czwartek, 2 października 2014

Epizod 96 - Julian Blachowski, czyli ten co dyrektora Koehlera-Badin'a życia pozbawił

proces Juliana Blachowskiego

      26 czerwca 1932 roku w pobliżu modnej i gustownej kawiarni „Ziemiańskiej”, najmodniejszej w ówczesnej Warszawie ciszę i monotonię dnia przerwał huk wystrzału. I kolejny. Wysoka postać, której strój znamionował majętność i wysoką pozycję zachwiała się, a robiąc kilka kroków wpadła w bramę przy ulicy Mazowieckiej 1. Z bramy tej o własnych siłach już nie wyszła. Ratujący go ludzie przenieści umierającego do pobliskiej apteki dr A.Sklepińskiego. Na ratunek było jednak za późno. Wezwany lekarz stwierdził zgon na skutek rany postrzałowej w serce.     

    Tak oto zginął człowiek odpowiedzialny za całkowity upadek i rozkład żyrardowskich zakładów, odpowiedzialny za degrengoladę i nędzę żyrardowskich robotników i ich rodzin – Gaston Koehler-Badin, który w Szwajcarii zostawił żonę i troje dzieci. Wykonawcą zaś „wyroku” i woli ludu mianował się Julian Blachowski, zredukowany były pracownik Zakładów Żyrardowskich, pracownik Kantoru i były przewodniczący Rady Miasta. Postać znana i ceniona w środowisku lokalnym. Blachowski nie uciekał. Oddał trzymany rewolwer mówiąc:" Zabiłem łobuza!" "Musiałem to zrobić, musiałem...".    

    Sama historia życia Blachowskiego godna jest uwiecznienia na piśmie, a nawet sfilmowania. Urodzony w 1890 roku w Warszawie. Zesłany na Sybir w 1907 roku za przynależność do PPS oraz czynny udział w demonstracjach ulicznych roku 1906.

wagon ze zwłokami Koehlera-Badin'a

   6 lat. Najpierw w Omsku, później półtora roku w pojedynczej celi. Następnie gubernia irkucka, gdzie poznał swoją żonę Ksawerę, córkę zesłańca. Dopiero w 1918 roku udaje im się wrócić do Polski, gdzie osiedlają się w Żyrardowie. Niedługo udaje się Blachowskiemu zagościć w mieście Dittricha. Bieda i brak środków do życia rzuca go do Francji, gdzie podejmuje pracę w kopalni węgla kamiennego. I tam długo miejsca nie zagrzał. Wraca do Żyrardowa i znajduje zatrudnienie w fabryce jako biuralista. Kariera jego rozwija się.  Wstępuje ponownie do PPS oraz aktywnie uczestniczy w życiu politycznym. Mając dodatkowo chwalebną przeszłość zesłańca staje się osobistością szanowaną i poważaną, do tego stopnia, iż w 1924 roku zostaje wybrany na Przewodniczącego Rady Miasta Żyrardowa. Dlatego dziwnym i niewyjaśnionym jest fakt, iż do kolejnych wyborów PPS Blachowskiego nie wstawiła. Fakt ten zaważa na dalszym jego życiu. Rozczarowany i odrzucony popada w depresję. Cierpi na bóle żołądka, źle sypia, nie jada. W konsekwencji zaczyna zaglądać do kieliszka, co negatywnie wpływa na jego pracę zawodową i zaangażowanie. Z tego też powodu w 1931 roku na wniosek dyrektora Waśkiewicza zostaje zredukowany

     Rodzina przenosi się wówczas do Warszawy na Pragę, na ulicę Kępną 6. Mieszkanie w Żyrardowie chętnie jednak zachowują. Wszak żona Blachowskiego często dojeżdza do szkoły im. Konopnickiej. Waśkiewicz jest nieugięty. Straszy Blachowskiego eksmisją i nałożeniem opłat. Problem mieszkania urasta do ogromnych rozmiarów W tym też celu szukał Blachowski sposobności rozmowy z „najwyższym”. Kiedy w końcu udaje mu się go „wytropić” dwa szydercze słowa „Weg! Weg!” przelewają czarę goryczy. Julian Blachowski daje upust swojej frustracji i beznadziejności.
     Strzały na Mazowieckiej odbiły się szerokim echem w ogólnopolskiej prasie. Wysłannicy największych i najpoczytniejszych dzienników delegowani zostali do obsługi rozprawy sądowej. Rozpoczął się proces tak Blachowskiego, jak i całego Żyrardowa. Polska zobaczyła w końcu jakie niegodziwości mają miejsce w tym „mieście duchów”,  jak absurdalnie zarządzana jest fabryka, jak traktuje się ludzi, robotników, dla których zakłady są całym życiem. Na światło dzienne zaczynają wychodzić coraz to mroczniejsze absurdy jakie zapanowały w Żyrardowie po przejęciu zakładów przez konsorcjum francuskie. Permanentne redukcje, masowe zwolnienia, dyskryminacja i strach. Przodował w tym Koehler-Badin, który podczas swoich bardzo rzadkich wizyt w fabryce, wyżywał się na robotnikach, szydząc, kpiąc i podsycając strach nagłymi zwolnieniami, ot tak, za zbyt grube lub krzywe nogi, otyłość czy aparycję. W końcu był ich panem. Ale czego można było się spodziewać po osobniku, który w genach odziedziczył brutalność, nienawiść, sadyzm i bezwzględność? W genach po ojcu, który był osobą chorą umysłowo.
      I tam uderzył Blachowski.
     Kiedy rozpoczął się proces, tłumy gapiów chciały zobaczyć na własne oczy tego szaleńca, a z drugiej strony bohatera. Doszło to tak kuriozalnej sytuacji, iż wpuszczano „widzów” z biletami. Broniący Blachowskiego Henryk Gacki i Leon Berenson wywiązali się swoich zobowiązań. Wyrok pięciu lat więzienia był nad wyraz łagodny, ale całkowicie zasadny, gdyż powód działał pod wpływem silnego wzruszenia duchowego. Ważniejszym jednak skutkiem były podjęte w końcu przez państwo działania, które jednak dopiero w 1934 roku doprowadziły do usunięcia Francuzów z  Żyrardowa.
Ale to nie koniec. Po apelacji wyrok zostaje zmniejszony do czterech lat. Blachowski odzyskuje równowagę duchową i aktywnie zaczyna działać w więzieniu. Kilkukrotnie przenoszony ląduje we Wronkach. Jednak nie pozostaje sam. Żyrardowscy robotnicy wdzięczni za jego czyn zakładają komitet, do którego wstępują również włodarze miasta. Petycja z ponad 7 tysiącami podpisów wpływa do prezydenta Ignacego Mościckiego, który 13 lutego 1934 roku ułaskawia Blachowskigo.   
      Dziś na naszym, żyrardowskim cmentarzu po najbliższej rodzinie Juliana Blachowskiego pozostał grobowiec syna Stefana. Niestety do dziś nie ustalono gdzie pochowano Juliana Blachowskiego rozstrzelanego przez Niemców 23 stycznia 1943 roku.

czwartek, 18 września 2014

Epizod 95 - Krótko o zwyczajach rodzinnych w dawnym Żyrardowie

      Pierwotna ludność Żyrardowa wywodziła się głównie ze środowiska wiejskiego, środowiska, które przesiąknięte było najprzeróżniejszymi gusłami czy obrzędami,  którym, w warunkach miejskich przybyła ludność nadała nowy charakter.

     Ot, choćby spotkania sąsiedzkie. Dziś, tak często przebiegamy obok najbliższych współmieszkańców, najbliższych ale w sumie nieznanych. Nie mamy czasu dla sąsiadów, nie mamy czasu dla rodziny. A przecież  dawniej  odruchy  takie były jak najbardziej naturalne, a rodziny unikające spotkań były „źle widziane” i traktowane jako „wywyższające się”. Latem na podwórkach w określonych gronach znajomych, głównie w podziale na płeć i wiek, zimą natomiast w mniejszych grupach, w mieszkaniach. Mężczyźni z kartami, kobiety z robótkami ręcznymi. Rozmawiano o nowinkach z pracy, targu czy świata, udzielano rad i porad, np. jak uchronić się przed „urocznymi oczami”, złymi duchami czy chorobami.

     Trzeba w tym wszystkim pamiętać, iż tamte czasy, końcówki XIX w i początku XX, przepełnione były wszelkiego rodzaju straszydłami, strzygami oraz duchami. W okolicach odległego cmentarza podskakiwały „mierniki” czyli duszyczki niechrzczonych dzieci, natomiast wichura niewątpliwie znaczyła, iż właśnie powiesiła się stara baba. Podczas jesiennych, deszczowych dni włóczyły się dusze topielców, a w niektórych domach zwłaszcza na Blichu i przy przejeździe straszyło. Dlatego też ludność starała się udobruchać je pacierzami, jałmużnami i mszami zadusznymi. Magie i mistycyzm podkreślali dodatkowo wędrowne „dziady” i „baby” doskonale znający się na odczynianiu rzuconego uroku oraz leczeniu znachorskimi metodami.

     Jednak jedne z najbardziej fascynujących rytuałów, niestety często już zapomnianych tyczyły się zaręczyn, ślubu, oczepin, czy następnie przyszłych matek i narodzin potomka.

Otóż kawaler, nawet zaręczony, nie mógł odwiedzać przyszłej młodej w piątki, ani podczas Wielkiego Tygodnia. Nie mogli się również spotykać w tygodniu przed ślubem,  zgodnie z potoczną maksymą, iż „młodzi ślepną przed ślubem”, a także słuchać własnych zapowiedzi w kościele.

    Jeśli chodzi o termin ślubu to nie wolno go było brać w maju i listopadzie, bo przynosiło to nieszczęście, jednak od tego przesądu dość często zdarzały się wyjątki. Złym omenem był deszcz podczas tego najważniejszego dnia. Wierzono, że jeśli podczas ślubu zgaśnie świeca, to które z nowych małżonków siedzi bliżej niej ten na pewno umrze pierwszy. Ponadto państwo młodzi podczas ceremonii zaślubin musieli jak najbardziej stykać się ramionami, tak profilaktycznie, aby nikt ich nie rozłączył.

    Panna młoda, odchodząc od ołtarza, powinna okręcić młodego wokół siebie, w wiadomym rzecz jasna celu. A po ślubie, najpierw jechano do domu, gdzie rodzice dawali młodym chleb, sól, kieliszek z wodą i wódką. Jeśli młody wybrał tego z trunkiem pewnikiem było, iż będzie dużo pił.

   Jednak to nie koniec zagrożeń, jakie czyhały na nowych małżonków. Jeśli podczas oczepin przypadkowo rozdarto welon, niewątpliwie wróżyło to nieszczęśliwe małżeństwo.

A po ślubie, naturalnym było szybkie staranie się o potomka, zupełnie inaczej niż w dzisiejszych czasach.

     A tu, na przyszłą matkę czaiły się kolejne niebezpieczeństwa. Jeśli kobieta w ciąży przestraszyła się ognia i w konsekwencji tego dotknęła jakiejś części ciała, dziecko niewątpliwie będzie miało tam znamię. Analogicznie, jeśli przestraszyła się myszy, dziecko nabędzie myszkę. Jakby tego mało, zakazane było patrzenie przez dziurkę od klucza. Kto chciałby mieć zezowate dziecko?. Krzywe zęby u potomka były natomiast konsekwencją wpatrywania się w zająca. 
    Jeśli już szczęśliwie matka uniknęła wszechobecnych pokus i dzieciak urodził się bez powyższych wad, tuż po narodzinach, na rączce wiązano czerwoną wstążkę - to od „uroku”.

   A już za chwilę pierwsza kąpiel i kolejna sposobność „uroczenia” noworodka. Z tego też powodu wodę z pierwszej kąpieli należało wylać przed zachodem słońca. To na wypadek, aby dziecko nie krzyczało.  A wybór chrzestnych? Tylko tacy o najlepszych cechach charakteru, w końcu malec go po nich odziedziczy. Choć tak naprawdę dziś ma to również niebagatelne znaczenie, przy czym trochę inaczej odbieramy  i wartościujemy pojęcie „cech charakteru”.

    Jak widać ciężkie było życie w ówczesnych czasach. Egzystencja naznaczona wieloma nakazami, zakazami, czy obowiązkami.

    Na każdy kroku trzeba było mieć się na baczności. A nawet nie doszliśmy do świąt. Ale o tym może kiedyś indziej.

piątek, 12 września 2014

Epizod 94 - Historia Resursy Fabrycznej


       Ozdobna gazowa latarnia, dwa okrągłe medaliony tuż nad wejściem symbolizujące kulturę i sztukę oraz szyld informujący, iż mieści się tu Zrzeszenie Urzędników Towarzystwa Akcyjnego Zakładów Żyrardowskich.
Jak sama nazwa wskazywała przybytek ten został wybudowany dla wyższych urzędników i tylko oni mogli korzystać z jego walorów i mnogości dostępnych funkcji. Zrzeszenie to umiejscowiono  w budynku na skrzyżowaniu ulic Wiskickiej i Długiej - Resursie Fabrycznej. Postawiony około 1870 roku z zewnątrz nie wyróżniał się niczym szczególnym, ot kolejny ceglany budynek. Wewnątrz natomiast przepych i bogactwo szczegółów wykraczały poza wyobrażenia zwykłych robotników. Do dyspozycji bywalców udostępnione zostaly ekskluzywne gabinety, wyposażone w miękkie fotele i kanapy. Biblioteka i czytelnia z fachową literaturą, sala bilardowa i pokoje do gry w karty, a na piętrze pokoje gościnne dla przyjezdnych. Wszystko jednak przesłaniała swoim bogactwem sala teatralna. Kryształowe żyrandole, bogato złocone malowidła ścienne zapierały dech w piersiach nawet przyzwyczajonym do przepychu notablom.
      W tych oto olśniewających przestrzeniach ćwiczyła orkiestra oraz zespół teatralny złożony z urzedników i ich rodzin. 
     Na tyłach Resursy znajdował się drewniany budynek, w którym mieściła sie kręgielnia oraz Klub Kręglarzy "Kamm" zrzeszający najlepszych zawodników, oczywiście wywodzących się z żyrardowskich elit. Obecne murowane, parterowe lokum powstało dużo później, w 1905 roku, pełniąc obecnie funkcję muzealną i wystawową.

     Wybuch I wojny światowej zakończył okres świetności Resursy. Dopiero pod koniec zmagań wojennych ponownie jej mury zaczęły gościć kolejne towarzystwa i grupy. Pod koniec I wojny światowej Towarzystwo "Samokształcenie" oraz Polska Macierz Szkolna zaczęły organizować odczyty wygłaszane m.in przez Pawła Hulkę-Laskowskiego, czy dr Aleksandra Szulca, a "Lira" wystawiała sztuki. Tętniąca znów życiem Resursa oferowała gościom występy, koncerty i zabawy, zmieniając jednocześnie skład socjalny bywalców. Coraz więcej zwykłych robotników uczęszczało na organizowane zabawy, a zwieńczeniem tej przemiany stało się zorganizowanie 19 XI 1918 roku posiedzenia Rady Delegatów Robotniczych, o czym przypomina tablica pamiątkowa.
     Lata dwudzieste to z kolei okres licznych zabaw organizowanych pod protekcją niesławnego Waśkiewicza, dyrektora Zakładów Żyrardowskich. Wybuch II wojny światowej po raz kolejny odizolował Resursę od ogółu społeczeństwa. "Deutsche Haus" z kawiarnią, bufetem i pokojami gościnnymi był "Nur fur Deutsche", a dodatkowo siedzibę swoją miał tam "Selbschutz".
    Po zakończeniu wojny wiele organizacji i lokatorów przewinęło się przez jej mury. W latach 50-tych znajdował się tam "Dom Pioniera", a następnie świetlica dla dzieci pracowników zakładów. Poźniej, w latach 60-tych, Szkoła Włókiennicza kształcąca młode kadry oraz Przyzakładowy Dom Kultury Zakładów Przemysłu Lniarskiego.

      Przez wiele lat, bez remontów, budynek popadał w coraz większą ruinę. Na szczęście generalna rekonstrukcja z lat 2009-2011 przywróciła jej dawny blask, stawiając Resursę wśród  historycznych budowli będących wizytówką miasta.

       

wtorek, 2 września 2014

Epizod 93: Wybitny żyrardowski solista - Kazimierz Worch



     Żyrardowskie karty historii zapisane są wieloma znamienitymi nazwiskami. Część z nich wymieniamy jednym tchem, część kojarzy nam się z pewnymi pojedynczymi wydarzeniami w tej tak krótkiej, aczkolwiek burzliwej historii miasta. Istnieją też postacie zupełnie zapomniane, a zasługujące na swoje miejsce w naszej pamięci. Postacie nietuzinkowe i nad wyraz wybitne, ale z niewiadomych powodów usunięte gdzieś na margines wspomnień.
     Doskonałym przykładem pasującym do powyższych słów jest postać znamienitego śpiewaka operowego, gwiazdy XX międzywojennego, postaci jak najbardziej wartej przypomnienia, Kazimierza Worcha. 
    Urodził się on w 1892 roku w Żyrardowie, w wielodzietnej rodzinie majstra Zakładów Żyrardowskich. Po zakończeniu edukacji pracował jako fryzjer, jednak świadomy swoich zdolności wokalnych oraz zachęcany przez przychylnych i życzliwych ludzi rozpoczął naukę śpiewu u pani J. Żarskiej co wkrótce, w 1916 roku, zaowocowało rozpoczęciem występów w zespole H.Halickiego w Lublinie. Ambitny młodzieniec nie poprzestał na tym.  Dalej kontynuował naukę, ucząc się śpiewu u S.Dobrowolskiej i samego  Zygmunta Mossoczego, wielkiego i cenionego solisty, a następnie dyrektora Opery Warszawskiej.
    Debiut Kazimierza przypadł na 15 grudnia 1917 roku w warszawskim Teatrze Nowości, gdzie pracował do lipca 1919 roku. Z Teatru Nowości przeniósł się do „Czarnego Kota”, aby po kolejnych dwóch latach dostać angaż w Teatrze Nowym, tym samym gdzie występował Julian Tuwim.  Znając charakter kontraktowej pracy ówczesnych artystów widać to jak na dłoni w przebiegu kariery Worcha, tą charakterystykę w dążeniu do coraz to większej doskonałości, co przekładało się na coraz to atrakcyjniejsze angaże. Często wówczas przemierzał wraz z zespołem Polskę wzdłuż i wszerz z humorystyczno-operowymi występami.
   Lata 1922-1930 to szczyt jego kariery. Worch  koncertuje i śpiewa w Stanach Zjednoczonych, gdzie o mały włos ten znamienity wówczas śpiewak, nie stracił życia w wypadku samochodowym.Okres amerykański to prawdopodobnie najlepszy okres w jego karierze, czego ukoronowaniem były występy wraz  z Adą Sari, polską wybitną śpiewaczką operową oraz nagranie kilku płyt.
   Po powrocie do kraju występował w „Komecie” oraz Teatrze Wielkim we Lwowie jako jeden z solistów . Tu ponownie miał zaszczyt towarzyszyć Adzie Sari, występując wraz z nią w „Cyruliku Sewilskim” Rossiniego jako sam Figaro.Jego przyjemny, barytonowy głos dał mu szansę występów w takich partiach jak Lorenty w „Manewrach jesiennych”, Juszkowa w „Hotelu Imperial”, Marcelego w „Cyganerii” oraz Fryderyka w „Lakme”, niestety trochę za niski wzrost uniemożliwiał partnerowanie primadonnom zwłaszcza tym wysokiego wzrostu.
   Ostatnim Teatrem, którym występował był „Teatr 8.30„ założony przez Leopolda Brodzińskiego, gdzie spędził sezon 1933-34. Niestety teatr nie przetrwał. Kazimierz Worch stał się bezrobotnym, a czarę goryczy tej jakże wrażliwej i artystycznej duszy, przelała odmowa wspólnika dotycząca zorganizowania wspólnej imprezy operetkowej, w której Worch pokładał wielkie nadzieje.
   8 lutego 1935 roku tragiczna śmierć dosięgnęła Kazimierza Worcha, o czym z wielkim smutkiem i donosił m.in. „Goniec Częstochowski” z 15 lutego 1935 roku. Przedwczesna śmierć wybitnego artysty była ogromnym wstrząsem dla rodziny oraz szerokich kręgów artystycznych. 

   Na szczęście pozostały nam wspomnienia i duma, iż taka osobowość wydeptywała te same ścieżki co my. Warto o nim pamiętać i odwiedzić grób na naszym cmentarzu, gdzie Kazimierz Worch spoczywa.
  

wtorek, 26 sierpnia 2014

Epizod 92: Zamach przed żyrardowskim dworcem – akcja ekspropriacyjna Gwardii Ludowej


       Żyrardowski dworzec jak co dzień tętnił życiem. Pasażerowie przetaczali przez niego w sobie tylko wiadomych kierunkach. Co bardziej rzucającego się w oczy Niemcy legitymowali. Z resztą cały otaczający dworzec teren nie był dogodnym miejscem do przeprowadzenie jakichkolwiek działań zbrojnych. Blisko siedziby Schuppo, czy Gestapo, a do tego posterunek na dworcu. Jakby tego było mało częste patrole niemieckich żołnierzy.
  I właśnie w takim otoczeniu członkowie GL oddziału "Burza", dokonali 19 czerwca 1943 roku brawurowego aczkolwiek nie w pełni przemyślanego napadu rabunkowego na pracowników fabryki Józefa Szczepańskiego, Władysława Lipińskiego oraz dwóch werkschutzów Filipa i Kebera pełniących role ochroniarzy, którzy właśnie tego dnia przywieźli wypłatę dla oczekujących robotników żyrardowskich zakładów..
Można gdybać i analizować czy owa akcja była w pełni uzasadniona, faktem jest jednak to, że podczas jej przeprowadzenia a zwłaszcza po jej zakończeniu wiele niewinnych osób straciło życie, osób nie mających nic wspólnego z jakąkolwiek konspiracją.
         Rozwijając się i rozrastając GL jak na gwałt potrzebowała dozbrojenia. Niewielkie ilości posiadanej broni, czy materiałów wybuchowych skutecznie ograniczały jej możliwości działań dywersyjnych. Z tego też, jakże istotnego powodu dowództwo postanowiło wykorzystać nadarzającą się okazję i dokonać napadu na powracających z Warszawy pracowników zakładów, pracowników którzy według danych wywiadowczych wieźli ze sobą niebagatelną sumę 1 miliona złotych. Do wykonania tego zadania delegowano Stefana Jodłowskiego, Władysława Lasockiego, Antoniego Mińkowskiego ps. "Antek", Józefa Kuczkowskiego ps. "Józek", Henryka Nowaka ps. "Gotlib", Stanisława Komosińskiego ps. "Cichy" oraz Janusza Bieńskowskiego ps. "Biały". 
        Tuż przed godziną jedenastą, 19 czerwca 1943 roku, ulice wylotowe z placu przed dworcem zostały obsadzone żołnierzami GL. Kiedy czterej nieświadomi mężczyźni wsiedli do dorożki Gmurka, znanego żyrardowskiego dorożkarza, tuż za nimi wskoczyli Stefan Jodłowski ps. "Stefan" oraz Władysław Lasocki ps. "Wołodyjowski".
Czujni ochroniarze zareagowali szybko. Wywiązała się chaotyczna strzelanina, a dodatkowo ze wsparciem przyszli żołnierze stacjonujący na dworcu. Na miejscu zginął Kerber oraz Lipiński (C1/4/1). Dorożka z ostrzeliwującymi się gwardzistami wpadła w ulicę Sienkiewicza, gdzie po zabraniu walizki  z wypłatą, rabusie rozpłynęli się, uciekając opłotkami przez podwórka. 
      Niemcy wpadli w szał. Zastrzelili Bogu ducha winnego Gmurka oraz dwóch przechodniów. Nasilone zostały rewizje  i obławy. Ponad tysiąc mieszkańców trafiło do obozów koncentracyjnych. 
     Czy warte to było takiego poświęcenia, zwłaszcza, że zagrabionych pieniędzy było czterokrotnie mniej niż się spodziewano?
    Trzeba jednak pamiętać, iż takie akcje ekspropriacyjne były przeprowadzane dość często.  Związane było to z zaprzestaniem pierwotnej działalności administracyjnej na terenach przejętych przez okupanta, a co za tym idzie wiele organizacji konspiracyjnych pozbawiono zaplecza finansowego czy pomocy materialnej, co skutecznie ograniczało ich możliwości. Jedynie Armia Krajowa, której źródło finansowania przeniosło się do Londynu mogła liczyć na jakiekolwiek wsparcie.   

    
     Dzisiaj jedyną pamiątką przypominającą tenże zamach jest pomnik gwardzisty odsłonięty w 1952 na skwerze przed dworcem, pomnik, który nie wiedzieć czemu "zgubił" swój pierwotny podpis.

czwartek, 14 sierpnia 2014

Epizod 91: Tunel pod torami

     We wrześniu 1969 roku znaczenie „za przejazdem” nabrało symbolicznego wydźwięku. Zniknęły zatory w tym jakże niebezpiecznym miejscu, przeprawie „na drugą stronę” Żyrardowa. Kolizyjne skrzyżowanie z torami kolejowymi przestało istnieć już jednak cztery lata wcześniej, kiedy to spokojną dotychczas ulicę Rewolucji Październikowej przemienioną w najruchliwszą arterię miasta, budując tam tymczasowy przejazd przez tory, a stary przejazd powoli i mozolnie przebudowywano, tworząc dzisiejszy tunel.

tymczasowy przejazd na ulicy Rewolucji Październikowej
    Oddany do użytku, jak się jednak wkrótce okazało nie tak do końca, z wielką fetą oraz obowiązkową obecnością sekretarza PZPR, a także innych notabli dawnego systemu, okrzyknięty został „cudem żyrardowskiej techniki”. Zaprojektowany w Centralnym Biurze Studiów i Projektów Budownictwa Kolejowego miał stać się lekiem na bolączki miasta, przeciętego przez Drogę Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. 

    56 mln złotych. W takiej kwocie inwestycja została zamknięta. Przecięto wstęgę, mieszkańcy rozeszli się do domów, do swoich codziennych zajęć. Powoli zapominano o utrudnieniach i niedogodnościach na jakie narażeni byli przez ostatnie 4 lata praktycznie wszyscy obywatele Żyrardowa, najbardziej jednak mieszkańcy „Osady Młyńskiej i okolic” próbujący przedostać się „do miasta”. 

   Tuż po rozpoczęciu robót ekipy PRK15 napotkały na pierwszy, ale jakże istotny problem. Okazało się bowiem, iż natrafiono na kurzawkę oraz wody podskórne uniemożliwiające prowadzenie prac. Ciężka gleba, trudno przepuszczalna, a dodatkowo wody gruntowe podnoszące się przy byle ulewie niebezpiecznie blisko powierzchni, skutecznie opóźniały prace. Postanowiono wówczas wybudować przepompownię, która miała wspomóc brygady robotników. 

  Na budowę tunelu zużyto około 13 tyś metrów sześciennych betonu oraz 1 020 ton stali zbrojonej. Wyburzono wiele domów kolidujących z budową tunelu łącznie ze spółdzielnią "Rolnik”, gdzie w fundamentach znaleziono akt erekcyjny wmurowany tam przez Niemców. W końcu Tysiącletnia Rzesza miała trwać wiecznie. Jak już nadmieniłem koszt budowy wyniósł 56 mln złotych, co stanowiło wówczas równowartość 12 bloków mieszkalnych, kwota zaiste niebotyczna, biorąc jednak pod uwagę obliczenia ekspertów, corocznie gospodarka narodowa traciła około 17,5 mln złotych właśnie z powodu kolizyjnego przejazdu.   

    Dziś, po ponad 40 latach, tunel nadal spełnia swoją rolę, nabywając jeszcze większego znaczenia przy ogromnym wzroście liczby pojazdów przetaczających się nim w obu kierunkach.

    Co jednak zrobiono z ogromnymi ilościami ziemii, którą wydobyto pod wykop? Otóż 30000 metrów sześciennych, czyli ponad połowa, trafiła na bagno przy torze, obok stawu na Rudzie, podwyższając ten teren średnio o metr. To jednak temat na inny artykuł.  

   I pozostaje tylko pytanie, czy wybór tunelu miast wiaduktu, z perspektywy lat, był dobrym wyborem?




        

czwartek, 7 sierpnia 2014

Epizod 90: Biblioteka Fabryczna


     Biblioteka fabryczna wydaje się istnieć „od zawsze”. Co prawda zmieniała kilkukrotnie lokalizację, niemniej jednak w świadomości mieszkańców funkcjonuje jako ta najstarsza, z własną fascynującą historią wartą wspomnienia. Fakt, powstały kolejne filie, a nawet ona sama stała się jedna z nich, ale mimo tych zmian nadal budzi wśród mieszkańców nieskrywany sentyment. Dodatkowym atutem pozostaje jej umiejscowienie w historycznej części dawnej Osady. W fabrycznym budynku, w samym centrum. Tak jakby dla podkreślenia jej rangi, dla uzmysłowienia nam, iż mamy bezcenną możliwość zapoznania się z historią jej powstania, jej losami oraz unikatowymi dziełami skrytymi w zakamarkach jej „czterech ścian”. 
     Pokłosie rewolucji 1905 roku władze carskie zmuszone zostały do przychylenia się do wielu ustępstw względem ludności polskiej. Jednym z nich było właśnie wyrażenie zgody na założenie Biblioteki Robotniczej Towarzystwa Akcyjnego Zakładów Żyrardowskich, potocznie zwanej "fabryczną", zgody datowanej na dzień 16 grudnia 1906 roku, a podpisanej przez gubernatora warszawskiego, niejakiego Martynowa. Historia jej powstania nierozłącznie związana jest z dwoma znaczącymi postaciami. Po ucieczce kapitalistów z Osady do Zarządu Zakładów wprowadzono dwie osoby, które wpłynęły na powstanie tejże biblioteki – Albina Żbikowskiego oraz Tadeusza Popowskiego, krewnego przyszłej bibliotekarki, kierowniczki oraz zarządczyni - Teodory Popowskiej. Uzyskując zgodę na jej stworzenie maszyna ruszyła. Rozpoczęto mozolne kompletowanie księgozbioru oraz urządzanie lokalu. Cztery malutkie pokoiki w czynszowym domu przy ulicy Marchlewskiego musiały wystarczyć na bibliotekę, czytelnię oraz magazyn. Jakże znamiennym pozostaje fakt, iż założona w tym samym czasie biblioteka dla urzędników zajęła Resursę. Rozpoczynając działalność księgozbiór wynosił 2792 tomy, jednak już tego samego roku zakupiono kolejne 850 woluminów, a głównymi dostawcami zostali E.Wende i spółka, księgarnia Arcta, "Księgarnia Polska" J.Sikorskiej, a także księgarnia Gebethnera wszystkie z Warszawy. 
     Biblioteka udostępniała dzieła codziennie przez 3 godziny 55 minut z wyjątkiem niedziel oraz świąt. Korzystać z księgozbioru mogli jedynie pracownicy zakładów oraz uczniowie, ale biorąc pod uwagę fakt, iż w fabryce pracowało ponad 8 tysięcy osób, niewiele było tak naprawdę pozbawionych tego przywileju. Według źródeł historycznych początkowo kobiety stanowiły tylko około 30% czytelników, co spowodowane było zapewne wieloma obowiązkami domowymi, jakimi obciążone były one poza praca zawodową. Jak na prężnie rozwijającą się bibliotekę ilość nowych dzieł wzrastała bardzo szybko, a liczba korzystających z jej księgozbioru systematycznie rosła. Powstanie ogólnodostępnej biblioteki dawało spragnionym robotnikom dojście do dzieł literatury światowej, klasycznej tak różniącej się od książek w domowych bibliotekach, gdzie królowały podręczniki szkolne, książeczki do nabożeństwa, żywoty świętych czy nieliczne powieści przygodowe. Korzystanie z biblioteki było zasadniczo płatne, a jedynie uczniowie mogli nie ponosić tych wydatków. Biblioteka wspomagana była również stałym funduszem przeznaczonym na jej działalność, a pochodzącym z TAZŻ, co pozwalało na rozszerzenie księgozbioru oraz prenumerowanie prasy. 
   Znamiennym pozostaje fakt, iż biblioteka nie nabywała powieści sensacyjnych, które obecnie w ogromnej ilości zalewają kolejne półki wszystkich żyrardowskich bibliotek. Gros wypożyczeń stanowiły wówczas powieści obyczajowe, historyczne, podróżnicze oraz literatura dla młodzieży. Kolejnym przykładem zmiennych gustów i zapotrzebowań użytkowników jest fakt, iż około 85-90% wypożyczeń obejmowało literaturę piękną, zastąpioną dziś łatwo dostępną oraz wszechobecną, często wątpliwej jakości kulturotwórczej, książką sensacyjną, gdzie głęboki aspekt obyczajowy czy duchowy, został zastąpiony litrami krwi oraz coraz to wymyślniejszymi sposobami popełnianych zbrodni, przesiąkniętych ludzką tragedią zmarginalizowaną do taniej sensacji. 
 Wracając jednak do dzieł i ich autorów, jakie korzystający z biblioteki wypożyczali możemy wymienić m.in. Kraszewskiego, Orzeszkową, Sienkiewicza, Prusa, Żeromskiego, Reymonta, Mickiewicza, Kasprowicza, Konopnicką, Rodziewiczówną, Zapolską, Mniszkówną, Gąsiorowską, Londona, Verne'a, Kiplinga, Mayn-Reida, Cervantesa, Amicisa, Tołstoja, Hugo, Dumasa, Andersena, Stowe'a, Shakespeare'a, Dostojewskiego, Czechowa, Dickensa czy Maya. Ponadto korzystano z czasopism m.in „Mucha”, „Tygodnik Ilustrowany”, „Świat”, czy „Bluszcz”.
   Trudne lata I wojny światowej wpłynęły również na funkcjonowanie biblioteki. Wielu stałych czytelników opuściło miasto, a wiele dzieł zaginęło. Niemniej jednak funkcjonowała ona nadal. 
 Również lata XX-lecia międzywojennego odcisnęły swoje piętno na jej historii. Po przejęciu zakładów przez konsorcjum francuskie bibliotece bardzo zaczął doskwierać brak funduszy na jej funkcjonowanie oraz zakup nowych dzieł. Wkrótce z powodu trudnej sytuacji lokalowej zamknięto czytelnię, a na skutek wszechobecnej biedy i nędzy panującej w mieście, korzystanie z uroków literatury odeszło na daleki plan. Zmniejszała się liczba książek, a biblioteka czynna była tylko 3 razy w tygodniu przez 6 godzin. Na początku lat 30-tych odeszła znamienita bibliotekarka Teodora Popowska, a jej następczynią została Maria Bogołowska. Działania wyzyskiwaczy francuskich doprowadziły do sytuacji, kiedy w roku 1934 tylko 200 osób figurowało na liście korzystających.
   Wybuch kolejnej wojny również nie położył kresu jej istnienia, ba, już w 1943 roku zlikwidowano Bibliotekę Zrzeszenia Urzędników zlokalizowaną w Resursie, a cały jej księgozbiór przeniesiono do "fabrycznej". Z kierownictwa zrezygnowała pani Maria Bogołowska, na której miejsce mianowano Walerię Reichelt, a wkrótce kolejne panie zajmowały się jej funkcjonowaniem i działalnością (Eugenia Klotz D1/1/1 oraz Karolina Biedrzycka E2/3/4).
   Po zakończeniu działań wojennych bibliotekę przemianowano na Bibliotekę Związkową Zakładów Żyrardowskich Przemysłu Włókniarzy. Po 43 latach działalności w ciasnym domu czynszowym, w 1949 przeniesioną siedzibę do pałacyku w parku, następnie do pałacyku tyrolskiego, gdzie zaszczycali nas swoją obecnością Maria Dąbrowska, Melchior Wańkowicz, Edmund Niziurski, czy Lucjan Rudnicki. Pałacyk stał się ponadto miejscem spotkań ludzi wybitnych,  prozaików, poetów, czy publicystów. Ot choćby Jarosława Iwaszkiewicza. 
   Ostatnim etapem przemian tej sędziwej już ponad 100-latki było wchłonięcie jej przez Bibliotekę Miejską i dalsze funkcjonowanie do dzisiaj jako filia nr 6 przy ulicy 1-Maja 52 w dawnym budynku fabrycznym.

czwartek, 31 lipca 2014

Epizod 89 - Ulica, której nie ma - Świętojańska

       Miasto z gęstością zaludnienia plasującą je w czołówce krajowej. Tak to Żyrardów. To tutaj ludność rozpoczęła ekspansję praktycznie w każdym kierunku, wchłaniając wkrótce sąsiadujące wsie. Jakby tego było mało, a było, sieć coraz to nowych ulic połykała kolejne hektary lasów oraz pól uprawnych  otaczających kształtujące się miasto.
w tle, dawny ciąg ulicy Świętojańskiej
      Wykorzystywano praktycznie każdy skrawek niezagospodarowanego terenu łącznie z śródmiejskimi mokradłami i bagnami, aby następnie stawiać niekończące się szeregi  domów.  Istnieją jednak w Żyrardowie miejsca, które pomimo deficytu powierzchni oraz zabudowań zniknęły na stałe z kart bieżących map, także próżno szukać ich śladów w ówczesnym krajobrazie Żyrardowa.


       Za jeden z takich przykładów możemy uznać nieistniejącą ulicę Świętojańską, która przed wieloma laty rozpłynęła się w mrokach historii. 
    
     Dawniej, przedłużenie ulicy Ciasnej dawało połączenie z ulicą Radziwiłłowską, kończąc swój bieg tuż przed linią kolejową Drogi Warszawsko-Wiedeńskiej. Dawne przedszkole, a dzisiejsza biblioteka miejska przy Mostowej  zostało pobudowane w miejscu wyznaczającym jej historyczny początek. Przebiegała równolegle do ulicy Pańskiej (dziś Legionów Polskich) oraz Leśnej ( dziś 11 Listopada), natomiast od strony północnej do nieistniejącego początkowo fragmentu ulicy Wschodniej (Wyspiańskiego), kończącej się wtedy przy zapomnianym już mostku na Pisi łącząc się w tym miejscu z ulicą Mostową.

     Świętojańska stanowiła wówczas północny skraj Podlasu, granicząc bezpośrednio z terenami zielonymi należacymi do Zakładów Żyrardowskich, dziś zabudownymi m.in. siedzibą KRUS-u, czy gimnazjum. Ulica ta nawet w XX-międzywojennym nie była zabudowana, granicząc poprzez tereny zielone z meandrującą wówczas Pisią, która dziś przecina ten obszar jakby odrysowana od linijki.
    W latach 30-tych XX wieku wpierw zniknął odcinek pomiędzy dzisiejszą Batorego, a Radziwiłłowską wypełnioną obecnie osiedlem mieszkaniowym. Po II wojnie światowej kolejne odcinki wykreślone zostały z oficjalnych map i planów Żyrardowa. A nam pozostały jedynie stare arkusze, na których możemy na własne oczy przekonać się, że taka ulica istniała oraz ukryta w gąszczu winorośli ostatnia tabliczka.