszelkiego rodzaju straszydłami, strzygami oraz duchami. W
okolicach odległego cmentarza podskakiwały „mierniki” czyli duszyczki
niechrzczonych dzieci, natomiast wichura niewątpliwie znaczyła, iż właśnie
powiesiła się stara baba. Podczas jesiennych, deszczowych dni włóczyły się
dusze topielców, a w niektórych domach zwłaszcza na Blichu i przy przejeździe straszyło.
Dlatego też ludność starała się udobruchać je pacierzami, jałmużnami i mszami
zadusznymi. Magie i mistycyzm podkreślali dodatkowo wędrowne „dziady” i „baby”
doskonale znający się na odczynianiu rzuconego uroku oraz leczeniu znachorskimi
metodami.
Jednak jedne z najbardziej fascynujących rytuałów, niestety często już
zapomnianych tyczyły się zaręczyn, ślubu, oczepin, czy następnie przyszłych
matek i narodzin potomka.
Otóż kawaler, nawet zaręczony, nie mógł odwiedzać przyszłej młodej w
piątki, ani podczas Wielkiego Tygodnia. Nie mogli się również spotykać w tygodniu przed
ślubem, zgodnie z potoczną maksymą, iż „młodzi
ślepną przed ślubem”, a także słuchać własnych zapowiedzi w kościele.
Jeśli chodzi o termin ślubu to nie
wolno go było brać w maju i listopadzie, bo przynosiło to nieszczęście, jednak
od tego przesądu dość często zdarzały się wyjątki. Złym omenem był deszcz
podczas tego najważniejszego dnia. Wierzono, że jeśli podczas ślubu zgaśnie świeca, to które z nowych małżonków siedzi
bliżej niej ten na pewno umrze pierwszy. Ponadto państwo młodzi podczas
ceremonii zaślubin musieli jak najbardziej stykać się ramionami, tak
profilaktycznie, aby nikt ich nie rozłączył.
Panna młoda, odchodząc od ołtarza,
powinna okręcić młodego wokół siebie, w wiadomym rzecz jasna celu. A po ślubie,
najpierw jechano do domu, gdzie rodzice dawali młodym chleb, sól, kieliszek z
wodą i wódką. Jeśli młody wybrał tego z trunkiem pewnikiem było, iż będzie dużo
pił.
Jednak to nie koniec zagrożeń, jakie czyhały na nowych małżonków. Jeśli
podczas oczepin przypadkowo rozdarto welon, niewątpliwie wróżyło to nieszczęśliwe małżeństwo.
A po ślubie, naturalnym było szybkie staranie się o potomka, zupełnie
inaczej niż w dzisiejszych czasach.
A tu, na przyszłą matkę czaiły się kolejne niebezpieczeństwa. Jeśli
kobieta w ciąży przestraszyła się ognia i w konsekwencji tego dotknęła jakiejś
części ciała, dziecko niewątpliwie będzie miało tam znamię. Analogicznie, jeśli
przestraszyła się myszy, dziecko nabędzie myszkę. Jakby tego mało, zakazane było
patrzenie przez dziurkę od klucza. Kto chciałby mieć zezowate dziecko?. Krzywe
zęby u potomka były natomiast konsekwencją wpatrywania się w zająca.
Jeśli już szczęśliwie matka uniknęła wszechobecnych pokus i dzieciak urodził się bez powyższych wad, tuż po narodzinach, na rączce wiązano czerwoną wstążkę - to od „uroku”.
Jeśli już szczęśliwie matka uniknęła wszechobecnych pokus i dzieciak urodził się bez powyższych wad, tuż po narodzinach, na rączce wiązano czerwoną wstążkę - to od „uroku”.
A już za chwilę pierwsza kąpiel i kolejna sposobność „uroczenia”
noworodka. Z tego też powodu wodę z pierwszej kąpieli należało wylać przed
zachodem słońca. To na wypadek, aby dziecko nie krzyczało. A wybór chrzestnych? Tylko tacy o najlepszych
cechach charakteru, w końcu malec go po nich odziedziczy. Choć tak naprawdę dziś
ma to również niebagatelne znaczenie, przy czym trochę inaczej odbieramy i wartościujemy pojęcie „cech charakteru”.
Jak widać ciężkie było życie w ówczesnych czasach. Egzystencja naznaczona
wieloma nakazami, zakazami, czy obowiązkami.
Na każdy kroku trzeba było mieć się na baczności. A nawet nie doszliśmy
do świąt. Ale o tym może kiedyś indziej.
piątek, 12 września 2014
Epizod 94 - Historia Resursy Fabrycznej
Ozdobna gazowa latarnia, dwa okrągłe medaliony tuż nad wejściem symbolizujące kulturę i sztukę oraz szyld informujący, iż mieści się tu Zrzeszenie Urzędników Towarzystwa Akcyjnego Zakładów Żyrardowskich.
Jak sama nazwa wskazywała przybytek ten został wybudowany dla wyższych urzędników i tylko oni mogli korzystać z jego walorów i mnogości dostępnych funkcji. Zrzeszenie to umiejscowiono w budynku na skrzyżowaniu ulic Wiskickiej i Długiej - Resursie Fabrycznej. Postawiony około 1870 roku z zewnątrz nie wyróżniał się niczym szczególnym, ot kolejny ceglany budynek. Wewnątrz natomiast przepych i bogactwo szczegółów wykraczały poza wyobrażenia zwykłych robotników. Do dyspozycji bywalców udostępnione zostaly ekskluzywne gabinety, wyposażone w miękkie fotele i kanapy. Biblioteka i czytelnia z fachową literaturą, sala bilardowa i pokoje do gry w karty, a na piętrze pokoje gościnne dla przyjezdnych. Wszystko jednak przesłaniała swoim bogactwem sala teatralna. Kryształowe żyrandole, bogato złocone malowidła ścienne zapierały dech w piersiach nawet przyzwyczajonym do przepychu notablom. 
Na tyłach Resursy znajdował się drewniany budynek, w którym mieściła sie kręgielnia oraz Klub Kręglarzy "Kamm" zrzeszający najlepszych zawodników, oczywiście wywodzących się z żyrardowskich elit. Obecne murowane, parterowe lokum powstało dużo później, w 1905 roku, pełniąc obecnie funkcję muzealną i wystawową.
Wybuch I wojny światowej zakończył okres świetności Resursy. Dopiero pod koniec zmagań wojennych ponownie jej mury zaczęły gościć kolejne towarzystwa i grupy. Pod koniec I wojny światowej Towarzystwo "Samokształcenie" oraz Polska Macierz Szkolna zaczęły organizować odczyty wygłaszane m.in przez Pawła Hulkę-Laskowskiego, czy dr Aleksandra Szulca, a "Lira" wystawiała sztuki. Tętniąca znów życiem Resursa oferowała gościom występy, koncerty i zabawy, zmieniając jednocześnie skład socjalny bywalców. Coraz więcej zwykłych robotników uczęszczało na organizowane zabawy, a zwieńczeniem tej przemiany stało się zorganizowanie 19 XI 1918 roku posiedzenia Rady Delegatów Robotniczych, o czym przypomina tablica pamiątkowa.
Lata dwudzieste to z kolei okres licznych zabaw organizowanych pod protekcją niesławnego Waśkiewicza, dyrektora Zakładów Żyrardowskich. Wybuch II wojny światowej po raz kolejny odizolował Resursę od ogółu społeczeństwa. "Deutsche Haus" z kawiarnią, bufetem i pokojami gościnnymi był "Nur fur Deutsche", a dodatkowo siedzibę swoją miał tam "Selbschutz".Po zakończeniu wojny wiele organizacji i lokatorów przewinęło się przez jej mury. W latach 50-tych znajdował się tam "Dom Pioniera", a następnie świetlica dla dzieci pracowników zakładów. Poźniej, w latach 60-tych, Szkoła Włókiennicza kształcąca młode kadry oraz Przyzakładowy Dom Kultury Zakładów Przemysłu Lniarskiego.
Przez wiele lat, bez remontów, budynek popadał w coraz większą ruinę. Na szczęście generalna rekonstrukcja z lat 2009-2011 przywróciła jej dawny blask, stawiając Resursę wśród historycznych budowli będących wizytówką miasta.
wtorek, 2 września 2014
Epizod 93: Wybitny żyrardowski solista - Kazimierz Worch
Żyrardowskie
karty historii zapisane są wieloma znamienitymi nazwiskami. Część z nich
wymieniamy jednym tchem, część kojarzy nam się z pewnymi pojedynczymi
wydarzeniami w tej tak krótkiej, aczkolwiek burzliwej historii miasta. Istnieją
też postacie zupełnie zapomniane, a zasługujące na swoje miejsce w naszej
pamięci. Postacie nietuzinkowe i nad wyraz wybitne, ale z niewiadomych powodów
usunięte gdzieś na margines wspomnień.Doskonałym przykładem pasującym do powyższych słów jest postać znamienitego śpiewaka operowego, gwiazdy XX międzywojennego, postaci jak najbardziej wartej przypomnienia, Kazimierza Worcha.
Urodził się on w 1892 roku w Żyrardowie, w wielodzietnej rodzinie majstra Zakładów Żyrardowskich. Po zakończeniu edukacji pracował jako fryzjer, jednak świadomy swoich zdolności wokalnych oraz zachęcany przez przychylnych i życzliwych ludzi rozpoczął naukę śpiewu u pani J. Żarskiej co wkrótce, w 1916 roku, zaowocowało rozpoczęciem występów w zespole H.Halickiego w Lublinie. Ambitny młodzieniec nie poprzestał na tym. Dalej kontynuował naukę, ucząc się śpiewu u S.Dobrowolskiej i samego Zygmunta Mossoczego, wielkiego i cenionego solisty, a następnie dyrektora Opery Warszawskiej.
Debiut Kazimierza przypadł na 15 grudnia 1917 roku w warszawskim Teatrze Nowości, gdzie pracował do lipca 1919 roku. Z Teatru Nowości przeniósł się do „Czarnego Kota”, aby po kolejnych dwóch latach dostać angaż w Teatrze Nowym, tym samym gdzie występował Julian Tuwim. Znając charakter kontraktowej pracy ówczesnych artystów widać to jak na dłoni w przebiegu kariery Worcha, tą charakterystykę w dążeniu do coraz to większej doskonałości, co przekładało się na coraz to atrakcyjniejsze angaże. Często wówczas przemierzał wraz z zespołem Polskę wzdłuż i wszerz z humorystyczno-operowymi występami.
Lata
1922-1930 to szczyt jego kariery. Worch koncertuje i śpiewa w Stanach Zjednoczonych,
gdzie o mały włos ten znamienity wówczas śpiewak, nie stracił życia w wypadku
samochodowym.Okres
amerykański to prawdopodobnie najlepszy okres w jego karierze, czego
ukoronowaniem były występy wraz z Adą Sari, polską wybitną śpiewaczką operową oraz nagranie kilku płyt.Po powrocie do kraju występował w „Komecie” oraz Teatrze Wielkim we Lwowie jako jeden z solistów . Tu ponownie miał zaszczyt towarzyszyć Adzie Sari, występując wraz z nią w „Cyruliku Sewilskim” Rossiniego jako sam Figaro.Jego przyjemny, barytonowy głos dał mu szansę występów w takich partiach jak Lorenty w „Manewrach jesiennych”, Juszkowa w „Hotelu Imperial”, Marcelego w „Cyganerii” oraz Fryderyka w „Lakme”, niestety trochę za niski wzrost uniemożliwiał partnerowanie primadonnom zwłaszcza tym wysokiego wzrostu.
Ostatnim
Teatrem, którym występował był „Teatr 8.30„ założony przez Leopolda Brodzińskiego,
gdzie spędził sezon 1933-34. Niestety teatr nie przetrwał. Kazimierz Worch stał
się bezrobotnym, a czarę goryczy tej jakże wrażliwej i artystycznej duszy, przelała
odmowa wspólnika dotycząca zorganizowania wspólnej imprezy operetkowej, w
której Worch pokładał wielkie nadzieje.8 lutego 1935 roku tragiczna śmierć dosięgnęła Kazimierza Worcha, o czym z wielkim smutkiem i donosił m.in. „Goniec Częstochowski” z 15 lutego 1935 roku. Przedwczesna śmierć wybitnego artysty była ogromnym wstrząsem dla rodziny oraz szerokich kręgów artystycznych.
Na szczęście pozostały nam wspomnienia i duma, iż taka osobowość wydeptywała te same ścieżki co my. Warto o nim pamiętać i odwiedzić grób na naszym cmentarzu, gdzie Kazimierz Worch spoczywa.
wtorek, 26 sierpnia 2014
Epizod 92: Zamach przed żyrardowskim dworcem – akcja ekspropriacyjna Gwardii Ludowej
Żyrardowski dworzec jak co dzień tętnił życiem. Pasażerowie przetaczali przez niego w sobie tylko wiadomych kierunkach. Co bardziej rzucającego się w oczy Niemcy legitymowali. Z resztą cały otaczający dworzec teren nie był dogodnym miejscem do przeprowadzenie jakichkolwiek działań zbrojnych. Blisko siedziby Schuppo, czy Gestapo, a do tego posterunek na dworcu. Jakby tego było mało częste patrole niemieckich żołnierzy.
I właśnie w takim otoczeniu członkowie
GL oddziału "Burza", dokonali 19 czerwca 1943 roku brawurowego aczkolwiek nie w pełni przemyślanego
napadu rabunkowego na pracowników fabryki Józefa Szczepańskiego, Władysława Lipińskiego oraz dwóch werkschutzów Filipa i Kebera pełniących role ochroniarzy, którzy właśnie tego dnia
przywieźli wypłatę dla oczekujących robotników żyrardowskich zakładów..Można gdybać i analizować czy owa akcja była w pełni uzasadniona, faktem jest jednak to, że podczas jej przeprowadzenia a zwłaszcza po jej zakończeniu wiele niewinnych osób straciło życie, osób nie mających nic wspólnego z jakąkolwiek konspiracją.
Rozwijając się i rozrastając GL jak na gwałt potrzebowała dozbrojenia. Niewielkie ilości posiadanej broni, czy materiałów wybuchowych skutecznie ograniczały jej możliwości działań dywersyjnych. Z tego też, jakże istotnego powodu dowództwo postanowiło wykorzystać nadarzającą się okazję i dokonać napadu na powracających z Warszawy pracowników zakładów, pracowników którzy według danych wywiadowczych wieźli ze sobą niebagatelną sumę 1 miliona złotych. Do wykonania tego zadania delegowano Stefana Jodłowskiego, Władysława Lasockiego, Antoniego Mińkowskiego ps. "Antek", Józefa Kuczkowskiego ps. "Józek", Henryka Nowaka ps. "Gotlib", Stanisława Komosińskiego ps. "Cichy" oraz Janusza Bieńskowskiego ps. "Biały".
Tuż przed godziną jedenastą, 19 czerwca 1943 roku,
ulice wylotowe z placu przed dworcem zostały obsadzone żołnierzami GL. Kiedy
czterej nieświadomi mężczyźni wsiedli do dorożki Gmurka, znanego żyrardowskiego
dorożkarza, tuż za nimi wskoczyli Stefan Jodłowski ps. "Stefan" oraz Władysław Lasocki ps. "Wołodyjowski". Czujni ochroniarze zareagowali szybko. Wywiązała się chaotyczna strzelanina, a dodatkowo ze wsparciem przyszli żołnierze stacjonujący na dworcu. Na miejscu zginął Kerber oraz Lipiński (C1/4/1). Dorożka z ostrzeliwującymi się gwardzistami wpadła w ulicę Sienkiewicza, gdzie po zabraniu walizki z wypłatą, rabusie rozpłynęli się, uciekając opłotkami przez podwórka.
Niemcy wpadli w szał. Zastrzelili Bogu ducha winnego Gmurka oraz dwóch przechodniów. Nasilone zostały rewizje i obławy. Ponad tysiąc mieszkańców trafiło do obozów koncentracyjnych.
Czy warte to było takiego poświęcenia, zwłaszcza, że zagrabionych pieniędzy było czterokrotnie mniej niż się spodziewano?
Trzeba jednak pamiętać, iż takie akcje ekspropriacyjne były przeprowadzane dość często. Związane było to z zaprzestaniem pierwotnej działalności administracyjnej na terenach przejętych przez okupanta, a co za tym idzie wiele organizacji konspiracyjnych pozbawiono zaplecza finansowego czy pomocy materialnej, co skutecznie ograniczało ich możliwości. Jedynie Armia Krajowa, której źródło finansowania przeniosło się do Londynu mogła liczyć na jakiekolwiek wsparcie.
Dzisiaj jedyną pamiątką przypominającą tenże zamach jest pomnik gwardzisty odsłonięty w 1952 na skwerze przed dworcem, pomnik, który nie wiedzieć czemu "zgubił" swój pierwotny podpis.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












